Warszawa bez wizji zero

Dlaczego w Warszawie giną piesi (i nie tylko)? I dlaczego – analizując w kontekście kolejnych wypadków wypowiedzi wiceprezydenta odpowiedzialnego za drogi – można odnieść wrażenie, że ratusza to najnormalniej w świecie nie obchodzi? Może dlatego, że rzeczywiście nie obchodzi?

Zacznijmy od zasadniczej kwestii – tzw. „wizji zero”. Nie chodzi tu o ograniczenie widoczności na skrzyżowaniu (o to troszczą się sami nieprawidłowo parkujący kierowcy), a o długofalową strategię, wdrażaną w kolejnych krajach, której celem jest zredukowanie do zera liczby wypadków drogowych, w których ofiary ponoszą śmierć lub poważne obrażenia. Ta i podobne strategie, wdrażane w różnym stopniu w kolejnych krajach i miastach, przynoszą oczekiwane rezultaty. Z krajowego podwórka można przywołać choćby Jaworzno, gdzie sukces jest spektakularny.

A co się dzieje w Warszawie? Najkrócej: hulaj dusza, piekła nie ma. Co więcej – stolica jest miastem, w którym kierowcy poruszają się najszybciej w całej Polsce! Pisaliśmy niedawno o wszystkich grzechach wiceprezydenta Roberta „Nie kosztem kierowców” Soszyńskiego, a także o niezwężaniu Górczewskiej – oba teksty wzbudziły skrajne emocje. Bo jakże to – odbierać kierowcom prawo do szybkiego, nieskrępowanego i płynnego ruchu w mieście? I jeszcze przekonywać ich, żeby wybrali zbiorkom, a na ulicach ograniczać prędkość, zwężać pasy, wynosić i doświetlać przejścia dla pieszych? Hurr-durr, a potem zdarzył się wypadek na Sokratesa. A – jakby tego było mało – wczoraj kolejny mistrz kierownicy wjechał w wiatę przystankową na trasie W-Z, raniąc kilka osób (to już drugi taki wypadek w tym miejscu w ciągu roku – nie na jezdni, nie na przejściu dla pieszych, a na chodniku, gdzie pieszy ma pełne prawo czuć się w 100% bezpiecznie!), a przed KPRM kierowca beztrosko rozjechał pieszą… na pasach.

Co ciekawe – trzeba było śmierci człowieka (a niewiele brakowało, aby była to śmierć całej rodziny) na pasach, aby prezydent Trzaskowski zabrał głos. Z gracją słonia w składzie porcelany (lub TIR-a na parkingu osiedlowym):

 

Kolejne, już nieco bardziej poukładane, stanowisko prezydenta, pod hasłem „czas na konkrety”, zawiera rzeczywiście kilka (ok, dwa) elementów, które w teorii mogą wpłynąć na poprawę bezpieczeństwa w ruchu drogowym, ale w praktyce – pozostaną w sferze myślenia życzeniowego. Co mianowicie obejmuje aktualna prezydencka „wizja cośtam”?

„Po pierwsze: strefa tempo 30 na drogach lokalnych i osiedlowych.”

„Po drugie: nowe sygnalizacje świetlne na przejściach dla pieszych.” (7 wskazanych w poście miejsc i „wiele, wiele innych”)

A do tego apel do władz centralnych o przywrócenie fotoradarów gminom i podniesienie stawek mandatów.

I… I to wszystko. Serio. Tak wygląda wizja bezpieczeństwa w Warszawie. Nie ma kompleksowych rozwiązań dot. uspokojenia ruchu (umówmy się, że znaki „strefa 30” na drogach osiedlowych nie dadzą zupełnie nic, na Sokratesa jest ograniczenie do 50 km/h, sprawca wypadku jechał – według ustaleń śledczych – niemal trzykrotnie szybciej), nie ma technicznego zabezpieczania pieszych i rowerzystów jako uczestników ruchu drogowego. Nie ma w praktyce niczego, co mogłoby w realny sposób wpłynąć na ograniczenie liczby wypadków w mieście i na poprawę statystyk śmiertelności. To nie jest jakakolwiek „wizja”, tylko powiedzenie wprost: miasto jest i pozostanie podporządkowane indywidualnemu transportowi samochodowemu, piesi mogą sobie doświetlać pasy w ramach budżetu obywatelskiego, a najlepiej, żeby po prostu trzymali się z dala od ulic.

Kończąc – pieszy to każdy i każda z nas. Nawet jeśli przechodzisz do garażu bezpośrednio z domu i nie wysiadasz z auta do wyjścia do pracy (a ile jest takich osób?) to i tak prędzej lub później będziesz przechodzić przez zebrę lub stać na chodniku przy jezdni. Albo w takiej – naturalnej w mieście – sytuacji znajdą się Twoje dzieci lub najbliżsi. Nie ma miejsca na politykę transportową, która nie tylko cofa Warszawę do lat siedemdziesiątych, jest anachroniczna i nieekologiczna, ale też – co brutalnie pokazała rzeczywistość – ma bezpośredni wpływ na zdrowie i życie mieszkańców miasta. Dlatego po pierwsze Robert „Parkingi są bezdyskusyjnym i podstawowym dla nas zadaniem” Soszyński powinien zostać przesunięty na inny odcinek robót miejskich (z dala od czegokolwiek, co ma związek z bezpieczeństwem ludzi), a po drugie – miasto powinno opracować rzetelną i kompleksową strategię bezpieczeństwa w ruchu drogowym, chroniącą najsłabszych tego ruchu uczestników. Mówiąc wprost – jeśli nic się nie zdarzy, to pp. Trzaskowski i Soszyński będą mieli na rękach krew wszystkich kolejnych ofiar wypadków na warszawskich ulicach, przejściach dla pieszych i chodnikach.

***

Suplement:

Dwie świeżutkie reakcje wiceprezydenta Soszyńskiego na postulaty mieszkańców mające poprawić bezpieczeństwo ruchu drogowego: [1], [2].

Co sądzisz? Skomentuj!