Teraz Warszawa jest moim domem, tak samo jak Tarnopol

Rozmawiała Ula Rzeszutek
W stolicy mieszka od 10 lat. Czuje się tu jak w domu, ale nadal często wraca na Ukrainę. Przez ostatnie wydarzenia, zamiast do rodzinnego Tarnopolu, kilka razy trafiła do Kijowa, na Majdan. Daryna Kramar, Warszawianka ukraińskiego pochodzenia opowiada, co Warszawiacy mogą zrobić, żeby pomóc Ukrainie.

Jak trafiłaś do Warszawy?

10 lat temu moi rodzice dostali tutaj pracę. Przeprowadziliśmy się więc całą rodziną z Tarnopola do Warszawy.

Byłaś wtedy jeszcze dzieckiem. Jak się tu odnalazłaś?

Na początku w ogóle nie mogłam się odnaleźć. W Tarnopolu życie jest zdecydowanie wolniejsze niż w Warszawie. Poszłam prosto do 6 klasy podstawówki na Mokotowie. W ogóle nie mówiłam po polsku, w szkole porozumiewałam się na migi. Pierwsze kroki były bardzo trudne. Dla mnie, jako nastoletniej dziewczyny, był to szok. Zdarzało się, że ktoś wołał za mną „Ruska”. Najgorsze było to, że nauczyciele w ogóle nie mieli przygotowania do uczenia dzieci-cudzoziemców. Moi rodzice bardzo się martwili. Postanowili wysłać mnie to takiego gimnazjum, w którym będzie więcej cudzoziemców. Zapisali mnie na Raszyńską. Tam było dużo, dużo lepiej. Nie czuło się już, że jesteś jakaś inna, że słabo mówisz po polsku… Z miesiąca na miesiąc coraz łatwiej było mi się tu odnaleźć.

A jak jest teraz?

Teraz Warszawa jest moim domem, tak samo jak Tarnopol. Nigdy nie spotkałam się tutaj z żadnymi aktami wrogości ze względu na moje pochodzenie. Raz jedyny, gdy jechałam tramwajem i rozmawiałam przez telefon po ukraińsku, odwrócił się do mnie niezbyt sympatyczny pan i powiedział „Tu jest Polska i tu się mówi po polsku!”. Uśmiechnęłam się do niego. Mówię już dobrze po polsku, mam wielu polskich przyjaciół, studiuję na polskiej uczelni. Ale nadal czuję się Ukrainką i co kilka miesięcy odwiedzam Tarnopol. Teraz, ze względu na sytuację, jeżdżę na Ukrainę znacznie częściej.

No właśnie. Odkąd w Kijowie wybuchły demonstracje, byłaś na Majdanie już 3 razy. Gdy wracasz do Warszawy, też nie przestajesz działać. Jak oceniasz reakcję Warszawiaków na wydarzenia na Ukrainie?

Widzę sporo sygnałów solidarności. Ukraińskie flagi na kawiarniach czy nawet w prywatnych oknach. Chyba nigdy wcześniej wieczorki literatury ukraińskiej czy koncerty ukraińskich zespołów nie cieszyły się takim zainteresowaniem! Na demonstrację „Solidarni z Euromajdanem” w styczniu przyszło kilkaset osób, mimo 10 stopniowego mrozu. Były też zbiórki leków i opatrunków dla rannych. To jest znak, że nie jesteśmy sami. Wsparcie psychologiczne jest dla nas bardzo ważne. Łatwiej jest nam Ukraińcom tu w Polsce sobie radzić ze świadomością tego, że Ukraina nie jest pozostawiona sama sobie.

A co Warszawiacy mogą jeszcze zrobić, żeby pomóc Ukraińcom?

Oczywiście bardzo ważny jest udział w demonstracjach solidarnościowych np. pod ambasadą Rosji. Duża frekwencja na takich akcjach to znak dla władz rosyjskich, że na świecie nie ma przyzwolenia na agresję wobec Ukrainy. Poza tym mało kto wie, że w warszawskich Szpitalach leży kilkunastu Ukraińców, którzy ucierpieli w trakcie demonstracji w Kijowie. Na początku o tym się w ogóle nie mówiło ze względu na bezpieczeństwo tych ludzi. W Kijowie zdarzało się, że takie osoby były wykradane ze szpitali… W Polsce jest w sumie 80 takich ukraińskich pacjentów. Niektórzy są w bardzo ciężkim stanie, zarówno fizycznym, jak i psychicznym. Osoby te potrzebują wszystkiego, jedzenia, środków czystości, wsparcia psychicznego. Ważna też jest pomoc uchodźcom politycznym, nie tylko materialna.

O konkretnych formach pomocy warto dowiedzieć się w siedzibie fundacji Otwarty Dialog, która mieści się w alei Szucha, w Warszawie. Na stronie i profilu facebook fundacji publikowane są też aktualne informacje o demonstracjach i pikietach w stolicy.

Co sądzisz? Skomentuj!