Zatorze chlebem pachnące

Zaczęło się od zapachu chleba. Za każdym razem, kiedy czekałem na pociąg na stacji Młynów na peronie czułem świeżo pieczony chleb. Zapach pojawiał się znienacka wraz z podmuchem wiatru. Ślinka ciekła sama, a ja nerwowo szukałem wzrokiem ukrytej piekarni. Niestety nigdzie nie było jej w zasięgu. Wokół stacji znajdowały się tylko salony i warsztaty samochodowe, trochę nieużytków oraz bloki po drugiej stronie nasypu. Był jeszcze Instytut Wysokich Napięć PAN, ale w nim chleba z pewnością nie wypiekali.

Od ostatniego przejazdu pociągiem minęło już trochę czasu, a ja szwendałem się po wolskich podwórkach bez celu. Raz skręciłem w prawo, później pojechałem prostu, później znowu w lewo… Nagle wylądowałem na dziwnym placu prowadzącym obok torów kolejowych. Nawierzchnia się skończyła, a w powietrzu unosił się pył. Zniknęła wielkomiejska perspektywa. Odsłonił się widok na przestrzał wzdłuż torów. Stałem w bebechach miasta czyli tam, gdzie kończy się uporządkowana przestrzeń, a druga jeszcze nie zaczyna. Poszedłem na wprost do wspaniałego wąwozu, który był pełen dzikich chwastów. Niestety kończył się ślepym zaułkiem, więc musiałem zawrócić. W ten sposób trafiłem na dziurę w płocie. Przesmyk między garażem, a szkolnym boiskiem był zamaskowany, ale siatkę dało się podnieść. Wtedy znowu poczułem zapach chleba.


Chwalcie tajemne miejsca i sekretne przejścia. Chwalcie międzytorza i gruzowiska z wystającymi rurami. Chwalcie nieużywane garaże, w których można napić się piwa na legalu i odpocząć od upału. Chwalcie niezaplanowane spacery, które zaprowadzą was do zaginionej piekarni.


Na końcu wąskiego pasażu czekało na mnie rozwiązanie zagadki. Wyszedłem na opłotki Sokołowskiej. Niepozorny beżowy budynek niczym się nie wyróżniał. Ukrytą piekarnię zdradzał jednak zapach. Wszedłem do środka. Wewnątrz było ciemno, a wielkie maszyny mieszały ciasto. Pan piekarz w grubych rękawicach miał dla mnie złe wieści. Nie było świeżych bułeczek na sprzedaż. Wszystkie się wyprzedały, a żeby je kupić trzeba było na bieżąco sprawdzać. Oj, będę sprawdzał przed każdą kolejną wyprawą na peron.

Tym razem musiałem obejść się smakiem. Pojechałem jeszcze kawałek Sokołowską. Po jej przebudowie zrobiło się tam inaczej. Wolska szarość zmieniła się w świeży kawałek miasta. Panuje tu teraz idealna równowaga między hipsterstwem, a patolą: równiutki chodnik ze ścieżką rowerową, którym przemieszcza się miarowym krokiem dziewczyna w kapturze odpalająca nonszalancko skręta. Bezpieczny plac zabaw dla dzieci, na którym ktoś karmi chlebem gołębie przez co zjeżdżalnia i tartanowa nawierzchnia są pokryte grubą warstwą guana. Błyszcząca świeżością Biedronka, w której wiecznie brakuje rzodkiewek. I wreszcie niekończąca się kolejka przed monopolową budką niezależnie od pory roku.


Idźcie tam, gdzie was dawno nie było, nawet jeśli to stary i zapomniany park albo osiedlowy trzepak, o ile się jeszcze ostał. Może okazać się, że poczujecie zapach chleba, a wtedy nie będzie już odwrotu…



Co sądzisz? Skomentuj!