Superjednostka warszawska

Czy w mieście można mieszkać ładnie, mieć ciekawy widok z okna i uniknąć pojawiających się – choćby sporadycznie – marzeń o „domku z ogródkiem”? Przestrzeń publiczna w metropoliach ma to do siebie, że – oprócz miejsc o ugruntowanym już charakterze, gdzie deweloperskiej szpilki nie da się wcisnąć – potrafi zaskakiwać. Szczególnie sąsiadów, którzy, choćby się tego wcześniej nie spodziewali, muszą żyć z widokiem na aptekę, piekarnię lub bank, albo wręcz mimo własnej woli wkraczać (wyłącznie optycznie) w intymność nowych mieszkańców, kiedy ich sypialnie z panoramicznymi oknami zastępują niegdysiejszy widok na park, rzekę, czy – od biedy – boisko.

Są na świecie miasta, w których faktycznie o przestrzeń trudno. Rozwijają się więc w górę albo zagęszczają ponad miarę. Były w historii architektury wizje i ideologie, które przesuwały do granic absurdu myślenie Le Corbusiera o domu jako maszynie do mieszkania. Efekty tego przesuwania weszły do historii architektury, choć oceniane bywają różnie – katowicka „Superjednostka”, śląsko-socjalistyczna wariacja na temat Jednostki Marsylskiej cieszy się na przykład kultem porównywalnym z FSO polonez. Ale czy polonez był dobrym autem? Nie wiem, czy kultem cieszy się słynny gdański „Falowiec” (bodajże trzeci co do długości budynek mieszkalny świata), ale obserwacja z pewnej odległości nigdy nie zachęciła mnie do bliższego zapoznania się z tym monstrum.

W Warszawie przypadków gargantuicznego „przeskalowywania” też było wiele – Skarpa przydaje majestatu ciągowi przedwojennych kamienic m.in. autorstwa Korngolda i Żórawskiego, mogącemu uchodzić za prototyp stołecznych „superjednostek”, jednak odzyskującemu sporo z ludzkiej skali w oczach podróżnika (czy też nizinnego alpinisty), który nie ograniczył się do obserwacji budynków z poziomu Powiśla i wdrapał się na wzniesienie. „Jamnik” i „Pekin”, symbole socjalistycznych eksperymentów z długością, zaskakiwały kilkusetmetrowym (a w przypadku „Pekinu”, znanego też jako os. Przyczółek Grochowski – ponadkilometrowym) rozmachem, ale przynajmniej ich projektanci ograniczyli się do jednocyfrowej liczby kondygnacji. Jeszcze dalej w dehumanizacji architektury mieszkaniowej i wypaczaniu corbusierowskich koncepcji posunęli się budowniczowie wielkich osiedli, gdzie poszczególne „szafy do mieszkania” samodzielnie może nie zaliczają się do światowej ekstraklasy rozmiarów, ale ich nagromadzenie Za Żelazną Bramą, na Wawrzyszewie czy Rudzie robi przygnębiające wrażenie.

Zdawać by się mogło, że czas wolnej Polski, choć naznaczony licznymi kuriozami i rozkwitającą szczególnie w latach 90. antyarchitekturą, której nawet przy ogromnym nakładzie dobrych chęci nie da się zaliczyć do najszerzej rozumianej awangardy, a jedynie do nurtu indolenckiego, przyniesie zmianę myślenia. Stajemy się przecież otwarci, światowi, tolerancyjni i ą-ę, a kolejne pola kapusty na obrzeżach Warszawy zapełniają się blokami tak szybko jak za najlepszych czasów gospodarki planowanej… Nic bardziej mylnego.

WP_20150214_17_58_53_Raw_576x324

Pierwsze otrzeźwienie przyszło, kiedy za sprawą dwóch monstrów okazało się, że nowa miejska architektura Warszawy, po wyzwoleniu z fazy przejściowej między przaśnymi blokowiskami a „gardenami”, „plazami” i „ostojami”, nie zawsze musi być futurystyczna, ekologiczna i oryginalna w formie. Owszem – „Łucka City” (2000-2004) i kompleks o mylącej nazwie „Osiedle Górczewska”, mieszkańcom Bemowa znany lepiej jako „Mordor” (2005-2008), formę mają bez wątpienia nieprzeciętną. Pierwsza z inwestycji świetnie pasowałaby do Pjongjangu, Aszchabadu lub średniej chińskiej metropolii i nie wyróżniałaby się tam niczym szczególnym. Druga pokazała, że hasło „mrówkowiec” i wielkopłytowa estetyka nie odeszły do historii razem z Edwardem Gierkiem, tylko – niestety – coraz śmielej wyznaczają warszawskie trendy.

Przejawem tych trendów, które można zawrzeć w myśli: „Jest działka, to zapełnijmy ją blokiem po granice, przy okazji możliwie wysoko, sprzedajmy mieszkańcom, po nas choćby potop. Ład przestrzenny i estetyka? Komu to potrzebne?”, jest kolejna ciekawa inwestycja. Budowana wprawdzie przez innego dewelopera niż dwie wymienione wcześniej, ale doskonale wpisująca się – także z nazwy – w ten sam nurt młodej polskiej architektury. Słodowiec City, bloko-osiedle, które w świetle niedawnych rewelacji nt. Serka Bielańskiego (plan zbudowania tam osiedla z „dominantą” – Wrót Bielan – legł w gruzach, bo okazało się, że pod placem biegnie… linia metra) na długie lata pozostanie „eksponowaną wystawą”, jaką dla tej części Bielan przewidzieli planiści już w latach sześćdziesiątych. Ze swoją magiczną liczbą 777 mieszkań niemal dubluje potencjał „Jamnika”, a samą architekturą i skalą nawiązuje… właściwie nie wiem do czego, bo nawet sąsiednie wysokie bloki spółdzielni „Przedwiośnie” bledną przy tym molochu.

scity_576x432

Drogi warszawiaku, nie ma dla Ciebie nadziei. Możesz wprawdzie łudzić się, że ten niewielki skwer, który widzisz z okna, nie padnie ofiarą „dogęszczenia”, poprzedzonego oczywiście roszczeniami reprywatyzacyjnymi. Jeśli pechowo z Twojej sypialni widać boisko szkolne z kawałkiem trawnika, los tej panoramy jest już prawie na pewno przesądzony. Trzeba było kupić mieszkanie na polu kapusty, na którymś z nowych osiedli o fantazyjnych nazwach, zaplanowanych jako mniej lub bardziej kompleksowo przemyślana całość… a za 30 lat i tak ktoś wpadnie na pomysł, jak z tego nie tak już peryferyjnego obszaru wyciągnąć więcej. Albo nadbuduje Ci piętro. Obyś tylko miał szczęście, bo jeśli go zabraknie, za Twoim panoramicznym oknem wyrośnie kolejna Superjednostka Warszawska aka City.

fot. „Mordoru” – Tomasz Sopyło

Mieszkasz w „superjednostce”? Podziel się z nami swoją opinią! :)

Co sądzisz? Skomentuj!