Żyćko

Słońce zachodziło nad Warszawą. Na widnokręgu za Śródmieściem lśniła potężna łuna. Patrzyłem sobie przez okno z dziesiątego piętra.

Rano na Kasprzaka minąłem gimnazjalistę. Miał na sobie koszulkę z napisem „Marc”. Pewnie nazywał się Marek.

W południe w kawiarni ekspedient zapytał mnie: “Co mogę dla pana zrobić?”. „Uwolnić Polskę od faszyzmu” – pomyślałem. Zamiast tego zamówiłem podwójne espresso i rozsiadłem się wygodnie w fotelu z książką.

Przy stoliku obok para nerwowo szukała źródła przeciągu. Ruda biznesmenka drżała z zimna. Wiało jej po kostkach. Jej chudy korpopartner wyjrzał za róg i zamknął drzwi. „Przeciąg był z zewnątrz, ale już przestało. Czy czujesz różnicę? Musisz czuć różnicę.” – powiedział piskliwym głosikiem.

Popołudnie było wyjątkowo ptasie. Najpierw na rogu Wroniej komuś rozsypało się ptasie mleczko. W sam raz na imieninowy prezent dla gołębi głodnych cukru. Kawałek dalej trzy kruki walczyły o opakowanie po pizzy. Trzymały rant pudełka w dziobach i przeciągały je między sobą. Nad nimi na wietrze powiewała biało-czerwona taśma odgradzająca wstęp na tymczasowy parking obok placu budowy. Takich obrazków nie powstydziłby się sam Alfred Hitchcock.

A wieczorem, przed telewizorem… Na szczęście nie miałem teleodbiornika.  Miała go za to sąsiadka, pani Alicja. Okna kuchni wychodzące na galerię budynku błyszczały światłem mocniejszym od łuny sprzed kilku akapitów. Wokół boazeryjnych frontów szafek roztaczała się niebieska poświata.

Później wszystko zlało się w jednolitą szarość, a pani Ala poszła spać. W tym samym momencie otworzyły się drzwi z sąsiedniego mieszkania. Na galerię wypełzła Buba prowadzona na przykrótkiej smyczy przez Izkę. Spaniel wyrywał się i łypał wielkimi ślepiami, ale druga sąsiadka tylko go strofowała: „Buba! Buuuuba!”.

Madzia zdecydowanie bardziej boi się Izy. To chyba przez ten ton głosu i nieustanne pokrzykiwanie na psa. Z kolei ja bardziej boję się Ali. Zawsze pachnie papierosami i mówi coś znienacka, kiedy ją mijam i jest już całkowicie za moimi plecami. Podskakuję wtedy z niepokoju.

Życie w kamienicy na Woli ma swoje plusy. Jak chociażby park fontann po drugiej stronie trasy szybkiego ruchu, w którym jeszcze nie byłem albo dźwig dla opętańców skaczących na bungee, którego ramię owinięte jest święcącym na zielono łańcuchem. W nocy wygląda jak choinka, a Boże Narodzenie trwa dzięki temu cały rok.

A czasem po prostu sobie leżymy na kanapie i tak nam to żyćko na Woli mija.

Co sądzisz? Skomentuj!