Warszawskie Hassliebe

W chwilach kiedy jestem sam, kiedy nigdzie się nie spieszę i przemierzam miasto, wtedy właśnie najbardziej czuję się jego częścią.

Niejednokrotnie, mijając miejsca które mijałem już setki razy, dostrzegam coś nowego, na co wcześniej nie zwróciłem uwagi, czasami jest to jakiś ornament, a czasami atmosfera miejsca, którą dostrzegam nowymi oczyma, choć niby przywykłymi do tego widoku. Zazwyczaj jest to o tyle szokujące że działa na zasadzie kontrastów. Cząstka piękna w brzydkiej całości lub na odwrót. Czasami jest to jak spojrzenie w otchłań, a czasami kojący widok.

Ten dualizm, Niemcy zgrabnie określiliby mianem „Hassliebe”.

Warszawa to dla mnie takie środkowoeuropejskie (lub wschodnioeuropejskie) Gotham. Bez Batmana i wieżowców, ale jednak Gotham. Socrealistyczne puste gmachy, rozpadające się kamienice. Miejsca zachwycające swoją brzydotą i odosobnieniem. Miejsca zniszczone, niechciane, puste i niekochane, ale zarazem romantyczne, wibrujące, wciągające, ciekawe.

Tym jest dla mnie spacer po Warszawie. Wsłuchaniem się w dysonanse, wiecznym poszukiwaniem.

Jasne, są też miejsca “obiektywnie” ładne, uporządkowane. Niestety najczęściej spaczone sieciowymi aptekami, bankami, sklepami monopolowymi, butikami bez klientów. Miejscami o obrzydliwych, krzykliwych szyldach. Niejednoznaczność Warszawy jest widoczna wszędzie.

Czasami dochodzę też do retrospektywnych odkryć. Przez wszystkie lata podstawówki grałem na błotnistym boisku, które ukraszone było gdzieniegdzie czerwienią cegieł. Cegły wyzierające spod gleby na placach zabaw, trawnikach i skwerach były dla mnie zawsze czymś najzupełniej naturalnym. Nie jestem zwolennikiem narracji historycznej, w której główne skrzypce grają pojęcia takie jak patriotyzm, honor, krew, wolę analizę, ale do cholery, chodzimy po gruzach!

Lata 90-te. Czas mojego dzieciństwa. Okres przejścia i plastikowej prosperity. Lastriko, Makdonaldy, Kidi Land. Na ulicach maluchy i polonezy caro. Jarmark Europa i bazar pod PKINem. Okna PCV. Słodkie grzechy, za które i tak musieliśmy potem zapłacić. Do tej pory wzdragam się na myśl o estetyce tamtych lat i co zostawiła ona w Warszawie, ale jest to jednocześnie katalizator nostalgii.

A więc Warszawa to nie miasto z Ikei, z dostawą do domu, gotowe do złożenia za pomocą jednego magicznego śrubokręcika, czyste i ekologiczne. To nie miasto dojrzałe i osiadłe pomimo niemałego już wieku. Mimo to jest całkiem wygodne, wręcz przytulne.

Nie ma jednej Warszawy. Pięknej lub brzydkiej. Dobrej lub złej. To miasto dla ciekawych świata, poszukujących i wytrwałych. I nienawidzę jej, tak samo jak ją kocham.

hassliebe2_panskaskorka

Co sądzisz? Skomentuj!