Zdzisław

Zdzisław glazurnik jest fachowcem co się zowie – kładzie płytki w łazience jak nikt w Warszawie. Polecany, rozrywany, na spotkanie z nim Twoje ściany i podłogi muszą długo poczekać, ale jak już się doczekają… Prawilna warszawska łazienka pokocha Zdzisława. On ją też kocha, ale za to nienawidzi słoików. Kiedy w piątek „one” jadą „do łojców”, jest szczęśliwy i oddycha z ulgą, kiedy wracają – cierpi. Sljedzika rozpozna po pierwszym wydanym przez niego dźwięku. A najbardziej nienawidzi tych, którzy po trzech latach są wielkimi warszawiakami, choć bez rodowodu. „A pan to z Warszawy?!” Ale jak go w wojsku zapytali, skąd jest, to najpierw odpowiedział, że „z Polski”, a potem spuścił łomot – w obronie własnej – i powiedział ofensywnemu koledze, żeby z krawaciarzem nie zadzierał. Nie zadzierał więcej. Jak zadrą z nami Ukraińcy (bo każdy z nich ma w łeb wpajane, że Polak to wróg), to też niech się lepiej mają na baczności.

A uczciwy jest jak nikt. Kiedy klient chciał go „wypróbować” i wyszło to na jaw – spakował manatki i wyszedł, pod nosem międląc wulgaryzm. Bo Zdzisław kulturalny jest i z szacunkiem podchodzi do ludzi, także w warstwie języka. Do ściany też z szacunkiem podchodzi, ale w warstwie językowej już sobie pozwala na więcej. Wychodzi na to, że jak sobie na tę ścianę trochę nabluzga, to ściana się zlęknie i płytki będą lepiej leżały. Ale za to wiersze recytuje pięknie, wykazując szczególne upodobanie do militarnej poezji Broniewskiego. I pieprznych dykteryjek z PRL-u rodem.

Co jakiś czas musi być kawa (przynosi własną odkąd kiedyś klientka częstowała go kawą i kazała na koniec za nią zapłacić) – pół szklanki kawy, 1/4 – cukru. A to co mówią o cukrze to bzdury. Zdzisławowi zawsze mówili, że będzie miał cukrzycę, a on tyle lat pod słońcem chodzi i cukrzycy nie ma, cholesterolu nie ma, ciśnienie idealne, da pan wiarę?

Zdzisław nie pije. Ale topografię starych warszawskich rozlewni alpag ma obcykaną. Na Żelaznej Warsowin – tam też musztardy robili. A na Waliców rozlewali „Okęcie”. Piwa zaś nigdy nie lubił. Natomiast pali. Zaczął w wojsku, bo jak ktoś nie chodził na przerwę na papierosa to sprzątał na rejonie, więc lepiej było palić. I dostawał codziennie przydział 15 papierosów, które przehandlowywał. Ale tego palenia też nie lubi. Raz udało mu się rzucić na cztery miesiące, ale lekarz – znakomity fachowiec, który nie zakłada rękawiczek kiedy bada pacjenta, bo chce mieć z nim lepszy kontakt – powiedział mu, żeby absolutnie nie rzucał, bo się rozchoruje. Ale powinien ograniczać. Zdzisław więc ogranicza. Ale kiedyś to było – Caro, Carmeny („Kto pali Carmeny, szybko schodzi ze sceny”), a najgorsze były Klubowe. „Śmiesznych” papierosów nie pali, chociaż kiedyś kolega, którego ojciec pracował na placówce na Bliskim Wschodzie, przyniósł coś na prywatkę. Zdzisław spróbował, ale jakoś go to nie przekonało, wszyscy się śmiali, a on nie. Choć wesoły jest i towarzyski.

Szlify zdobywał na wielkich budowach socjalizmu – praktyki na powstającym Ursynowie wspomina do dziś. Także dlatego, że nie potrwały długo. Kiedy przyjechał towarzysz i kazał ładować sobie do prywatnego samochodu płytki z budowy, Zdzisław nie wytrzymał i głośno stwierdził, że mu to na zwykłą kradzież wygląda. Od kolejnego ranka praktykował już na Chomiczówce. Ale nigdy nie miał wątpliwości, że właśnie to chce robić w życiu.

Kocha też muzykę francuską, ale i Purple’ami nie pogardzi. Nie lubi Beatlesów i tego z Feel, ale za to Bee Geesów już chętnie. Kiedy pracę umila radio, Zdzisław śpiewa – bejbe, bejbe, kochanie. Kiedy włączysz mu płytę zespołu, który lubi – śpiewa też – nie do końca wiadomo, co.

Parada Równości Zdzisława mierzi. Bo się afiszują. To znaczy – przyciśnięty do muru – spróbuje nieco zamaskować homofobię i zgodzi się oczywiście, że każdy ma prawo kochać kogo chce, niezależnie od np. płci, ale jak jechał autobusem i dwie dziewczyny uderzyły w ślinę, to obrzydzenie go wzięło. Albo kiedy przy placu Zbawiciela widział, co faceci w klubie wyczyniali. Ale on do klubu nie wszedł, z ulicy widział. I nawet zagadał, zaczepił, chociaż sam nie bardzo wie, po co. Ale Biedronia bardzo szanuje. I Zandberga też – partia Razem mu się podoba. Dać młodym władzę, rzecze Zdzisław. Do kościoła nie chodzi, stracił wiarę, ale Erich von Däniken to już inna sprawa. I Wojtyła – jeden na milion!

„A do kościoła to pan chodzi? Nie? To pan nie lubi tych w czarnych sukienkach, batmanów, no ale oni sami sobie winni, bo nie ujawnili czwartej tajemnicy fatimskiej. A Jan Paweł II zabrał do grobu. Dlaczego się o tym nie mówi?” Setna rocznica była, a w tym roku będzie setna rocznica niepodległości – będzie zabawa, i anarchiści też się będą bawili, choć Zdzisław ich nie rozumie. Za to rozumie dobrą architekturę. Jak Kwiatkowski żył to chronił zabytki, a jak nastały te Trepki i inne gangreny to koniec. Każdy bierze. Zakłady popadały, wszędzie paskudne bloki, Rywin kupił Norblina. Ale architekturę lat 60. i 70. Zdzisław kocha. W szkole śmiał się ze szklanych domów Żeromskiego a teraz widzi, że Żeromski wszystko przewidział.

Wszelkie podobieństwo Zdzisława do innych żyjących lub zmarłych glazurników jest odrobinę przypadkowe.

Co sądzisz? Skomentuj!