W krąg znały ją ulice – o warszawskiej balladzie podwórzowej

Ballada podwórzowa, uliczna, brukowa – różnie określa się piosenki śpiewane w przedwojennej Warszawie, a znane nam dzisiaj głównie dzięki Stanisławowi Grzesiukowi. Wszystkie te historie o Czarnych Mańkach, Felkach Zdankiewiczach i innych apaszach oraz ich szemranym życiu – to właśnie o nich tu mowa.

Początki podwórzowych ballad to II połowa XIX w. W tych czasach warszawska ulica śpiewała piosenki wykonywane oryginalnie w kabaretach i na estradach, czy nawet arie operowe i operetkowe. Stołeczna gawiedź bawiła się też do polek, oberków i mazurów.

Zachowało się nieco druków zawierających teksty i nuty parkietowych hitów, do których ówcześnie tańczono. Już same tytuły przybliżają nam nieco ich specyfikę. Mamy oto na przykład polkę „Mańka w lewo” napisaną przez Józefa Jareckiego (zmarł w 1871 r.), mazura „Frajda” (ok. 1887 r.), duży przebój – polkę „Człowiek bomba” Teodora Hertza (ok. 1865 r.), mazura pod tytułem „Dolina Szwajcarska” (ok. 1855 r., chodzi tu oczywiście o słynne warszawskie miejsce zabaw tanecznych) czy inną polkę, „Piękne warszawianki” (ok. 1870 r.).

Jeśli chodzi o utwory ściśle sceniczne (choć przecież polki czy mazury pisane były też przez profesjonalistów i wystawiane na deskach estrad i teatrów), to jednym z większych przebojów ostatnich lat XIX wieku był marsz wziętego kompozytora Karola Namysłowskiego pod tytułem „Frajda na Saskiej Kępie” zaczynający się od słów „Nie zawracaj kontrafałdy, że w Warszawie byłeś/Bo na Saską Kępę wcale nie chodziłeś”. Popularność zachowała ta piosenka także i w okresie międzywojennym, o jej żywotności nie trzeba zresztą przekonywać (żeby przypomnieć tylko zacytowanie jej w tekście warszawskiego Vavamuffin). Jest to także dosyć wczesny przykład wpływu gwary ulicznej na utwory obiegu „oficjalnego”.

Etykieta na płycie gramofonowej zawierającej "Frajdę na Saskiej Kępie" (źródło zdjęcia: www.russian-records.com, http://tinyurl.com/nc6nkz8).

Etykieta na płycie gramofonowej zawierającej „Frajdę na Saskiej Kępie” (źródło zdjęcia: www.russian-records.com).

Na wyobraźnię mieszkańców syreniego grodu miały też wpływ choćby druki ulotne zawierające tak zwane pieśni nowiniarskie – znowu wystarczy zaznajomić się tylko z ich tytułami, żeby zdobyć wyobrażenie o treści i poetyce: „Opowieść o synowej, która zamordowała starego ojca Jakóba (zdarzenie prawdziwe)”, „Pieśń nowa o sierotkach: prawdziwe zdarzenie o strasznej zemście macochy nad sierotkami”, „Morderstwo w Bukowie – prawdziwa opowieść o rodzicach zamordowanych w sposób okrutny i dziecku żywcem spalonem” itp.

Okładka druku zawierającego pieśni nowiniarskie (źródło: www.teatrnn.pl, http://tinyurl.com/ogu6tod).

Okładka druku zawierającego pieśni nowiniarskie (źródło: www.teatrnn.pl).

To wszystko pokazuje oczywiście tylko część kontekstu kulturowego, w jakim zrodziły się ballady uliczne. Wiemy jednak dzięki temu, jakie piosenki i treści lubili warszawiacy na przełomie XIX i XX wieku. Chodzi tu raczej o mieszkańców przedmieść czy biednych dzielnic, a nie ludzi zamożnych i wykształconych, gdyż to właśnie wśród odrapanych kamienic i ciemnych podwórek rodziły się pierwsze, oryginalne uliczne ballady warszawskie.

Kto je wymyślał? Zazwyczaj dokładnie nie wiadomo, ale dzięki tekstom ballad wiemy przynajmniej, jakie to było środowisko. Ich bohaterami są przedstawiciele świata przestępczego: wielcy bandyci, drobne cwaniaczki, prostytutki i inne szemrane towarzystwo. Wystarczy przytoczyć fragmenty dwóch różnych ballad sprzed I wojny światowej:

Jestem antek pobytowiec,

Klawy andrus i nożowiec,

I doliniarz też niczego…

Cieszę się z fachu swojego.

*

Bandytów możny król

Rzucał postrach Warszawie

Chodził w krwawej swej sławie

Pośród miasta i pól.

I każdy przed nim drżał,

Straszył w krąg niby zmora,

Twarz krwawego Wiktora

Każdy w pamięci miał.

W przeciwieństwie do pieśni nowiniarskich, gdzie przestępstwa i ich sprawcy byli potępiani, ballady uliczne wręcz sławiły swoich bohaterów. Podziwiały ich odwagę, spryt, ale też pogardę dla wymiaru sprawiedliwości i zwykłych ludzi („frajerów”). Za zalety poczytywano też skłonność do zabaw, pijaństwa i hazardu. Nie znaczy to jednak, że bohaterzy ballad nie mieli zasad. Wręcz przeciwnie, choć były to reguły rządzące ich własnym, przestępczym światem, nieakceptowane powszechnie. Apasz z ballady brukowej był dumny z tego, że nie należy do świata grzecznych i nudnych mieszczan szanujących prawo, że nie wyznaje ich zasad:

Burżujom zabrałem, z żandarmów się śmiałem,

Najlepszych kochanek miałem, ile chciałem.

Fundowałem kumplom wódkę – lato, zima,

Co miałem, przegrałem – pieniądz się nie trzymał.

W takim świecie najczarniejszymi charakterami, gorszymi nawet od policjantów, byli zdrajcy – każdy, kto donosił na swoich kolegów i braci. Gdy tylko ktoś taki się znalazł wśród swojaków, należało czym prędzej wymierzyć mu sprawiedliwość. To dlatego Mańka, która doniosła na Felka Zdankiewicza do biura śledczego musiała zginąć, a jak mówią słowa innej piosenki: „Banda nie przebacza, kula jest zapłatą/Zdradę można zatrzeć tylko krwią”.

W balladach ulicznych przemoc jest zjawiskiem zwyczajnym. Zarówno ta skierowana przeciw ofiarom przestępstw, jak też wobec członków własnej społeczności. Widoczne jest to szczególnie, gdy mowa o relacjach damsko-męskich: „Stach kochał swoją Hankę, choć nieraz zbił, skatował aż do krwi”. Wchodząc do tego świata trzeba było się z tym liczyć, jak przekonała się dziewczyna z ballady pod tytułem „Kariera”:

Po sieni chodziła, tak sobie mówiła:

Wyjdę za złodzieja, nie będę robiła.

Wyszła za złodzieja i robić musiała,

A kiedy nie chciała to baty dostała.

Złodziej w łóżku leży, czarną kawę pije,

A ja przy nim stoję, on mnie w mordę bije.

Póki co wyłania się stąd dosyć mroczny obraz świata, z którym trudno sympatyzować. A przecież jeszcze przed wybuchem I wojny światowej warszawskie ballady podwórzowe opuściły rogatki Woli, Czerniakowa, Grochowa czy Powiśla i stały się popularne także wśród „zwyczajnych” mieszczan. Co mogło ich, a przecież także i nas dzisiaj, w tym wszystkim pociągać? Bohaterowie ballad są co prawda okrutni i bezwzględni, ale przecież kierowali się sztywnym kodeksem honorowym i dumą, co może być postrzegane jako atrakcyjne. Mało tego, ponad wszystko cenili wolność i prawo do życia po swojemu. Byli też sprytni i odważni, a gdy kochali, to na zabój. Jeśli do tego dodać zamiłowanie do zabaw i uciech, łatwiej zrozumieć, że ballady wyszły poza getta biedy. Swoje znaczenie miała tu też na pewno barwna, pełna niezwykłych słów i metafor, warszawska gwara.

Świat warszawskich apaszów nęcił swoją egzotyką, z drugiej strony też zapewne nieco przerażał. Była to świetna mieszanka, która sprawiła, że w okresie międzywojennym każda stołeczna estrada miała w programie wykonawców ballad brukowych. Bardzo szybko za pisanie stylizowanych na nie piosenek zabrali się profesjonalni kompozytorzy i tekściarze. Często ich utwory są nie do odróżnienia od oryginalnych, nie raz zresztą ulice dzielnic biedoty z wdzięcznością je przyjmowały i śpiewały jak swoje.

Atrakcyjność warszawskich ballad podwórzowych nie zmalała ani trochę. Wręcz przeciwnie, przeżywają one obecnie swój kolejny renesans, przyciągają nowe pokolenia odbiorców swoim autentyzmem, egzotyką, humorem i ironicznym dystansem do rzeczywistości. Ballady uliczne to nasz wielki, warszawski skarb, o którym w żadnym wypadku nie możemy zapomnieć.

Co sądzisz? Skomentuj!