Spieszmy się kochać Nocny Market, bo znów może odejść

Najgorętszą – adekwatną do majowo-czerwcowej warszawskiej pogody – wiadomością lokalną ostatnich tygodni jest powrót Nocnego Marketu na perony Warszawy Głównej w najbliższym sezonie letnim. Gdy na początku wiosny organizatorzy wydarzenia ogłosili, że z uwagi na planowany remont dworca będą szukać nowej lokalizacji, żal gastrospołeczności stołecznej był nieutulony. Bardzo szybko okazało się jednak, że żałobę ogłoszono przedwcześnie, bo Nocnemu Marketowi uda się jeszcze po raz trzeci wystąpić pod starym adresem. Weekend otwarcia zaplanowano na 25-27 maja, restauratorzy zakasali rękawy do roboty, a miłośnicy jedzenia z pełnymi portfelami i pustymi żołądkami ruszyli tłumnie na Towarową.

Nocny Market to impreza z pewnością jedyna w swoim rodzaju: rzadko kiedy można spróbować kuchni z tak wielu zakątków świata (czasem także odkryć knajpy bez stacjonarnego lokalu – na Nocnym dało się poznać m.in. indonezyjskie Warung Jakarta, które obecnie z powodzeniem podejmuje gości przy pl. Konstytucji), pobujać się przy DJ-ce, a na domiar wszystkiego wrócić do domu z tatuażem. To też świetna okazja do organizowania kulinarnych pop-upów (słynni zeszłoroczni Janusze Kimchi) lub sprawdzania reakcji publiczności na zupełne gastronomiczne odpały w stosunkowo bezpiecznych warunkach. Jest offowo, radośnie, neonowo, industrialnie, modnie, wszystko wspaniale wygląda na instagramie, a za check-in na forsquarze można zgarnąć niezłą pulę punktów.

Oczywiście, jak to w życiu bywa, Nocny Market ma też minusy. Choć daleka jestem od wygłaszania pretensji pod adresem zbyt dużej frekwencji, to jednak przychodząc tu warto mieć świadomość, że naczekamy się w kolejkach nie tylko po jedzenie, ale też często do wolnego miejsca siedzącego, co by zdobyte w ciężkim boju dania w miarę godnie spożyć. Zwykle niestety efekt jest taki, że biega się z żarciem w poszukiwaniu kąta odpowiedniego na przycupnięcie, a gdy nie ma już na nie nadziei i człowiek zaczyna jeść łapami na stojąco, to jedzenie zdąży wystygnąć. Rzecz jasna, im bardziej brudzące danie (burgery z wypadającymi składnikami, hot dogi, które nie wiadomo z której strony ugryźć, tacosy ociekające sosem), tym mniejsze prawdopodobieństwo znalezienia krzesła. Been there, done that.

Druga rzecz to ceny. Przyjmijmy od razu, że w Polsce w ogóle street food to nie jest najtańsza opcja jedzenia na mieście, a więc i Nocny Market nie należy do budżetowych wydarzeń. Dania są w cenach takich jak restauracyjne, porcje niestety często mniejsze, a warunki spożywania – patrz wyżej. Dodam tylko, że tendencja wśród niektórych lokali bywa spadkowa, bo w zeszłym roku kanapka z pastrami z popularnego trucka podbiła moje podniebienie, parę tygodni temu zaś zastanawiałam się, czy na pewno gdzieś na kuchni nie zawieruszyło się moje pół porcji mięsa, bo jak na trzydzieści parę złotych ktoś zdecydowanie poskąpił. W ramach rekompensaty za te niedogodności mamy jednak fajną atmosferę i studio tatuażu w jednym z rogów stacji kolejowej, więc sami musicie zdecydować, czy to są okoliczności, które Was przekonują do przymknięcia oko na pewne minusy.

Niektórzy narzekają jeszcze, że wbrew szumnej nazwie wcale nie zjemy tutaj do późnych godzin nocnych. Faktycznie, w zależności od dnia impreza zaczyna zwijać się między 23:00 a pierwszą w nocy, za to trwa od popołudnia, stąd właściwie lepiej skoczyć tu na obiad, niż późną kolację. Z tym wcześniejszym przychodzeniem jest jeszcze taka zaleta, że koło 16 kolejki nie są jeszcze tak trwale uformowane, a zapasy kucharzy nie zdążą się skurczyć, więc warto rozważyć, czy by na Główny nie zawitać bardziej za dnia, niż nocą.

Nie pozostaje zatem nic innego, jak na Nocny Market przychodzić tłumnie ze znajomymi – pozwoli Wam to zoptymalizować problem kolejek, bo poszczególni członkowie drużyny obstawią foodtrucki z interesującymi daniami, a jeden w tym czasie poszuka stolika. Pojawi się też możliwość skosztowania większej ilości jedzenia, skoro od tego można złapać gryza, tutaj chapsnąć kawałek i nagle człowiek najedzony, a i walor poznawczy odhaczony.

Bo mimo jakichś moich wątpliwości komfortowych czy cenowych, zawsze wchodząc na Nocny Market uśmiecham się do siebie i myślę, że fajnie mieć taką miejscówkę, którą z dumą możemy pokazywać jako coś wyjątkowego i offowego w Warszawie. Nawet, jeśli na Nocnym tłok, trzeba wyskoczyć z kasy i nie zaspokoi on imprezowej gastrofazy włączającej się w okolicach czwartej nad ranem. Z całą tą świadomością – wracam i się cieszę. I skoro jest nam dana przedłużona faza uciechy już od trzech weekendów, to trwajmy w niej do końca sezonu, bo nie wiadomo, ile jeszcze takie dobre czasy potrwają.

Co sądzisz? Skomentuj!