Zagranicą

Porozmawiajmy o granicach Warszawy. Z lotu ptaka widać je bardzo wyraźnie. Mapa Urzędu Miasta pokazująca stolicę z ukosa jest doskonałym przykładem. Wystarczy zmniejszyć widok, a naszym oczom ukaże się wyspa na białym morzu.

Wokół Warszawy nie ma nic. Granice są tak ostre, że niektóre domy zwyczajnie poobcinało. Na przykład na Białołęce w pobliżu Kanału Żerańskiego albo na dalekich krańcach Ursynowa. Budynki są w siedemdziesięciu ośmiu procentach stołeczne, a dwudziestu dwóch kosmiczne.

Wyobrażam sobie sąsiedzką rozmowę przez miedzę.

– Generalnie to stolica jest całkiem spoko.

– Jest bardzo fajnie, ale jest jeden problem.

– Jaki?

– Nie mieszkam w Warszawie.

– A gdzie?

– Do końca nie wiem.

– A mieszkałeś gdzieś zagranicą?

– Tak. Pod Warszawą.

Auta suną trasami szybkiego ruchu ze Wschodu na Zachód. Ruch zaczyna się znikąd i kończy podobnie. Wieżowce widać ładnie i przestrzennie, a cała Warszawa jest ukośna. Wygląda niczym kadr z SimCity 2000. Gra, podobnie jak mapa, odniosła wielki sukces. Była mocno zakorzeniona w rzeczywistości i można w niej było stworzyć metropolię wedle własnego uznania. Jak podaje Wikipedia, gra: „oferuje (…), pięć nowych scenariuszy, nowe opcje ekonomiczne oraz wiele nowych budynków między innymi takie jak szkoły, szpitale, biblioteki, uniwersytety, parki, ogrody zoologiczne, stadiony, muzea, więzienia, lotniska, porty morskie, metro, zajezdnie autobusowe. Dodatkowo dzięki dodaniu sąsiednich miast polepszono symulację zachowań mieszkańców (możliwość migracji itp.)”.

No własnie. Ukośna Warszawa nie ma żadnych sąsiadów. Pożarła już całe Mazowsze, które, o dziwo, mieści się w jej granicach. Mieszkańcy mapy nie mogą nigdzie wyemigrować jeśli będą niezadowoleni. Rozpłyną się w bezgranicznej bieli.

Rzut izometryczny ujawnia wiele nieznanych dotąd szczegółów. Nigdy nie wiedziałem, że dach stacji benzynowej obok przystanku autobusowego, z którego odjeżdżałem przez pół życia, jest cały zardzewiały.

Znakomicie wygląda za to nadmuchiwany balon w kształcie butelki piwa postawiony na dachu baru greckiego. Niczym latarnia morska informuje głodnych i spragnionych, że można się napić i zagryźć pitą z kurczakiem. Nie zdziwcie się, jeśli podczas posiłku będzie wam towarzyszyć tajemniczy jegomość. Kiedy będzie podawał wam danie zawoła: „Giro na wino!” i będzie życzył wam „Smaniego!”.

 

Przez wiele lat zastanawiałem się kim jest Smani. Wiem tylko, że należał do niego każdy grecki posiłek, który spożyłem w barze. Piwa nigdy tam nie piłem, a giczy w sosie winnym („giro na wino”) bałbym się spróbować. Nie ma się co jednak oburzać. Każdy skądś do Warszawy przyjechał i ma własne miejsce na mapie.

Co sądzisz? Skomentuj!