W Warszawie z Jankiem i Zdziśkiem

Z Jankiem

Janek Himilsbach przesiadywał dni i przesypiał w noce w różnych lokalach. Najsłynniejszy aktor wśród kamieniarzy czas ten spędzał na ogół w towarzystwie swojego przyjaciela Zdzisława Maklakiewicza. Obaj panowie jednak rezydując na stałe w stolicy, znali jej kawiarniany wymiar jak nikt inny. Była wśród tych wszystkich knajp tak zwana Partumiarnia – kawiarnia prowadzona przez Andrzeja Partuma, który swego czasu zasłynął happeningiem „Koncert solowy z afiszem”. Ten poeta i muzyk wraz ze swoją znajomą poszli kiedyś do budki telefonicznej, gdzie wykręcili numer do sekretariatu ministra kultury i sztuki.

– Tu sekretariat przewodniczącego Rady Państwa, towarzysza Aleksandra Zawadzkiego. Proszę mnie połączyć z towarzyszem ministrem – powiedziała znajoma Partuma.

– Tak jest oczywiście towarzyszko! Już łącze z towarzyszem ministrem.

Słuchawkę w tym momencie przejął Partum.

– Tu przewodniczący Rady Państwa. Mamy takiego bardzo utalentowanego młodego pianistę. Zasłużył na to, aby mieć koncert w Filharmonii Narodowej. Proszę się tym zająć; najlepiej niech to będzie koncert solowy.

– Tak, oczywiście towarzyszu Przewodniczący. Wszystko będzie załatwione!

Natychmiast po tym telefonie odpowiednie rozporządzenie od ministra kultury otrzymał ówczesny dyrektor warszawskiej Filharmonii. Wydrukowano wielkie plakaty, które błyskawicznie rozklejono po całym mieście. Tak się jednak złożyło, że ów dyrektor, jeszcze przed koncertem, poznał osobiście ministra i wyszło na jaw, że ten żadnego telefonu w sprawie wybitnego młodego muzyka nie wykonywał. „Koncert solowy z afiszem” mimo rozpropagowania w całej stolicy, został więc odwołany.

***

W Partumiarni bywał także niejaki Otello – znany praski obibok i babiarz. Kolegował się on z Jankiem Himilsbachem i Markiem Piwowskim – reżyserem „Rejsu”. Kiedyś pijąc do rana z aktorem, zadzwonili wspólnie do reżysera;

– Przyjdź, Mareczku, mamy pół basa. Wypijemy.

– Dziewczynę mam na jaśku, muszą ją odprowadzić. – wykręcał się Piwowski.

– A to przepraszamy Mareczku, nie wiedzieliśmy, że ty masz niewidomą dziewczynę.

***

Jan Himilsbach nie miał swojego mieszkania. Jeśli nocy nie spędzał więc po znajomych to sypiał  w różnych klubach i kawiarniach. Dopóki oczywiście mógł się w nich jeszcze pojawiać. Nie raz przyciął też komara w szatni Partumiarni. Oczywiście pijany w trąbę. Kiedyś do klubu zaszło dystyngowane małżeństwo Centkiewiczów. Pomiędzy płaszczami dostrzegli śpiącego Himilsbacha. W wymiętym ubraniu, nieogolonego, głośno chrapiącego.

– Spójrz, kochanie – Powiedziała pani Wanda Centkiewicz do męża – jaki okropny typ tutaj leży. Toż to skandal!

– Ależ kochanie, nie poznajesz? Przecież to ten słynny pisarz i aktor! Pan Jan Himilsbach!

W tym momencie Janek otwiera jedno oko i przez zęby cedzi swoich ochrypłym głosem:

– No i co? Chyba ci teraz głupio stara kurwo?

***

Himilsbach, który rzadko kiedy spał w normalnych warunkach, czuł przeogromną awersję do pidżam. „Raz jeden miałem pidżamę.” – opowiadał. – „Nie ma, kurwa, dziadu, gorszej rzeczy niż pidżama. Normalnie jest tak: Popijesz sobie, padnie i zapomnisz o wszystkim. Potem wstaniesz rano i zaraz możesz iść dalej. Raz jeden w życiu napiłem się w pidżamie. Następnego dnia rano wyszedłem na ulicę ubrany tylko w pasiastą pidżamę.”

***

Aktor, gdzie tylko się pojawił z zamiarem dobicia i przespania, zwykł wszczynać awantury. Kiedyś, nie będąc wpuszczonym do Manekina na warszawskiej starówce, wściekły Himilsbach przez otwarte okienko sypnął do knajpy miałem węglowym. Cały klub był w czarnym pyle. Kiedy żądni zemsty goście wybiegli przed lokal, natknęli się na opartego o mur Janka. Na pytanie, gdzie ci dranie, odpowiedział: „Pobiegli w tamtą stronę.”

***

Znany kamieniarz nie tylko zresztą w warszawskich lokalach miał problemy. Jednego razu doszło do awantury w Poznaniu, gdzie kelner starał się wypchnąć Himilsbacha za drzwi podczas jego własnego wieczorku autorskiego, krzycząc „Udaje pisarza! Na salę chce wejść!”

***

Innym razem, w Spatifie, będąc już mocno napitym – co niestety wzmagało w Himilsbachu agresję – od samego progu począł wrzeszczeć: „Inteligencja – wypierdalać!” Na te słowa, z właściwym sobie dostojeństwem uniósł głowę znad zupy pomidorowej Gustaw Holoubek i głośno zwrócił się do wszystkich obecnych w kawiarni: „Nie wiem, jak państwo, ale ja wypierdalam”.

***

Zupełnie innego dnia natomiast, w Piwnicy pod Harendą, przy wódeczce, o malarstwie dyskutował właśnie Himilsbach wraz z Romanem Śliwonikiem i Andrzejem Brychtem. Między Himilsbachem a Brychtem doszło do dość nerwowej rozmowy na tematy – oczywiście – artystyczne. Gorącą dyskusję przerwała im niestety milicja, i to w nie nazbyt kulturalny sposób. Andrzej i Roman jakoś się ulotnili a Janek nie bardzo mógł, bo na ten moment nie miał na sobie ani marynarki, ani koszuli, a to przecież obraża obyczajność tak wałęsać się półgołym w samo południe po Śródmieściu. Przynajmniej taka była jego opinia na ten temat. Milicja Obywatelska ją podzielała, więc Janka zgarneli na dołek, gdzie spędził resztę dnia i nockę. Rano pobudka.

– Van Gogh! Do wyjścia!

Milicjant krzyczy, ale nikt się nie rusza. Po chwili znowu.

– Van Gogh! Do wyjścia.

Nic. Wszystkich już wypuścili, tylko Himilsbach siedzi. I znów.

– Van Gogh! Do wyjścia!

Klawisz się rozgląda i widząc przed sobą tylko pisarza, pyta;

– Wasze nazwisko?

– Himilsbach!

Wychodzi. Wraca.

– Nazwisko?

– Himilsbach.

– A Van Gogh to kto?

– Malarz.

– Malarz, mówicie…

– Tak. Malarz. Ale nim się nie przejmujcie, on się zastrzelił.

– Zastrzelił? A skąd miał broń?

– Słowo honoru, nie wiem…

Milicjant wybiegł w popłochu. Po chwili wraca w towarzystwie oficera.

– Van Gogh? – pyta oficer.

– Nie. Himilsbach.

– A ja mam tu napisane, że Van Gogh.

– Dziwne.

– Więc wy to Himilsbach?

– Tak.

– Słuchajcie Van Gogh, jak dostaniecie parę pał to sobie szybko przypomnicie jak się naprawdę nazywacie. No. To jak się nazywacie?

– Van Gogh.

– Van Gogh! Do wyjścia!

Co sądzisz? Skomentuj!