Wiatr we włosach

Zanim zacznę swoją krótką opowieść, na wstępie chciałabym się przyznać, że rowerzysta ze mnie żaden. Jestem typową panienką, która pedałuje wyłącznie wracając z pracy (bo z domu do Śródmieścia mam pod górkę), a czasem i wcale, bo spódnica za wąska, zaś samo ogarnięcie jak właściwie działa aplikacja do wypożyczania jednośladów zajęło mi jakoś nieprzyzwoicie dużo jak na dorosłą osobę czasu. Niemniej jednak, mimo wspomnianych personalnych niedociągnięć, jeździ mi się po Warszawie całkiem nieźle. Ścieżek coraz więcej, kultura współpracy samochodów, rowerzystów i pieszych powoli, ale jednak raczkuje w dobrą stronę, a nawet ostatnio sprawiłam sobie plecak, by nie tracić czasu na upychanie torebki do koszyka przy kierownicy. Nie mogłam zatem przepuścić okazji przetestowania świeżo otwartej kładki rowerowej pod Mostem Łazienkowskim, jako pretekst wykorzystując powrót z mieszkania przyjaciół na Saskiej Kępie – ja rezyduję na Dolnym Mokotowie, więc połączenie idealne.

Zignorowałam więc bezpośredni autobus, któremu pokonanie trasy Saska-Sielce zajmuje 10 minut, wskoczyłam na Veturilo i dalejże odkrywać. Obawę miałam jedną: że ze swoim wrodzonym talentem do gubienia trasy jakimś cudem wjadę jednak między samochodowy i tam zginę, przyjaciółka jednak uspokajała mnie, że ścieżka rowerowa przechodzi bezpośrednio w kładkę, stąd nie ma opcji, by po drodze coś nie wyszło. Miała rację częściowo, bo z drogą nie wyszło dopiero po drugiej stronie Wisły.

Miga mi po prawicy panorama wieczornej, rozświetlonej Warszawy. Szum samochodów z góry niezbyt przeszkadza, wiatr od Wisły delikatnie, acz stanowczo rozwiewa włosy, wolność, pęd powietrza i już nigdy nie wsiądę w autobus.

Jadę. Faktycznie Aleja Stanów Zjednoczonych łagodnie skręca w lewo, podjazd pod most jest naprawdę krótki i nie wymagający nawet zmiany przerzutek, a już po chwili miga mi po prawicy panorama wieczornej, rozświetlonej Warszawy. Szum samochodów z góry niezbyt przeszkadza, wiatr od Wisły delikatnie, acz stanowczo rozwiewa włosy, wolność, pęd powietrza i już nigdy nie wsiądę w autobus.

Kilka minut ekstazy, zakończonej błogosławieństwem dla ZDM za zrealizowanie tejże inicjatywy, i nagle dopadła mnie brutalna rzeczywistość.

Kilka minut ekstazy, zakończonej błogosławieństwem dla ZDM za zrealizowanie tejże inicjatywy, i nagle dopadła mnie brutalna rzeczywistość. Niestety, przy pełnym przemyśleniu wjazdu na kładkę ze strony Saskiej Kępy, zjazd przy Porcie Czerniakowskim to jakaś kompletna prowizorka. A że mój debiutancki przejazd przypadł właściwie nocą, to dostarczyłam sobie podwójnie ekstremalnych wrażeń – praktycznie nieoświetlona droga przecięta boiskiem, sporo drzew i ślepe uliczki. Intuicyjnie próbowałam jechać na południe, w stronę domu, ale coś mi mówiło że kręcenie się po ciemku przy nagle urywających się drogach może nie być najlepszym pomysłem. Ostatecznie poddałam się i wróciłam do punktu wyjścia, czyli zjazdu z kładki, by odkryć, że wystarczy kierować się w stronę płyty Desantu, a stamtąd już niedaleko na główną ścieżkę rowerową wzdłuż Wisły. Być może wystarczyłaby minimalnie lepsza znajomość topografii miasta, upieram się jednak, że cały problem rozwiązałaby namalowana kontynuacja trasy z kładki na północ, ewentualnie pisemne komunikaty „jedź tam”, „tam nie”. O ile w świetle dziennym wybór ten wydaje się najpewniej oczywisty, tak po zmroku, zwłaszcza jadąc tamtędy po raz pierwszy, zorientowanie się w terenie okazuje się być wyjątkowo trudnym zadaniem.

Skoro już inicjatywa Rowerowy Łazienkowski zgarnęła złoto w tegorocznym plebiscycie Pańskiej Skórki, warto zmotywować zwycięzców do dopieszczenia projektu poprzez dopracowanie zjazdu z kładki po lewej stronie Wisły. Niech ukoronowaniem pomysłu będzie kontynuacja ścieżki rowerowej, albo chociaż właściwe oznakowanie, bo błądzenie po omacku może popsuć całą przyjemność z przejazdu. I taka, właściwie dokończona kładka, niech nam służy – zawodowym cyklistom, sezonowym Veturilowcom, jak i spacerowiczom – wszystkim równo.

Co sądzisz? Skomentuj!