Warszawskie zaduszki

Na początku listopada zwyczajowo wspominamy bliskich, którzy odeszli. Może to też dobra okazja, aby przypomnieć najbardziej spektakularne i pozostawiające wyrwę w warszawskiej pamięci rozbiórki mijającego roku?

Warszawska Szkoła Konserwacji Zabytków to hasło, które na dobre weszło do miejskiego języka. W uproszczeniu można zdefiniować tę „szkołę” jako mniej lub bardziej subtelne dążenie do przejęcia kontroli nad zabytkiem, następnie doprowadzenie do jego skreślenia z rejestru, wyburzenie i – w najlepszym razie – odbudowanie atrapy. A jeszcze częściej – zastąpienie go klockiem ze szkła. Szkoła ta ma się dobrze i wyznacza trendy w nowej Warszawie. Niech ten tekst będzie memento dla nieodwracalnie utraconych fragmentów starszej i nowszej historii naszego miasta. I listą wstydu dla tzw. „inwestorów” i ich popleczników.

Emilkę pamiętamy

Walka o pawilon „Emilia” przetoczyła się przez wszystkie warszawskie media. Pisaliśmy o nim także na łamach Pańskiej Skórki. Na temat jednego z ostatnich zachowanych przykładów dobrej, powojennej usługowej architektury modernistycznej (a dla innych – „peerelowskiego baraku”) powiedziano już bardzo wiele. Ostatecznie pawilon znika ze swojego miejsca – prace rozbiórkowe są bardzo intensywne. Tak intensywne, że coraz głośniej mówi się o tym, że „przeniesienie” pawilonu, czy też jego „odbudowa” bliżej Pałacu Kultury to tylko działanie fasadowe, bo w najlepszym razie doczekamy się jedynie atrapy bryły budynku. Co zresztą było do przewidzenia od samego początku. „Emilka” pozostanie w naszych sercach tym bardziej, że to właśnie w gościnnych wnętrzach tego kapitalnego pawilonu, wówczas będącego siedzibą Muzeum Sztuki Nowoczesnej odbyła się nasza konferencja „WAWx – Inspirujemy Warszawę”. I niech zburzenie „Emilii” zyska przez to kolejny symboliczny wymiar.

Kino Femina

Przedwojenne kino, legendarne miejsce na mapie Warszawy, „multipleks” z kilkudziesięcioletnią historią, który oparł się dziejowym zawieruchom, padł ofiarą zwykłej ludzkiej pazerności. Choć właściciel sieci dyskontów, które opanowują każdy zakątek Warszawy, deklarował utrzymanie działalności kulturalnej, ba – obiecywał nawet kontynuację kina (w tej, czy innej formule), skończyło się tak, jak obawiali się obrońcy „Feminy” – zostanie po niej tylko (póki co) nazwa przystanku autobusowego, bo historycznego kina już nie ma. A inwestor spod znaku szyderczo uśmiechniętego owada idzie w zaparte, pisząc w oświadczeniu dla prasy, że „w budynku trwają prace remontowe”.

Uniwersam

Kolejny temat-rzeka, bo z mapy Warszawy zniknął budynek niezwykle charakterystyczny, będący znakiem rozpoznawczym, punktem odniesienia, wręcz lokalnym toposem. O estetyce bryły można byłoby pewnie dyskutować, ale jeśli szukać winnych, to raczej wypada wskazać nie tyle architektów i planistów (cała okolica z rondem Wiatraczna była dość modelowym rozwiązaniem miejskiej przestrzeni tamtych lat, charakterystycznym nie tylko dla krajów bloku wschodniego), a zarządcę, który pozwolił, aby przez ostatnie dwie dekady, a więc dobrą połowę swojego „życia” pawilon popadał w zaniedbanie, służąc w dużej mierze jako nośnik szmat i bannerów. Uroku nie dodawał bazar z lat 90., który – co ciekawe – ma być zachowany także po zbudowaniu w tym miejscu ą-ę „galerii” handlowej z częścią mieszkalną. Co równie ciekawe – miejsce budynku, który choć zaniedbany, był jednak z pewnością interesujący, zajmie zupełnie banalny kompleks, jakich w Warszawie na pęczki.

Universal

Zmieniamy literkę, zostajemy przy pożegnaniach. I przy zaniedbaniu i reklamowych szmatach. O ile bezpośrednich sąsiadów – dawny Hotel Forum, wieżowce Ściany Wschodniej, a nawet Hotel Metropol – udało się nieco przypudrować dzięki remontom, prowadzonym czy to we wnętrzach, czy na elewacji, to Universal szczęścia nie miał. Surowy wieżowiec, postawiony praktycznie w samym środku miasta, był na tyle wyeksponowany, że jego postępująca i wynikająca z braku dbałości właściciela brzydota raziła… by, gdyby nie to, że stał się bodaj najsłynniejszym w Polsce billboardem. Dni, kiedy z Universalu zdejmowano szmatę (aby natychmiast zastąpić ją nową) wywoływały na ulicach Śródmieścia niekłamany entuzjazm, zainteresowanie porównywalne z pojawieniem się nietypowego ciała niebieskiego. Raz miałem nawet okazję być w środku kiedy monstrualny Justin Bieber opadał na chodnik przy Rotundzie – tego nie da się zapomnieć.

Pozostałości Browaru Haberbusch i Schiele

Burzliwa historia jedynego prawdziwego, dużego browaru w Warszawie, to temat na solidną książkę. O tym, jak duże znaczenie miał zakład produkujący piwo, świadczyć może choćby fakt, że mimo dużych wojennych zniszczeń, browar odbudowano i „Królewskie” nadal było złotym trunkiem o iście warszawskim charakterze. Przy płocie browaru mieścił się nawet kiosk, w którym świeżo uwarzony napój można było kupić i wypić na miejscu. Pikanterii dodawało sąsiedztwo – po drugiej stronie ulicy znajdowały się zakłady „Warsowin” produkujące „wina owocowe”, a technicznie rzecz biorąc – jabole. W sposób upaństwowiony i zmechanizowany, oba przedsiębiorstwa wpisywały się pięknie w tradycję „Dzikiego Zachodu”, jak określano te okolice już od czasów przedwojennych. Niestety po przejęciu zakładów przez międzynarodowy koncern, produkcję „Królewskiego” przeniesiono do Warki (taka uwaga dla tych, którzy – także pod wpływem tegorocznej kampanii reklamowej – łudzą się, że jest to warszawskie piwo), a sam browar stopniowo znikał. W tym roku ostatnie jego relikty zostały skreślone z rejestru zabytków, a deweloper ogłosił, że „Browary Warszawskie wracają do Warszawy”. Nie miał jednak na myśli nowoczesnego zakładu produkującego piwo, a bezstylowe osiedle, ostatni gwóźdź do trumny historycznej materii w tej okolicy, dziś nadal zasługującej na miano „Dzikiego Zachodu”, ale z zupełnie innych powodów – jest to bowiem kraj dzikiej deweloperki biurowej, usługowej i mieszkaniowej z wykwitami typu „Łucka City” na czele.

Wieżowiec „F” Szkoły Głównej Handlowej

Po tym budynku pewnie nikt specjalnie płakać nie będzie, bo ani jako wieżowiec z przełomu lat 70. i 80., ani w kontekście starszych gmachów kampusu SGH, nie wyróżniał się in plus. Co więcej – postanowił pośmiertnie spłatać psikusa rozbierającym go ekipom, wypuszczając w powietrze chmurę azbestowego pyłu. Ale patrząc na to z innej strony – przynajmniej jako jedyny z opisywanych tu budynków, opuszczony przez miłośników architektury i aktywistów, zignorowany przez varsavianistów, na swój sposób sam „bronił się” do końca.

Willa Strzeleckich

Budynek mniej znany w skali miasta, za to lubiany przez sąsiadów. Jedna z pozostałości przedwojennych Górc, dom rodziny miejscowych ogrodników, po wojnie m.in. harcówka i szkolna świetlica. W otoczeniu blokowiska wyróżniał się swoim stylem i nieco mrocznym klimatem czerwonej cegły. Ale i on przeszedł już do historii. Zreprywatyzowany, sprzedany, został wyburzony bez pardonu. My mieliśmy okazję patrzeć jak umiera.

Willa Granzowa – wyrok post mortem

Willa Granzowa aka „Grancówka” nie istnieje wprawdzie już od dłuższego czasu, zniszczona w skandaliczny sposób, ale rok 2016 przypieczętował smutny fakt, z którym musimy się pogodzić – nawet jeśli ktoś liczył, że zgodnie z zapewnieniami inwestora budynek powróci w zrekonstruowanej postaci (choć patrząc na subtelne rozbieranie go koparkami – trudno było w to uwierzyć), to nie ma już na co liczyć – charakterystyczny, piękny gmach został „pośmiertnie” skreślony z rejestru zabytków. Znamienna kapitulacja systemu mającego zabytki chronić przed deweloperami zaprowadzającymi swoje porządki bez oglądania się na jakiekolwiek uwarunkowania i przepisy. Może to i lepiej, bo gdyby „Grancówka” powróciła, zapewne „rekonstrukcja” wyglądałaby podobnie jak w przypadku zombie na Koszykach.

***

A jakie budynki będziemy mogli wspominać za rok? Z pewnością Kino Klub – zbudowane jako ośrodek kultury dla oficerów, później mieszczące m.in. redakcję „Życia Warszawy”, klub „Scena 2000”, a także – przynajmniej formalnie, bo żadnych zajęć nigdy tu nie było – należące do Uniwersytetu Warszawskiego. Rozlegnie się pewnie też syreni śpiew, kiedy pod młotami zniknie budynek znany z klubu o tej nazwie. W ostatnich tygodniach w mediach pojawiły się też mrożące krew w żyłach pomysły sprzedaży i zburzenia wpisanego do rejestru zabytków, pięknego modernistycznego budynku Telegrafu. Wprawdzie w tym ostatnim przypadku biuro konserwatora dało stanowczy odpór, możemy jednak być pewni, że „inwestorzy” jeszcze wiele razy zaskoczą nas bezczelnością i brakiem poszanowania dla warszawskiej historii, a władze miasta i konserwatorzy jak zwykle okażą się bezsilni.

Co sądzisz? Skomentuj!