śpieszmy się kochać knajpy, tak szybko odchodzą…

Mówi się, że w Warszawie co tydzień otwiera się kilka, kilkanaście knajp. Ten zalew lokali nie przyćmi jednak faktu, że pewne przybytki znikają, zostawiając po sobie puste miejsce: zarówno w przestrzeni, jak i w sercu bywalców. Osobie, która się do nich przyzwyczaiła, czasem zostawiając w nich młodość, innym razem portfel, pozostaje szukać alternatywy w świeżo powstających miejscach… często jednak poszukiwania okazują się spełzać na niczym. To se ne vrati.
Oto subiektywny przegląd miejsc, których już nie ma, a ciągle chciałoby się do nich wrócić:

1. Karaluch –  Według popularnej studenckiej anegdoty z tamtych lat, figura Jezusa spod Bazyliki św. Krzyża wskazywała wyciągniętą dłonią na Karalucha właśnie.Szkoda tego miejsca z tak uroczą nazwą. Jeśli wasi rodzice lub starsze rodzeństwo studiowało na Uniwersytecie Warszawskim, zapytajcie o Karalucha! Może okazać się, że ów bar mleczny odegrał istotną rolę w życiu Waszych bliskich a może także pośrednio w Waszym; nie jedna para jadła tam romantyczne obiady (pomidorowa + schabowe) w okresie narzeczeństwa. W “moich czasach” cel praktyczny odwiedzenia tego baru mlecznego (“najeść się czymś innym niż kanapki lub batonik z automatu, czymkolwiek co będzie ciepłe”) mieszał się z przyjemnością delektowania się retro-klimacikiem. Karaluch było miejscem, które opuszczał się z pełnym brzuchem i refleksją, że “czasem miło jak jest trochę brudno i głośno”. No i wszystkich stać na barszczyk za parę złotych więc je się sympatycznie i w kupie. Dziś zamiast tego studenci mogą kupić sobie bagietę we francuskiej piekarni, która stanęła na miejsce kultowego “mleczniaka”. Ceny bagiet też oczywiście są zachodnie (czyżby doliczali koszt wysyłki z Francji?).

salon gierPusty Salon Gier

2. Salon Gier – w przeciwieństwie do innych miejsc wymienionych przeze mnie, o Salonie Gier mogliście nie słyszeć. Znajomi, gdy mówię o moim fatalnym zauroczeniu tym miejscem, wpierw myślą, że uzależniona od hazardu mówię o “jakimś salonie gier z jednorękimi bandytami”, a nie o klubowym miejscu.

Salon Gier znajdował się przy trasie Łazienkowskiej niedaleko Domu Studenckiego Riviera i metra Politechnika. A także klubu Remontu, w którym – nadmienię – zawsze, ilekroć tamtędy szłam, grała ZŁA muzyka w przeciwieństwie do Salonu Gier gdzie dawano dobrze w głośnik (no, chyba, że znów zorganizowano imprezę reggae :().

Salon Gier jest dla mnie miejscem szczególnym przede wszystkim dlatego, że debiutowałam tam jako djka (dzięki Truścin i Sztuka za wzięcie na siebie odpowiedzialności za wpuszczenie mnie na scenę). Innym wyróżnikiem jest to, że zwichnęłam sobie tam nogę (dwukrotnie) schodząc po nieoświetlonych schodach. Pamiętam, że była to środa, dziwne wrażenia płynące z lewej kostki nie przeszkodziły mi wysłuchać jamu mniej lub bardziej przypadkowych muzyków, który odbywał się tego dnia w Salonie, kak również nie zmieniły moich dalszych planów – pójścia do Spotkania ze Szpiegiem (o którym dwa słowa poniżej), a potem przemieszczenia się (w coraz wolniejszym tempie) do następnego miejsca, w którym czułam się na tyle świetnie, że zaprezentowałam parę pozycji jogowych – a wszystko to na skręconej kostce.

Na następną imprezę w Salonie przyszłam (a raczej przykuśtykałam) już o kulach.

sypiegSpotkanie ze Szpiegiem (zdj. pochodzi z fp lokalu)

3. Spotkanie ze Szpiegiem – barmanom nigdy nie udało się polecić mi piwa, które by mi smakowało, ale i tak lubiłam to miejsce: głównie za to, że choć było wielkości pudełka zapałek,  nigdy nie było tam za ciasno (w przeciwieństwie do lubianej przeze mnie Warszawskiej[*], w której ciasnota zmieszana z zapachem potu i śledzia była permanentna). Dwa stoliczki na krzyż w środku są zajęte? Od czego jest chodnik, na którym można usiąść…  

4. Chłodna 25 – choć wrocila, to jednak nie jest to ta samo Chłodna. Po reaktywacji moja stopa tam nie stanęła. Ale jest ku temu powód: nie mam powodu by jechać na Wolę. Wszystko co dobre przeniosło się do innych miejsc. Przede wszystkim myślę tu ciepło o Klubie Komediowym, który po zamknięciu Chłodnej, tułał się po różnych miejscach aż wreszcie (nie bez wysiłku i determinacji ze strony warszawskich stand-uperów i grup impro) osiadł na Placu Zbawiciela.

5. Punkt – był Punkt, mamy kosmos kosmos. Pozostawię nowy lokal w spokoju, na pewno są ludzie, którzy do niego przychodzą regularnie; nie chodzi tutaj o porównywanie co jest teraz, a czego nie ma, a było. To nie jest clue mojej nostalgii. Może się starzeję, ale brakuje mi klubu, w którym jest taki ścisk, że podczas koncertów tłum wlewa się na scenę. W którym koncerty są niezapomniane przez energię wytwarzaną przez występujących artystów a absorbowane przez publiczność. Łąki Łan w strojach wielkich owadów bujający morzem ludzi, crowd surfing (uwaga, na niski sufit) i zimne piwo, które jak-w-końcu-dopchasz-się-do-baru, smakuje jak pite ze Świętego Graala.

jadooooJadłodajnia Filozoficzna (fot. pitaparty)

6. Jadłodajnia Filozoficzna oraz “zagłębie” klubowe na Dobrej – moi znajomi dzielą się na dwie grupy: tych, którzy dziwią się, że nigdy nie byłam w Jadło i tych, którzy śmieją się z tego powodu ze mnie. Łączy ich jedno: WSZYSCY tam chodzili. Zresztą, moi nieznajomi też [czego dowodem zdjęcia ].  Wiem, że takie miejsce jak “Zagłębie klubowe” było ale poza tym, że zawsze podobała mi się nazwa “Aurora” nic nie umiem powiedzieć. Być może to się zmieni, gdy Jadłodajnia znów się otworzy. Może obrośnie wtedy podobnymi miejscami? Wywiad, “eksluziw” z właścicielem Jadło, w którym wspomina o planach reaktywacji, można przeczytać TUTAJ.

jadloJadłodajnia Filozoficzna (fot. pitaparty)

7. Obiekt znaleziony – miejsce, które wrzuciłabym do tego samego worka co Jadłodajnię Filozoficzną i Kamieniołomy, z tą różnicą, że tam udało mi się dotrzeć! Nieoczywista przestrzeń pełna zaułków, która jak tytan Atlas na swych barkach sklepienie niebieskie dźwiga muzeum sztuki. Jak zwykle poszarpanych wspomnień jest wiele, ale spośród nich dwa się wybijają. Pierwsze to urodziny Levi-Straussa], które zorganizowali studenci Instytutu Kultury Polskiej. Choć słynnego antropologia nie było z nami, uczestnicy zrobili wszystko by je uczcić z należytym szacunkiem, a toastów za zdrowie Levi-Straussa [o którym trudno mi nie myśleć inaczej jak o wielkim żółwiu odkąd jedna z profesorek z IKP nie zauważyła doń łudzącego podobieństwa] nie było końca.

Druga impreza, również okolicznościowa, odbyła się z okazji żydowskiego święta Purim. Była to impreza z okazji maskarady i co poniektórzy postanowili przebrać się w stroje obozu koncentracyjnego…Dotąd się zastanawiam, czy był to nieudany żart czy kiepska prowokacja.

obiektObiekt Znaleziony. (zdj. pitaparty)

8. Galeria OFF – najwspanialsza, najcudowniejsza i z najlepszym klimatem (a także, jak widać, najbardziej umityczniona w mych wspomnieniach). Pewnie dlatego, że była pierwszym miejscem, do którego chodziłam. O pardon, do którego – jako podlotka – przywoziła mnie mama samochodem spod Warszawy. Chodziłam tam regularnie choć dziś trudno byłoby mi w pamięci przywołać widok tego miejsca. W głowie mam tylko strzępki wspomnień. Gdy zamykam oczy, na chwilę pojawią się drżące powidoki wyrwane z kontekstu: kolejka klubowiczów na Puławskiej prowadząca do ciemnego zaułka, w którym schowały się odrapane wrota do klubu, wężyk “alternatywnie” (dziś powiedzianoby pewnie “hipsterskiej”) ubranej młodzieży do “I should be so lucky” Kylie Minogue na moim ukochanym “Kicz Party”, dres przy toalecie  w piwnicy (do której schodziło się po stromych schodkach?) z własnoręcznie zrobionym z butelki po winie tulipanem, wielki obraz Madame Żużu zawieszony nad barem  i niedzielne wymienialnie ciuchów. Koszulkę, którą kupiłam sobie tam 11 lat temu za 10 ziko wciąż noszę… Ostatnie wspomnienie jakie się zachowało to właśnie taki niedzielny lumpeks, gdy po przejściu wszystkich stoisk na moment położyłam się na kanapie/fotelach. Gdy leżałam w najlepsze, wyciągnęta jak długa, nagle ściana przesunęła się i na teren klubu wlał się wytwornie ubrany tłum. Okazało się, że podczas antraktów między aktami przedstawień, Galeria Off służyła jako foyer Teatru Nowego, z którym sąsiadowała… Garsonki, garnitury, sznury pereł, lśniące koki vs. młodzież w specjalnie poniszczonych dzinsach i pofarbowanych włosach.

 9. xxx – xxx to klub, który jeszcze działa, choć za parę miesięcy kończy swoją działalność. Informacje te są nieoficjalne, usłyszane “przy okazji”, dlatego zdecydowałam się nie zdradzać nazwy. xxx to miejsce, który sobie ulubiłam, w którym wydarzyło się dużo dobrego, ale też zaliczyłam parę afer łącznie z tłuczonym szkłem (w tym z rękoczynami realizowanymi na mojej – oczywiście – boga-ducha-winnej osobie). Już teraz rozpoczynam pracę załoby, już zaczynam płakać by gdy koniec nastanie, z żalu nie rozpaść się na kawałeczki…

10. Tu jest miejsce na Twoją knajpę. Klub, który lubisz, do którego chodzisz, i na który pewnie nawet co jakiś czas narzekasz. Uważaj, może być następnym znikającym miejscem.

Co sądzisz? Skomentuj!