Ulica Małego Czarka

We wtorkowy wieczór Dolinka Szwajcarska wyglądała niczym z obrazu Breughla. Zasypało ją śniegiem, a nocni spacerowicze brnęli w puchu po kostki. Pies w obroży świecącej na niebiesko wskoczył do fontanny. Właścicielka pognała za czworonogiem. Na szczęście wodotrysk był wyłączony na zimę. Psia obroża migała miarowo.

Dolinka to miejsce popularne wśród psiarzy, którzy dobrze się znają i dbają o przyjazne stosunki między pupilami. Jest na przykład pan Przemek, który pasjonuje się historią II Wojny Światowej. Nie wiem czy jego pies Lobo również  podziela te zainteresowania. Z pewnością jednak interesują go długie spacery. Pewnego razu pan Przemek zaniemógł. Miał powód – zmęczył się własnymi imieninami. Zapadł w niemoc tak straszliwą, że musiał poprosić Andrzeja o pomoc. Andrzej okazał się stróżem psa sąsiada swego. Przez dwa dni bez słowa wyprowadzał Lobo w Dolince Szwajcarskiej. Gdy pan Przemek wydobrzał postanowił odwdzięczyć się sąsiadowi. W przypływie fantazji podarował Andrzejowi ułańską szablę. Sam ją widziałem. Dobrze, że panu Przemkowi nie przyszło do głowy by kiedykolwiek zabrać ją ze sobą na spacer z psami. Z pewnością wystraszyłby kawałkiem żelastwa Bajlę (była wtedy trochę płochliwa). Czarutek pozostałby niewzruszony. Mało co potrafi go zdenerwować. Nawet dekomunizacja ulic.

Czarutek ma zazwyczaj dobry humor. Jako pies z pewnością nie przejmuje się polityką. A powinien. Jedna z najgorętszych dyskusji rozgorzała wokół szczególnie mu bliskiej ulicy na Woli. To tam spędził dwa tygodnie podczas wyjazdu Andrzeja do Egiptu. Babcia Miruna nie chciała go stresować. Czarutek nie dowiedział się więc, że najpierw mieszkał na ulicy Małego Franka, którą krótkotrwale zdekomunizowano i przemianowano na ulicę Danuty „Inki” Siedzikówny. Ulica odzyskała później pierwotną nazwę, ale nic nie było jak dawniej. Czarutek znalazł się w oku dekomunizacyjnego cyklonu.

Prawdziwi Polacy pomstowali w internecie: „Wola dla Polaków! Mały Franek i Duży Rafałek niech jadą do Berlina!”. Na chałupniczych grafikach twarz Inki krzyczała: „Nie będą miała swojej ulicy w Warszawie!”. Mały Franek przekrzykiwał ją złowrogo: „Znów będę patronem ulicy, przy której mieszkasz”. A w tle cichutko poszczekiwał Czarutek, który w ten sposób rozwiązał węzeł gordyjski. Gdyby  tak nazwać uliczkę na Woli jego imieniem… „Dzień dobry, poproszę taksówkę. Dokąd jedziemy? Na Małego Czarka”.

Oczami wyobraźni widzę kundelka triumfującego nad armią urzędników. Niech jego panowanie trwa, a Inki i Franki niech wrócą tam skąd przybyły. A wszystko to w imię dekomunizacji, psia jego mać!

Co sądzisz? Skomentuj!