Torba w metrze

Warszawiacy to taki ludek, który chyba wyjątkowo lubi nosić ze cały swój dobytek w torbach. A przy tym mieszkańcy stolicy są roztrzepani. Dlatego liczba toreb, które wnosimy do metra przeważnie nie zgadza się z tą, którą wynosimy. Nadmiar wynoszą służby, a pozostali pasażerowie tkwią w tunelach lub w rozpaczy czekają na przeładowane tramwaje lub autobusy.

„Z przyczyn technicznych pociąg kończy bieg” – jeśli nie słyszeliście jeszcze tego komunikatu, to znaczy, że podziemną kolejką jeździcie zdecydowanie zbyt rzadko. Co ciekawe, choć – jak wskazuje profesjonalna metaanaliza wielkiego zbioru danych 😉 – awarie zdarzają się najczęściej na pierwszej linii metra, to przeważnie nie wynikają ze zużycia rosyjskiego taboru lub uszkodzeń torowiska, a przyczyną najczęściej jest tzw. „czynnik ludzki”. A potem reszta czynnika musi się ewakuować na powierzchnię (o ile nie tkwi właśnie w tunelu) i ratować się ucieczką do komunikacji naziemnej. Mieszkam blisko stacji Słodowiec, więc jako bezpośredni obserwator muszę docenić ZTM za sprawność, z jaką w momencie awarii pojawiają się autobusy z napisem „Za metro”. Nie zmniejsza to jednak poziomu frustracji – szczególnie jeśli awaria zdarzy się w godzinach szczytu.

Rolę człowieka w starciu z bezduszną techniką potwierdzają liczby. O ile lato było dość spokojne, a metro przeważnie kursowało jak należy, to przejrzenie niezwykle przydatnej facebookowej grupy „Akcja torba na Młocinach (i nie tylko)” pokazuje, że październik, a jeszcze bardziej wrzesień, były w metrze czasem apokalipsy. Jak to wyglądało w szczegółach?

W październiku doszło do dwunastu incydentów. Średni czas trwania (nie licząc poważnej awarii rozjazdu na Młocinach) każdego z nich to nieco ponad pół godziny. W dziewięciu przypadkach przyczyną był pozostawiony w metrze (zazwyczaj na stacji Młociny) bagaż. Choć należy wspomnieć o dość specyficznym przypadku z 24 października, kiedy pasażer zauważył w wagoniku podejrzaną metalową tulejkę. Po wyniesieniu jej na peron powiadomił służby, które ruch wstrzymały, pasażerów ewakuowały, a następnie stwierdziły, że tulejka zawiera… szminkę. Co ciekawe, w październiku tylko raz (dłużej niż chwilę) nie funkcjonowała linia M2.

Wrzesień natomiast.. co to był za wrzesień! Awarii, incydentów i wypadków było aż 18, z czego cztery skumulowały się we czwartek 13-go, głównie po południu i wieczorem. Wrzesień był – ponownie – bardziej pechowy dla M1, ale czterokrotnie zamykano też stacje na linii M2. Siedem razy mieliśmy bez cienia wątpliwości do czynienia z „akcją torba”, dwa razy z próbami samobójczymi (w tym co najmniej jedna była udana), raz problem był „techniczny” (cokolwiek to oznacza), a przyczyn sześciu pozostałych incydentów nie udało mi się odtworzyć. W przypadku bagażu ruch był ograniczany lub wstrzymywany średnio na 30-40 minut, ale z uwagi na kilka poważniejszych incydentów średni czas niedziałania części stacji (i znacznego spowolnienia ruchu na pozostałych) wyniósł prawie półtorej godziny.

Strach pomyśleć, co będzie, kiedy otwarta zostanie Galeria Młociny – wszak liczba przewożonych metrem toreb wzrośnie drastycznie.

Na pytanie, czy faktycznie pasażerowie metra są zapominalscy, czy – teoria spiskowa – ktoś testuje czujność służb, pewnie nie znajdę łatwej odpowiedzi (a osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo w mieście, z powodów oczywistych raczej jej nie udzielą). Można się pocieszać, że służby działają sprawnie, ale dopóki nie przestaniemy gubić toreb, trudno będzie przekonać zatwardziałych kierowców do zmiany nawyków transportowych. Swoją drogą – ciekawe, co jest w tych torbach?

Co sądzisz? Skomentuj!