#Warszawa2030: Ekologiczne Borderline

Warszawa, miasto kandydat do tytułu Zielonej Stolicy Europy, prowadzi politykę środowiskową, którą można bez dużej przesady porównać do jednostki chorobowej F60.03, popularnie zwanej osobowością typu borderline. Osoba cierpiąca na to schorzenie zmaga się z wahaniami nastroju, napadami gniewu i niestabilnością emocjonalną. Wypisz wymaluj – znane nam wszystkim kwestie związane ze środowiskiem naturalnym w Warszawie.

Ktoś mógłby powiedzieć, że kiedy rządzący miastem „miotają się” od decyzji mądrych do całkiem dziwnych, to przynajmniej nie jest nudno, a blogerzy i dziennikarze mają o czym pisać ku uciesze (albo rozpaczy) czytelników. I tak się dzieje – nie tylko na łamach „Pańskiej Skórki”. Problem polega jednak na tym, że skutki podejmowanych dziś decyzji będziemy odczuwać przez kolejne dekady, a skoro już teraz pewne decyzje bezpośrednio przekładają się na jakość naszego życia, to co będzie za lat 10, 20, czy 50? Jak z takiej perspektywy mieszkańcy Warszawy roku 2030 czy 2060 ocenią to, co stało się w 2016 (lub w ramach „strategii” do roku 2030, która była tematem „Warszawskiej Burzy Mózgów”)?

Niezależnie od tego, który z „makroobszarów” sobie mentalnie wyodrębnimy, czy będzie to publiczna zieleń, powietrze, którym oddychamy, oryginalne wizje urbanistyczne (lub brak jakiejkolwiek wizji na poziomie szerszym niż pojedyncza działka), czy transport miejski – każdy z nich rodzi pytania, czy włodarze miasta na pewno patrzą w perspektywie dłuższej niż kilka lat i czy podejście merkantylne nie przesłania wizji strategicznej. Wzorów i punktów odniesienia, które mogą posłużyć do dyskusji nad długą perspektywą działań, jest wiele – niektórych możemy szukać w innych miastach, inne mają korzenie warszawskie, wystarczy tylko cofnąć się w przeszłość i zastanowić, czy wiele z ówczesnych pomysłów nie było właśnie tym, czego obecnie tak bardzo nam brakuje.

Można przecież pochwalić miasto – zupełnie szczerze i uczciwie – za Veturilo i rozwój sieci dróg rowerowych, za zakaz występów na miejskich gruntach cyrków męczących zwierzęta, za stopniowe przywracanie Wisły mieszkańcom – ponowne przybliżanie miasta do rzeki, czy opiekę nad wolno bytującymi kotami, a także stale zmieniające się na lepsze miejskie schronisko „Na Paluchu”. I takie oblicze stolicy jest tym, które zapewne zdecydowana większość z nas chciałaby widzieć – to prawdziwa, inna od głoszonej przez polityków przy Wiejskiej, dobra zmiana. Problem jednak w tym, że… borderline. A lista grzechów „ciemnej strony” Warszawy „zielonej” jest bardzo długa.

Zieleń

O wycinkach na terenie Warszawy pisaliśmy już na „Pańskiej Skórce” wielokrotnie. Zresztą nie tylko my – o poczynaniach dzielnych miejskich drwali w alarmującym tonie donoszą różne warszawskie media. Do długiej listy, na której poczesne miejsca zajmują: planowana wycinka nad Kanałem Żerańskim (inwestor wcale nie ukrywa planów splantowania 1,5 tysiąca drzew, a mieszkańcy obawiają się, że ta liczba może być dwa razy większa) i tartak przy Cytadeli, dołączył ostatnio także park Michałowski. Czy raczej były park, bo właśnie został on zubożony o 122 drzewa. Ratusz zapowiada „rekompensatę”, którą ma być utworzenie lokalnego skweru. Doprawdy godne zadośćuczynienie w mieście, w którym terenów zielonych zdecydowanie nie przybywa. Wprawdzie co jakiś czas słychać o pomysłach tworzenia nowych parków, ale albo są to pomysły na zagospodarowanie i tak już istniejącego nieuporządkowanego terenu (Odolany – tam zresztą miasto nie wyda ani złotówki, bo park ma powstać za pieniądze inwestora; skwer naprzeciwko Dw. Zachodniego), albo miejsca jak najbardziej potrzebne, ale peryferyjnie położone i o charakterze jedynie lokalnym (nowy park w Ursusie). W obrębie „miasta” w najlepszym razie możemy doczekać się rewitalizacji w ramach budżetu partycypacyjnego, ale częściej dochodzi po prostu do parcelowania założeń zieleni, które mają się dobrze i istnieją od lat. Takie zakusy mają na przykład od dłuższego czasu inwestorzy na terenie bielańskiego Parku Olszyna, który składa się z rezerwatu (jeszcze!) oraz rozległego terenu rekreacyjno-wypoczynkowego, wprost idealnego, aby poszatkować go i postawić bloki. Słowo „reprywatyzacja” w warszawskim wydaniu ma wydźwięk ponury, ale dyskutując o kamienicach i szkolnych boiskach, zapominamy często, że także antyekologiczny. Naprawdę chętnie poznałbym spójną wizję „zielonej Warszawy”, tak promowaną przez Ratusz, bo na razie wygląda mi ona głównie na zieleń na trawnikach nowych osiedli.

Powietrze

To kolejny nieustająco gorący temat. O warszawskim powietrzu (czy raczej przypominającej smolisty aerozol zawiesinie) mówi się ostatnio coraz więcej – i bardzo dobrze! Na alarm bije (nomen omen) Warszawski Alarm Smogowy, protestują już nie tylko ekolodzy, ale zwykli mieszkańcy, których w ostatnich latach zaczęło tak jakby trochę bardziej dusić, kłuć w piersiach, a przecież papierosy rzucone już dawno. Niestety – z powodów, o których wszyscy wiedzą, a jakoś nie wszyscy (przynajmniej po stronie władz miasta) chcą głośno mówić – degradacja jakości powietrza w stolicy stała się faktem. Tym co bulwersuje jeszcze bardziej, jest „kreatywna księgowość” dotycząca powietrza, uskuteczniana przez władze w dyskusji z mediami i mieszkańcami – najzabawniejsze (nie, tak naprawdę zupełnie nie jest to zabawne) jest bowiem to, jak wyglądają normy i interpretacja tego, czy zostały przekroczone, czy może powietrze w Al. Niepodległości jest jednak „dobrej jakości”. W jaki sposób dopuściliśmy do takiej sytuacji w mieście, w którym praktycznie nie ma przemysłu, a zdecydowana większość metropolii ma zapewnione ciepło z miejskiej sieci?

Jak na ironię – po moim wystąpieniu w czasie „Warszawskiej Burzy Mózgów” sympatyczna skądinąd przedstawicielka Ratusza od razu ad vocem zaznaczyła, że oczywiście normy normami, przekroczenia przekroczeniami, ale Ratusz jest głęboko przekonany, że to wszystko wina „napływu” z podwarszawskich miejscowości. Czyli – jeśli dobrze rozumiem – dziwnym trafem wszystkie spalane w podwarszawskich piecykach śmieci unoszą się w formie gazowej i jak jeden smog kierują się grupowo w stronę Al. Niepodległości, gdzie stacja pomiarowa regularnie odnotowuje znaczące przekroczenia – szczególnie pyłów zawieszonych PM10 i PM2,5.

Urbanistyka i planowanie

Praktycznie co tydzień dowiadujemy się o nowych planach inwestorów, którzy chcą „upiększyć” Warszawę nowymi drapaczami chmur. Ponieważ bardzo „inwestycyjne” i coraz bogatsze tereny na Ursynowie, Mokotowie, we Włochach i w Ursusie nie sprzyjają wysokiej zabudowie (lotnisko!) to planistom od dawna marzy się „skyline”, czy mówiąc bardziej po polsku „korona” w ścisłym Śródmieściu. O ile na szczęście w mniejszości są ci, którzy chcą zabudowywać stołeczne parki i zieleńce (choć i takie przykłady znajdziemy – choćby ostatnia „bitwa” o nieruchomość przy ul. Szarej), to nie trzeba być wybitnym znawcą tematyki przepływu powietrza w mieście, aby zrozumieć, że nieustanne „dogęszczanie” centrum wieżowcami nie pozostanie bez wpływu na jakość mieszanki gazów, którą oddychają osoby mieszkające i pracujące w Śródmieściu. Awangardzie „nowej Warszawy” nie wystarcza (dalsza) Wola, gdzie faktycznie dałoby się pewnie w granicach rozsądku dobudować to i owo, tworząc nowe „city”, a dalsza rozbudowa drugiej linii metra czyni te okolice coraz bardziej atrakcyjnymi. Co chwila słyszymy o mniej lub bardziej odjechanych pomysłach – wepchnięcie kolejnego wieżowca w miejsce „Emilii”, zabudowa pl. Defilad mająca zasłonić Pałac Kultury szczelnie ze wszystkich stron, czy pomysły na wpychanie gęstej i wysokiej zabudowy w zachowane założenia urbanistyczne Śródmieścia Południowego. Tego typu chore pomysły, które co chwila wypływają nie tylko na wortalach dla deweloperów, ale odbijają się szerokim echem w mediach, każą stawiać fundamentalne pytanie – czy obecnie w Warszawie myśli się o planowaniu przestrzennym, nie tylko w aspekcie jakości powietrza i codziennej jakości życia? Czy zabudowywanie klinów napowietrzających i architektura agresywnie wkraczająca już bezpośrednio na wiślane brzegi, to strategiczna wizja, czy jej całkowity zanik? Nie mówię o powrocie do (bardzo ciekawych zresztą) pomysłów z lat 30, takich jak np. „Warszawa Funkcjonalna”, które – choć okazały się nierealistyczne – w pośredni sposób na długo ukształtowały przestrzenną formę naszego miasta, choćby w największym zarysie konserwując otaczające miasto tereny zielone (a także te, które w tkankę miejską wbiły się na trwałe – jak brzegi Wisły). Wystarczy spójna strategia na najbardziej ogólnym poziomie, która określi docelowe pomysły, a ostatecznie będzie punktem wyjścia do rozsądnych i zrównoważonych planów zagospodarowania przestrzennego. Nie musimy rysować na mapie kółka, wystarczy, że weźmiemy pod uwagę dalsze perspektywy rozwoju urbanistycznego Warszawy – choćby na 15-20 lat.

Dlaczego w Monachium, Wiedniu, Madrycie, czy Paryżu „się da” planować w taki sposób, żeby wieżowce i inne wielkogabarytowe gmachy nie były wciskane na każdą parcelę? Dlaczego w Warszawie nie słucha się głosu mieszkańców? Może wtedy jasno okazałoby się, że po prostu nie życzą oni sobie lokalnego „Manhattanu”, czy raczej Astany albo Aszchabadu nad Wisłą? Czy władze miasta naprawdę uważają, że większość warszawiaków to wyznawcy architektonicznego kultu Cargo, wierzący, że dostawienie 15 kolejnych biurowców, które będą stały w połowie niewykorzystane, zapewni nam dobrobyt i emanujące z „city” szczęście? Byłaby to niezwykła krótkowzroczność, szczególnie w bardzo niepewnych ekonomicznie czasach.

Komunikacja i transport

Szeroka jak morze Trasa Łazienkowska spłonęła i jak Feniks z popiołów powróciła do miejskiego pejzażu. Czy problemy z mostem skłoniły kierowców do przesiadki do publicznych środków transportu? Skądże. W Warszawie, mimo licznych wysiłków – także Ratusza, które trzeba uczciwie podkreślić – i stałego rozwoju sieci rowerowej, mozolnej rozbudowy metra (kolejny etap – po 3 stacje w każdą stronę, hura!), czy coraz śmielszego wprowadzania ekologicznych rozwiązań (np. autobusy elektryczne i hybrydowe) patronką mieszkańców pozostaje św. Przepustowość. Piesi heretycy coraz śmielej się jej sprzeciwiają i podnoszą głośno postulaty zburzenia jej świątyń, których podziemiami muszą przemykać się jak szczury. Sekta Pasów na Asfalcie ma już pewne sukcesy – być może już niedługo przez Rondo Dmowskiego (które przy okazji przestanie być rondem) lub skrzyżowanie Jerozolimskich i Chałubińskiego (które – wbrew oficjalnej nazwie – za bardzo na rondo nie wygląda) rzeczywiście będzie można przejść górą. Trochę na oślep, bo przez podnoszenie cen parkingów, miasto próbuje też walczyć z tymi, którzy chcą lub muszą wjeżdżać do centrum samochodem. W zasadzie ten obszar rozchwianej warszawskiej osobowości budzi największe nadzieje na przyszłość. Ale podobnie jak pozostałe wymaga perspektywicznego myślenia. O transporcie drogowym (Warszawa wciąż ma pół obwodnicy, nie mówiąc o dobrze zorganizowanych wewnętrznych „ringach”, które usprawniają komunikację licznych miast), kolejowym (ponownie – „ring” w łatwy sposób można domknąć, ten pomysł jest żywy od lat, a inwestycje w odświeżenie infrastruktury dla pasażerów nie byłyby na pewno aż takie wysokie) i dalszym rozwoju transportu publicznego – Wilanów i Gocław od dawna dopominają się o takie rozwiązanie, pierwsze jaskółki zresztą już nad południową Warszawą krążą. Wszystko to jednak powinno wpisywać się w spójną, wieloletnią strategię, a nie być efektem doraźnego planowania lub zupełnie niejasnych pobudek – jak w przypadku świeżej awantury o most prowadzący do nowego deweloperskiego osiedla (uwzględniony od początku na jego wizualizacjach), wpuszczający rzekę aut na pl. Wilsona i przekształcający ul. Krasińskiego w TRASĘ Krasińskiego.

Rozważając długofalowe plany rozwoju Warszawy (oby takie rzeczywiście nareszcie powstały) należałoby przede wszystkim pamiętać o tym, że miasto to miejsce życia i pracy dwóch milionów ludzi, a nie jedynie tanie parcele, drzewa do wycięcia i asfalt, którego można wylać jeszcze więcej, aby pracownicy z osiedla w miejscu dawnego lasu dojechali do biurowca w miejscu dawnego parku. Bo w takim mieście nikt nie będzie chciał żyć i nie pomoże milion sztucznych słońc na elewacjach biurowców.


Powyższy tekst powstał na podstawie i jako uzupełnienie referatu, który miałem przyjemność wygłosić w czasie „Warszawskiej Burzy Mózgów #Warszawa2030”. Towarzysząca mu prezentacja dostępna jest do pobrania tutaj, zaś poniżej możecie obejrzeć zapis video (niestety jakość dźwięku chwilami jest bardzo zła – a chwilami przyzwoita). Tu znajduje się bezpośredni link do mojego wystąpienia, ale gorąco polecam obejrzenie całości, zaś szczególnie polecam wystąpienia Pawła Pstrokońskiego, Roberta Buciaka i Patrycji Pendrakowskiej.

Wszystkie materiały do pobrania

Co sądzisz? Skomentuj!