Vancouver contra Warszawa, czyli nie kupuję Montgomery’ego

Gościnnie dla Pańskiej Skórki: Hubert Orzechowski

Nie czytałem książki Charlesa Montgomery’ego „Miasto szczęśliwe”. Ale, niestety dla autora, mieszkałem w jego rodzinnym Vancouver, które autor tak chwali i chętnie przeciwstawia okropnościom Krakowa i Warszawy.

Teoretycznie można mu tylko przyklasnąć. Zwłaszcza z warszawskiej perspektywy wyklinania na korki, drożejące bilety, niemiłosiernie długą budową metra oraz rzucaniu komunikacji miejskiej nowych kłód. Jak choćby przy okazji usprawnień, które ucieszą tylko właścicieli samochodów – np „dzięki” otwarciu Nowolazurowej, w okolicach której mieszkałem i nowego wiaduktu w kierunku Ursusa w tej samej okolicy, czas dojazdu autobusem do miasta z podmiejskich, zachodnich miejscowości zwiększył się już około dwa razy.

W oklaskiwaniu Montgomery’ego pomagają wszelkie światowe rankingi miast, w czołówce których zawsze plasuje się Vancouver. Warszawy albo tam ze świecą szukać, albo okupuje miejsce w okolicach czwartej dziesiątki. Sam Montgomery, kiedy schodzi na temat własnego miasta, rozpływa się w zachwytach. A kiedy mówi o Warszawie i Krakowie – wtedy zmienia się w nauczyciela i mentora, który na przemian karci lub poucza nas za nasze zacofane metropolie.

Tyle tylko że… przyganiał kocioł garnkowi, można by rzec. Doświadczenie mieszkanie w Vancouver pokazuje jak rankingi mogą wykrzywiać rzeczywistość, co widać zresztą w wypowiedziach samego Montgomery’ego w wywiadzie dla krakowskiej „Gazety Wyborczej”. Ale po kolei.

Centrum Vancouver jest rzeczywiście piękne, chodniki szerokie a elektryczne autobusy punktualne i ekologiczne. Tak samo jak futurystyczny, sunący nad miastem skyTrain, którego składy są obsługiwane automatycznie i nie potrzebują maszynisty. Podróż pociągiem z centrum do lotniska zajmuje raptem 20 minut. Historyczny rejon Śródmieścia, Gastown, wygląda jak spod igły i jest zwykle pełen turystów. Dlatego jeśli ktokolwiek miał okazję przejść się Granville Street, czyli główną ulicą Vancouver, to na placu Defilad może jedynie westchnąć z tęsknoty za uporządkowaną przestrzenią i szerokimi chodnikami. Nic dziwnego, że Vancouver stało się ulubionym miejscem bogatych ekspatów z Chin i USA.

I Vancouver wita ich z szerokimi ramionami. Tak otwarcie, że w efekcie dla zwykłych mieszkańców jest coraz mniej miejsca. Bo owszem, w promieniu kilku kilometrów od centrum można wieść naprawdę wygodne życie z tymi wszystkimi dobrodziejstwami o których tak chętnie mówi Montgomery. Pod jednym warunkiem – jeśli jest się milionerem lub tak jak Montgomery, godzi na kompromisy. Popularność i znakomity wizerunek miasta posunęły jego gentryfikację do szokujących rozmiarów. Średnia cena domu w największym mieście Kolumbii Brytyjskiej przekroczyła już milion dolarów. Przeciętnych mieszkańców zwyczajnie na nie nie stać.

Nic dziwnego, że miasto przeżywa potężny kryzys mieszkaniowy. Montgomery zresztą tego nie ukrywa, ale wręcz się z tym obnosi. Zwłaszcza, gdy ujawnia swój styl życia. Mówi wprost, że mieszka z siedmioma innymi współlokatorami (!), ale za to pięć minut od centrum. Jestem nawet to w stanie zrozumieć, ale dla ilu osób w podobnym wieku jest to atrakcyjny wybór? Przecież miasta buduje się jednak pod rodziny a nie dla singli wykonujących wolny zawód.

Trudności na rynku mieszkaniowym są oczywiście dobrze znane również w Warszawie. W istocie wiele z mieszkań oferowanych na kanadyjskim Craigslist (czyli portalu z ogłoszeniami drobnymi podobnym do Gumtree) z powodzeniem mogłoby się znaleźć na fanpejdżu „C…owe mieszkania do wynajęcia”. Nie należą do rzadkości sytuacje, kiedy okazuje się, że to, co w ogłoszeniu było „sypialnią” lub „oddzielnym pokojem” w istocie jest przegrodzoną zasłonami wydzieloną częścią sypialni bądź po prostu sprytnie przerobioną loggią. I oczywiście taki „pokój” kosztuje 600-700 dolarów, a bywa, że nawet więcej.

Podobnie jak w Warszawie, drastyczny wzrost cen nieruchomości uderzył oczywiście głównie w klasę średnią. Ucieka ona coraz dalej od centrum miasta – do Burnaby, North Vancouver, Coquitlam czy Park Moody. Powoduje to błędne koło, bo żeby sprawnie się poruszać po mieście mieszkając tak daleko, po prostu trzeba mieć…. samochód. Sam mam znajomych w Warszawie, którzy po powiększeniu rodziny myślą o wyprowadzce do większego lokum. Ich naturalnym wyborem stają się tańsze dzielnice peryferyjne – Białołęka, Wawer, Włochy czy Wilanów. Narzeka się, że przynajmniej część z nich jest fatalnie skomunikowana. Ale to nic przy ogromnych odległościach w obszarze metropolitarnym Vancouver, gdzie komunikacja, jeśli jest, to zagląda od święta.

Samo śródmieście Vancouver zamienia się w przedziwny miks ogromnego luksusu i równie wielkiej biedy. Obok bezdomnych i narkomanów, których do miasta ściąga głównie łagodny, jak na Kanadę, klimat, coraz częściej koczują z nimi ludzie, którzy jeszcze nie dawno mieli rodziny i normalny dach nad głową, ale w nowej rzeczywistości wystarczyło jedno potknięcie, by stracili swoją „małą stabilizację”. Nie mają się gdzie podziać, bo domy socjalne (nazywane tam hotelami) są już przepełnione. A i tak mało kto chce tam mieszkać sam z siebie, bo miejsca te stały się wręcz wylęgarnią dla handlu narkotykami i prostytucji.

Problem egzystowania obok siebie wielkich nierówności dotyczy wprawdzie wielu północnoamerykańskich miast i jest raczej nieznany nie tylko w Warszawie, co w ogóle w Europie. Jednak Vancouver i w tej kategorii potrafi zapisać swoją własną kartę. Ulica East Hastings doczekała się nawet swojego osobnego hasła w popularnym internetowym słowniku Urban Dictionary. Nie ma co, można wręcz powiedzieć, że ulica dodaje Vancouver kolorytu. Czy ktoś bowiem narzekałby, gdyby zespół klasy Godspeed You! Black Emperor napisał piosenkę o którymś z nieciekawych warszawskich zaułków? A tak się właśnie stało z East Hastings Street. Problem w tym, że w naszej stolicy kanadyjska kapela mogłaby nie znaleźć ułamka inspiracji, której dostarcza Vancouver z jego wyraźnym podziałem społecznym: wygranych i zupełnie przegranych. I ma się wrażenie, że na odcienie między tymi dwoma kategoriami zupełnie nie ma miejsca.

Dlatego dla przeciętnego mieszkańca Warszawa jest ciągle nawet nie tyle lepszym, co na pewno łatwiejszym miejscem do życia. Ścieżek rowerowych jest coraz więcej, za chwilę ruszy budowa nowych linii tramwajowych, a druga linia metra, choć jeszcze bardzo kaleka, już pozwala ominąć warszawskie mosty. Zwłaszcza tego pierwszego ciągle w Vancouver brakuje. Nie wiem, jak to wygląda w Krakowie, bo nie mieszkam tam na co dzień. Krakusom dostaje się jednak za osiedle Ruczaj. Nigdy na nim nie byłem, ale radziłbym Montgomery’emu spojrzeć na plan rozbudowy wybrzeża w Vancouver. Bo za parę lat może z tej perspektywy oceniać Ruczaj jako szczyt urbanistycznego wyrafinowania.

W rozwiązywaniu problemów miasta potrzebna jest debata. Nie znaczy to jednak, że w każdy głos trzeba wsłuchiwać się bezkrytycznie, zwłaszcza w głos dziennikarza, który przyjechał do Polski wszakże w jednym konkretnym celu, tj. by zwiększyć nad Wisłą sprzedaż swojej książki. W przeciwnym wypadku patrząc z utęsknieniem na transoceaniczne wzorce, możemy przeoczyć osiągnięcia naszego własnego podwórka. Epoka bezkrytycznego przejmowania „rozwiązań z Zachodu” chyba już się jednak skończyła.

Co sądzisz? Skomentuj!