Warszawa bez słoików!

Wyobraźmy sobie taką sytuację, że w Warszawie nie ma już ani jednego „słoika”. Tylko sami rodowici, od wielu pokoleń, warszawiacy – toż to mokry sen niejednej osoby w naszym mieście! Jednak nawet wtedy nie wolno stracić rewolucyjnej czujności. Aby Warszawa była w 100% warszawska, musi być też wyczyszczona z niewygodnych pozostałości. Dlatego należałoby wówczas powołać Instytut Niepamięci Słoikowej i rozpocząć twardą desłoikizację miasta z hasłem „zero tolerancji” wypisanym na sztandarach.

Trzeba by było zacząć od czegoś spektakularnego, aby komunikat był jasny i żeby otworzyć oczy niedowiarkom. Otóż powiedzmy sobie wprost: Zygmunt III Waza był słoikiem. Urodzony w 1566 roku w Szwecji, na stałe zaczął mieszkać w stolicy (a nawet sam tu ją wtedy przeniósł) dopiero w wieku 30 lat! Karierowicz z prowincji (wcześniej mieszkał przecież głównie w Krakowie), który przyjechał do nas robić karierę – ile takich historii znamy?! Tak więc wielką akcję desłoikizacji rozpocznie się od zburzenia kolumny Zygmunta, która nieszczęśliwym zbiegiem losu stała się symbolem Warszawy. To powinno wszystkim pokazać, że nie mamy żadnych sentymentów i że sztywniutko będziemy realizować wiekopomny plan.

Usuwanie pomników to fajne zajęcie, więc rozejrzyjmy się, co by tu jeszcze? O, Kiliński na przykład. Urodzony w Trzemesznie w 1760 roku, do Warszawy przyjechał około 1780 po naukę. Dzisiaj to byłyby pewnie studia, ale wstydliwy fakt jest taki, że wtedy w stolicy nie było żadnego uniwersytetu. Dopiero prawie 40 lat później założono UW. Skoro Kiliński nie mógł studiować dziennikarstwa, zarządzania ani nawet stosunków międzynarodowych, więc został mistrzem szewskim, a kilka lat później dostał się do rady miasta. Niedawno były wybory samorządowe, ciekawe ilu takich z Trzemeszna, czy skądś tam, zostało warszawskimi radnymi!

Źródło: Archiwum Główne Akt Dawnych

Tak się szczęśliwie składa, że na Kilińskiego są papiery – w swoim CV pisze: „Wyznaję to, iż jestem rodem z Wielgo Polski z wojewóctwa Kujawskiego z miasta Trzemeszna” (źródło: Archiwum Główne Akt Dawnych).

Dajmy spokój pomnikom, przejdźmy do nazw ulic. Tu wbrew pozorom sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana. No bo na przykład to by się spodziewał, że zdrada kryje się pod niewinną nazwą ulicy Miodowej? To pozostałość po piekarzach, którzy gdzieś w XVI wieku przyjechali z Torunia żeby robić w Warszawie pierniki. Osiedlili się tłumnie przy jednej ulicy, no a ponieważ w każdym pierniku jest miód, więc nazwano ją z tego powodu Miodowniczą, z czasem zaś zamieniła się w Miodową. To niedopuszczalne. Proponuję nową, prawomyślną nazwę: Warszawiaków Od Pokoleń.

Jeśli ktoś jeszcze nie wierzy, że ze „słoikami” to zawsze był problem, a nie tylko ostatnio, niech spojrzy na te dokumenty. Ładne takie, kolorowe. A czai się za nimi zło! Pierwszy dokument (z 1767 roku) to nadanie obywatelstwa warszawskiego pewnemu kupcowi z Lionu, Klaudiuszowi Antoniemu Sain, drugi pergamin (1779 r.) jest poświadczeniem nazwiska i herbu angielskiego kupca mieszkającego w Warszawie, Piotra Fergusona Teppera. Słoiki niby zagraniczne, ale nadal słoiki.

Źródło: Archiwum Główne Akt Dawnych.

Skoro mówimy o tak odległych czasach, to trzeba tutaj wspomnieć o dosyć przykrym fakcie. Niski stan higieny, krótka przeciętna trwania życia ludzkiego i niewielka umiejętność walki z klęskami żywiołowymi takimi jak pożary, powodzie czy epidemie sprawiały, że co najmniej do końca XVIII wieku nie było w Rzeczpospolitej dużego miasta, które miałoby dodatni przyrost naturalny. Jeśli zwiększała się w jakimś ośrodku liczba mieszkańców, to tylko dzięki przyjezdnym, i to raczej z okolicznych wiosek i miasteczek, a nie innych metropolii. To przykry zgrzyt, więc będzie trzeba ten fakt jakoś zatuszować. Dla dobra sprawy.

Odwróćmy oczy od spraw tak przyziemnych jak demografia i zastanówmy się nad sztuką: malarstwem, literaturą, filmem. Jest tu wiele do zrobienia. Canaletto oczywiście do kasacji, jakiś Włoch – niby malował Warszawę, ale warszawiakiem nie był, więc Instytut musi go wymazać z dziejów. Bolesław Prus? Ukrywanie się pod pseudonimem jest podejrzane samo w sobie. I choć próbował się wkupić w łaski prawdziwych mieszkańców Warszawy powieściami o stolicy w stylu „Lalki”, to jednak wszyscy wiedzą, że urodził się w Hrubieszowie. Patrząc na jeszcze bliższe nam czasy, to taki na przykład Himilsbach. Chłopak z Mińska Mazowieckiego? Nic tu po nim. A to wszystko dopiero szczyt góry lodowej!

Instytut Niepamięci Słoikowej będzie miał dużo niewdzięcznej roboty, ale w imię desłoikizacji należy ponosić ofiary. Cena wysoka, jednak wreszcie w Warszawie będziemy mogli mieć pewność, że każda mijana na ulicy osoba to prawdziwy warszawiak, a każdy kamień jest w 100% warszawski. Co prawda dużo tych kamieni nie zostanie, bo spora część architektów nawet nie próbowała udawać, że się tutaj urodziła, wystarczy przypomnieć Tylmana z Gameren (np. pałac Krasińskich jest jego) albo Henryka Marconiego (Hotel Europejski i kilkadziesiąt innych obiektów).  Ale co tam, byleby by było czysto warszawsko, to przecież najważniejsze! Prawda?

 

 

Co sądzisz? Skomentuj!