Zastrzyki w brzuch

Ugryzł mnie pies, którego uratowałem spod kół pociągu. Miałem dzięki temu okazję poznać w praktyce działanie polskiej służby zdrowia. W żaden sposób to, co przeszedłem w trakcie wszystkich biurokratycznych czynności na izbie przyjęć i wizyty u lekarza nie może równać się z zupełnie niewinnym i bezbolesnym zastrzykiem. Ale nawet gdyby były to te słynne zastrzyki w brzuch, to byłyby niczym w porównaniu z ignorancją, brakiem empatii, profesjonalizmu i pospolitym chamstwem, z którym spotkałem się zanim w ogóle do nich doszło.

W Pruszkowie trwa remont przejścia podziemnego pod torami PKP, w związku z czym przejścia nie ma i ludzie aby nie nadkładać 500 metrów chodzą przez tory, bo uczynni robotnicy rozwalili ogrodzenie koparką. Zuchy. Pech chciał, że przyplątał się na te tory malutki kundelek, niewiele większy od kota, akurat w chwili gdy SKMka wjeżdżała na peron. Niewiele myśląc wskoczyłem przez dziurę w płocie na tory i złapałem psa, który z wdzięczności upierdolił mnie w kciuka. Rana śmiechu warta, dziabnął przez rękawiczkę, ale naskórek naruszony więc trzeba szczepić.

Szpital Wolski, izba przyjęć, w okienku pusto. Po chwili podpływa siostra przełożona, zmęczona życiem i pacjentami z głosem szlachetnie ochrypłym od papierosów, albo darcia się na pacjentów. Razem z nią asystentka z fryzurą na Małgorzatę Ostrowską – czarno-srebrzysty tapir, właściwie jeden wielki kołtun. Niestety szybko znikają przyjąć jakieś odczynniki. Wracają po 10 minutach i zaczyna się rejestracja. Siostra przełożona używając dwóch palców i uważając przy tym aby nie połamać tipsów wstukuje moje dane do komputera zapisując je jednocześnie w jakimś papierowym formularzu. Pewnie backup na wypadek awarii komputera. Mam czekać przed gabinetem numer 1. Po krótkich poszukiwaniach i upewnieniu się w okienku okazoło się, że gabinet nr 1 znajduje się za drzwiami z napisem „separatka 1”. Myślę sobie, ok teraz dostanę zastrzyk i będę wolny. Nic z tych rzeczy. W gabinecie numer 1 dostałem jedynie zapewnienie, że za chwilę otrzymam skierowanie do poradni, ale teraz przyjmą kolejnego pacjenta. Potem był jeszcze jeden i jeszcze jeden…

W międzyczasie pojawił się na izbie przyjęć facet, którego też ugryzł pies. Inna siostra z okienka wysłała go od razu do poradni znajdującej się dwadzieścia metrów dalej. Bez skierowania. Postanowiłem więc interweniować w sprawie mojego skierowania i znowu otrzymałem zapewnienie, że za chwilę je dostanę. Po kolejnych minutach (które razem dały już ze trzy kwadranse), gdy w „separatce pierwszej” przyjmowano kolejnego pacjenta wsadziłem nogę w drzwi i powiedziałem, że chyba nie trzeba trzech kwadransów, żeby wystawić skierowanie. „Jak się panu nie podoba, to może pan poczekać jeszcze dłużej” – usłyszałem.

Źródło: http://polona.pl/item/20665762/0/

Źródło: http://polona.pl/item/20665762/0/

Nie czekałem, poszedłem do poradni obok szpitala i powiedziałem, że przysłali mnie z izby przyjęć, tak jak tego pana przed chwilą – bez skierowania – bo straszny mają młyn. Po kolejnym zarejestrowaniu mnie i wypisaniu tony papierów usłyszałem „gabinet nr 7”.

– Wie pan ile będzie kosztował podatników pański dobry uczynek? – spytał doktór chorób zakaźnych patrząc na mnie jak na idiotę.
– Nie – wymamrotałem speszony.
– Tysiąc dwieście złotych! Kompletnie bezsensowne szczepienie! – odpowiedział doktór chorób zakaźnych cedząc każde słowo.
– Jakieś choroby przewlekłe? – zapytał.
– Alergia, astma… nic specjalnego
– Przecież pan nie powinien dotykać sierści! – pewnie znowu troszczy się o kieszeń podatnika, pomyślałem.
– Nie mam alergii na psią sierść, panie doktorze.
– Albo pan o tym nie wie! – odparł doktor lekceważącym tonem. W końcu co ja, taki idiota ratujący psy na torach mogę wiedzieć o swoich alergiach, przecież nie jestem doktorem!

Następnie wypełnił kolejnych 20 papierów i rzucił nie patrząc na mnie: „gabinet 18!”.

W drzwiach gabinetu 18 minąłem się z drugim pogryzionym przez psa facetem. Na szczęście pani pielęgniarka robiąca zastrzyki była bardzo miła i rzetelnie wyjaśniła mi całą procedurę oraz odpowiadała na moje wątpliwości (czy będzie bolało? czy będzie w brzuch?). Drżę na samą myśl o kolejnych pięciu zastrzykach z serii, a raczej o tym co je poprzedza oczywiście. I jeszcze muszę donieść to skierowanie w ciągu siedmiu dni bo jak nie to 1200 zł zapłaci nie podatnik tylko ja sam. Plus jest taki, że będę odporny na wściekliznę przez kilka lat, więc nie będę narażał podatnika na koszty jeśli kiedyś przyjdzie mi jeszcze do głowy taka głupota jak ratowanie pieska przed pociągiem.

W szpitalu spędziłem półtorej godziny, zrobienie zastrzyku trwało pięć minut. Pięć osób w pięciu kolejnych etapach, dwóch okienkach i trzech gabinetach, wypełniało różne formularze, ja sam wypełniłem i podpisałem cztery oświadczenia (w tym to, że zobowiązuję się pokryć koszty jeśli nie przyniosę tego cholernego skierowania!) a piąta osoba jedną ręką wypełniała, a drugą robiła zastrzyk.

Gościnnie dla Pańskiej Skórki: Luk Sza

Co sądzisz? Skomentuj!