Śmieciawa

To pan Stanisław, a nie ja, pisze o śmieciach. Nie chcę podkradać mu tematu. Na tę wycieczkę pojechaliśmy jednak razem. Wywiązała się ciekawa rozmowa, której ponury wydźwięk podkreślało wysokie stężenie pyłów zawieszonych oraz zwyczajnie podła pogoda. Warunki w sam raz by odwiedzić las pomiędzy spalarnią śmieci na ul. Gwarków, a Kanałem Bródnowskim. Krajoznawstwo ma różne oblicza. Wyznacznikiem tej wyprawy były codzienne odpadki, które po bliższym poznaniu okazały się jednak całkiem niecodzienne. Otaczały nas wszędzie.

Zaparkowaliśmy na pustym parkingu pod zakładam utylizacji odpadów. Auto było jedynym pojazdem na podjeździe. Za zieloną siatką stała potężna hala – nie za wysoka, ale masywna. Przed nią tablica, która miała pokazywać zanieczyszczenie powietrza. Jak na ironię, nie działała. Niespodzianką było to, że pod spalarnią w ogóle nie śmierdziało.

Spacerek w toksycznej listopadowej mżawce zaczęliśmy od zejścia z utartego szlaku. Nasze korki skierowaliśmy na błotniste pole. Wstępu na nie broniły dwie hałdy gruzu. Zostały zrzucone prosto przy zjeździe z ulicy. Czy były to pierwsze śmieci, które napotkaliśmy?  A może blokada dla aut wjeżdżających tędy do pobliskiego lasu? Nie ustaliliśmy z tego z panem Stanisławem. Jedno było pewne. Jakimś cudem samochody tamtędy przejeżdżały na co wskazywały ślady opon. Dalej po kolei napotykaliśmy w regularnych odstępach foliowe plandeki, deski rozdzielcze, fotele samochodowe, rury PCV (w całkiem dobrym stanie), chrust związany plastikową trytytką, stosy dywanów i książek, pamiątki Pierwszej Komunii Świętej, skąpą damską bieliznę. Były także buty dziecięce i dla dorosłych (sam znalazłem cztery pary),osmalone przewody na palenisku wśród bagiennych traw, drewniany żyrandol, zwęglony akumulator i sterta papy. Po drodze widzieliśmy wełnę szklaną zrośniętą z leśnym poszyciem, pocięte na drobne paseczki winylowe konfetti rozsypane na leśnej ścieżce, złącza od monitorów, benzynę do zapalniczki marki  Zippo, opony letnie i zimowe, biurowe fotele, stos samochodowych masek, motocyklowy kask zamocowany na drzewie i reklamę Citi Banku pochodzącą z roweru miejskiego Veturilo. Liczne były także plastikowe butelki po zupełnie nieznanych markach piwa oraz litrowych napojach energetycznych. Jak widać zaśmiecanie wymagało ogromnych pokładów energii. Trzeba się było także wspomóc łyczkiem dla kurażu i uciszenia sumienia.

Zbieraliśmy co ciekawsze śmieci i truchleliśmy. Las ciągnący się wokół ulicy Skorpiona (nieoznakowanej na mapie) rósł na plastiku. Owszem drzewa były wysokie, ale spod ich korzeni wyzierała inna rzeczywistość. Wśród sosen możnaby nakręcić ekologiczny horror. Nie byłaby to żadna fikcja, a rzeczywistość na którą większość z nas zupełnie nie zwraca uwagi. Śmieci zrosły się z przyrodą. Zwyczajnie przestaliśmy je zauważać. Spacer po lesie czy jakikolwiek wypad w podmiejskie ostępy to wspaniały pomysł. Niestety, czy tego chcemy czy nie, skończy się on wycieczką na wysypisko. O, ironio - ludzie zwożą śmieci do lasu wokół zakładu utylizacji odpadów. Drzewa, trawy i krzaki rosną tu na potęgę, więc nie ma problemu. Szkopuł w tym, że większość z nich to gatunki roślin, które zaadaptują się do prawie każdych warunków. Nie trzeba im wiele by przetrwać.

Do pieca dołożył, dosłownie i w przenośni, właściciel domu ukrytego głęboko w lesie. Tabliczka ostrzegała intruzów, że posesji strzegą złe psy, więc nie zapuszczaliśmy się na jej teren. Wystarczył nam widok komina. Wydobywający się z niego gęsty, biały dym wyczuwalny był z daleka. Czym facet z Gwarków ogrzewał swoje puszczańskie lokum? Tego się nie dowiemy. Z pewnością jednak nie pachniało dobrze. Samotnik pokonał spalarnię śmieci.

Zatroskani wróciliśmy z panem Stanisławem do auta. Zebrane śmieci upchaliśmy w śmietniku. Czy nasz wysiłek cokolwiek zmienił? Nie wiem. Zdałem sobie tylko sprawę, że stolicą brudnego Mazowsza jest moja rodzinna Śmieciawa. I mam nadzieję, że kiedyś wreszcie będzie czysta.

***

fot. Stanisław Łubieński

 

Co sądzisz? Skomentuj!