Warszawa bez Romana

Odszedł Czarny Roman. A tak naprawdę Jan, choć pod tym imieniem znało go znacznie mniej warszawiaków. Ale charakterystyczna postać w początkowo jednolicie czarnym stroju i kapeluszu, a później coraz bardziej barwna i niezmiennie oryginalna, z pewnością zapadła w pamięć każdemu, kto choć raz ją zobaczył. Historii i teorii na temat smutnych losów p. Jana było wiele. Interpretacji jego zachowań mniej – był po prostu osobą chorą. Ale to, w jaki sposób nonszalancko i z jedynym w swoim rodzaju stylem pokazywał środkowy palec systemowi, było częścią warszawskiego kolorytu.

Wspomnienia spotkań z Romanem każdy ma swoje, jedyne i niepowtarzalne. Oto garść naszych:

Zawsze się go trochę bałem. Z drugiej strony fascynował, ciekawił. Był to stały punkt w mieście. Jak Pałac Kultury, kolumna Zygmunta czy Rotunda (a nie, czekajcie…). Stały, choć ruchomy. A jednak niemal zawsze się na niego trafiało, wszędzie go było pełno. Jak każdy dotknięty palcem Bożym także i on budził mieszane uczucia. Wiele miast ma takich swoich ludzi-instytucje, opiekuńczego ducha, ulicznego mędrca, nawet jeśli jego mądrość jest nie z tego świata. A Warszawa już nie ma. [łt]

***

Romana widziałem na ulicy jakieś 250 razy, ale bliższe spotkania miałem z nim jedynie dwa. Pierwsze – kilkanaście lat temu w Ogrodzie Saskim. W romantycznych okolicznościach przyrody, w czasie rendez-vous, Roman wychynął gdzieś z okolic wodozbioru i w promieniach zachodzącego słońca nie tyle szedł, co sunął parkowymi alejkami. Drugi raz – w tej samej aurze innego świata – stanął za mną w kolejce w małym sklepie spożywczym przy Skwerze Hoovera, budząc wyraźny niepokój w oczach sprzedawczyni. Komunikował się sam ze sobą lub z innymi wymiarami, aż w końcu zażyczył sobie bułkę. Roman w różu i innych wariantach kolorystycznych nie był już nigdy taki „true”, a z zarostem nie sprawiał tak eterycznego wrażenia jak z gładką twarzą, ale niesamowitej energii, która z niego emanowała, nie da się zapomnieć. [ak]

***

Czarnego Romana będę pamiętał przede wszystkim za jego odważne stroje. Zapamiętam jego kolorowe ubrania w jednolitej czerwieni, bieli i czerni, charakterystyczne kapelusze czy kombinezony narciarskie w środku lata. Czasami zdarzało mu się chodzić boso. Nie znam historii jego życia. Ze wszystkich razy, kiedy widziałem go na Chmielnej, Nowym Świecie czy Marszałkowskiej mogę wnioskować, że zapewne nie raz miał pod górkę. Nie wiem czy był świadomy roli, którą odegrał w kwartale kilku śródmiejskich ulic. Przydawał im kolorytu i przełamywał szarość, kiedy Warszawie było jeszcze szaro. Wszyscy piszą, że go pamiętają, że go znali, że coś dla nich znaczył… Tymczasem myślę, że tak naprawdę nikt go do końca nie poznał. Czarny Roman nosił w sobie tajemnicę, której już nie odkryjemy. [mk]

***

Dziś Czarnego Romana już z nami nie ma. Odszedł jak stare kamienice, które ustąpiły miejsca deweloperskim biurowcom. Jak prawdziwy klimat starej, dobrej Warszawy, zastępowanej przez bezprzymiotnikową nową – miasto szyldów światowych marek, szkła i stali, „miejskich placów”, po których hula wiatr, niszczenia architektury, zieleni, rzemiosła i ludzi. Pozostaje nam pamiętać tę wyjątkową postać i to, ile koloru wnosiła w codzienne warszawskie życie, nawet w „czarnym okresie”. Możemy też czasem położyć się na murku przy Chmielnej i chłonąć słoneczne promienie, tyle nam pozostało.

To też może Cię zainteresować:

Co sądzisz? Skomentuj!