Słowik pod Pałacem. Rozmowa z Arkadiuszem Szarańcem, autorem książki „Warszawa dzika”.

O tropieniu egzotycznej przyrody w wielkim mieście, ptasich śpiewach i wpływie Wisły na warszawską naturę rozmawiamy z Arkadiuszem Szarańcem, autorem książki „Warszawa dzika” wydanej przez Wydawnictwo „Iskry”.

Mateusz Kaczyński: Siedzimy i rozmawiamy na wielkiej betonowej patelni w centrum miasta. Plac Defilad nie kojarzy się raczej z przyrodą. Co ma wspólnego z dziką naturą skoro poświęca mu Pan sporo miejsca w książce „Warszawa dzika”?

Arkadiusz Szaraniec: Cały obszar pod Pałacem Kultury to jedno z moich ulubionych dzikich miejsc. Gdyby nie nieustanny hałas to to tu, gdzie siedzimy słyszelibyśmy słowika. Wbrew swoim obyczajom śpiewa bez przerwy – i w dzień, i w nocy. Słyszę go i o godzinie ósmej rano i wieczorem. Znajomi, którym go pokazuję  (na to zwracam uwagę) twierdzą, że to jakiś sztucznie nadawany głos. On zwyczajnie po słowiczemu nieustannie nadaje. Poza nim można tu zobaczyć wielką panoramę gatunków. Pewnego razu trafił tu wodnik, ptak ewidentnie wodno-szuwarowy. Są też typowo leśne ptaki: gnieździ się mysikrólik. Grasują różnego rodzaju pokrzewki. Mówię „grasują”, ponieważ pięknie polują na owady i zawisają w powietrzu jak kolibry. Są tu również drapieżne gąsiorki. Na iglicy Pałacu Kultury mamy sokoły wędrowne, są też pustułki. Często też polują kuny. Całe to dzikie życie kryje się przed ludźmi, ale wiele gatunków żyje sobie całkiem jawnie. Na przykład do niedawna leśne wrony siwe, które korzystają z obecności ludzi. Nie kryją się też nieliczne wróble czyli moje ukochane ptaki. Ten jeden mysikrólik zaczął kolonizację sam, ale te ptaki często pojawiają się na wiosennych i jesiennych przelotach i to całymi stadkami na wątłych lipkach przy ulicy Marszałkowskiej. Dlaczego właśnie tam? Nie wiadomo. Mamy więc w tej okolicy zagłębie pełne nie tylko ptasich miejskich cwaniaków, ale również ptaków zwykle kojarzących się z dziką naturą. Niedaleko jest w końcu Wisła, a Warszawa leży na skrzyżowaniu wielkich szlaków migracyjnych zwierząt. Z tego powodu możemy w stolicy zobaczyć na przedwiośniu lub jesienią klucze dzikich gęsi czy żurawi.

Dzik na tle Starego Miasta. (fot. Urszula Frydrych). 

Kiedy zaczął Pan obserwować warszawską przyrodę i jak się od tego czasu zmieniła?

Zmieniła się niesamowicie. W 1975 roku przyjechałem do Warszawy na studia. Bardzo cieszyła mnie obecność jaskółek, jerzyków i wróbli, która była dla mnie absolutnie oczywista. Przypominała mi o krajobrazie dzieciństwa spędzonego w Gdańsku. Dźwięk wróbli rozlegający się echem w podwórku był czymś normalnym. Kiedy potem to zanikło to czułem się opuszczony… Było jednak też wiele pozytywnych zjawisk. W porównaniu do lat siedemdziesiątych w ostatnich dekadach cudownie odrodziła się Wisła. Była wtedy ściekiem przypominającym zabetonowany rów pełen martwej wody barwy wodnistej kawy zbożowej z mlekiem. Z powodu wielu zaniechań, a nie starań teraz żyje i pojawiają się nad nią i w niej stworzenia, o których wcześniej nie marzyliśmy: bobry, wydry, przeróżne ryby. Są szczeżuje, nawet klenie… Wędkarze wiedzą, że to drapieżne ryby polujące niczym rekiny lub łososie. Łososi nie ma jeszcze w Wiśle, ale może się pojawią choć tama we Włocławku uniemożliwia im migrację. Jest tyle zaskakujących zjawisk, że w tym momencie układam już drugą część książki. Życie hojną ręką dorzuca tyle kolorowych niespodzianek.

Wiewiórka w locie. (fot. Urszula Frydrych). 

Jakich?

Są to na przykład cudowne motyle. W Warszawie czują się dobrze rzadkie owady. W centrum można zobaczyć niesamowicie rzadkie motyle – zawisaki, wielkości kolibrów. Ludzie często mylą je z tym gatunkiem ptaka. Myślą, że komuś uciekł z klatki koliber. Nikt w naszym klimacie ich nie hoduje. To niemożliwe. Mamy jednak zawisaki, które trafiają do nas (a migrują na dalekie dystanse) i można je zobaczyć przy skrzynce z kwiatami na ulicy Foksal.

Czy Pana wyprawom i obserwowaniu przyrody towarzyszą jakieś specjalne przygotowania?

Skądże. Cudowne jest to, że można robić to w każdej chwili. Niektórzy uważają, że trzeba wstać o świcie, ubrać się w maskujący strój, kupić drogą lornetkę i aparat fotograficzny, wybrać się gdzieś daleko. Oczywiście są i tacy obserwatorzy miejskiej przyrody. Jest wśród nich absolutny mistrz obiektywu Krzysztof Koper. Tuż pod Pałacem Kultury obserwował i dokumentował wszystkie zdarzenia, o których mówimy. Innym świetnym obserwatorem i „kronikarką” jest Urszula Frydrych, Janina Godlewska-Gorczyca oraz inni członkowie ZPFP – Związku Polskich Fotografików Przyrody, a także Przemek Pasek z Fundacji Ja Wisła, który organizuje rodzinne spacery trasami dostępnymi dla ludzi w różnym wieku. Odkrywa tam Amazonię, którą mamy na śródmiejskim i praskim brzegu Wisły. Nie trzeba jednak iść na daleki spacer. Wystarczy nawet wyjść na trawnik…

Wrona siwa w upalny dzień. (fot. Urszula Frydrych)

No właśnie. Tych coraz mniej i są coraz krótsze.

Koszenie w taki sposób jak to zwykle jest teraz robione czyli do samej, gołej ziemi i wiele razy od wiosny do późnej jesieni to mordowanie nie tylko trawników, ale i tysięcy innych stworzeń. Jeśli to odpuścimy to w zamian za to przyroda da nam feerię różnych kształtów, barw i zjawisk – a i więcej tlenu czyli mniej smogu. Na bielańskim trawniku spotkałem na przykłada modraszka – maleńkiego motyla, który wygląda jak wcięty z kolorowej folii, a potrzebuje do życia nie tylko czystego biotopu, ale i ściśle określonego gatunku trawy i…mrówek. One też pomagają nam na swój sposób, tylko że my nie zauważmy ich mrówczej pracy.

Czy w Pana opinii Warszawa jest zielonym miastem? Mamy w stolicy dużo parków, ale jak wpływają one na rozwój przyrody?

Dzika przyroda radzi sobie sama. Z jednej strony mamy wysokie mniemanie o Warszawie jako o mieście pełnym parków i lasów, w którym wydaje się wiele pieniędzy na miejską zieleń. Niestety nie zawsze to działa. Weźmy na przykład rewitalizację Parku Krasińskich, która skończyła się zagładą wielu gatunków i ponad pięciuset drzew, w których gnieździły się m.in. sowy. Takie działania przynoszą skutki odwrotne od zamierzonych. Tymczasem w mieście mamy różne oazy. Chociażby małe skrzynki z kwiatami i rabatki pod blokami, które tętnią owadzim życiem i przyciągają cały świat miejskich nietoperzy. W Warszawie mamy fantastyczny zestaw nietoperzy, które polują, a których nie widzimy. Każdy nietoperz zjada tyle owadów, ile waży. Warszawa jest dzika, ale zawdzięcza to naturze, która wciska się w różnie miejsca. Nie tylko te zaprogramowane przez nas, ale również te, które sama wybiera na komysze i mateczniki.  To zwykła naturalna wynalazczość.

Mandarynek w kąpieli. (fot. Urszula Frydrych).

Które ze zwierzęcych spotkań opisanych w „Dzikiej Warszawie” najbardziej zapadło Panu w pamięć?

W zasadzie wszystkie. Wielu spotkań jednak nie opisałem, bo nie chciałem zdradzać miejsca pobytu swoim ulubieńców.

Może i słusznie.

Mówię o sobie, że jestem „obieżykrajem” i „ekoistą”. Znam wiele mateczników i publicznie nie zdradzę, gdzie można zobaczyć dziki świat barwnych motyli. Zaraz trafią tam albo gapie albo kolekcjonerzy i zadepczą to miejsce. Wracając jednak do spotkań to odbywają się blisko, czasem nawet na balkonie. Mam znajomą wronę siwą, która jest niezwykle wynalazcza. Z ogromną przyjemnością oglądałem jak ukradła mi kawał dobrze (tak mi się przynajmniej wydawało…) zabezpieczonego boczku. Robiła to tak inteligentnie i ergonomicznie, uparcie i konsekwentnie, że nie mogłem jej odmówić tego poczęstunku. Są też i spotkania, chwile bardzo smutne. W zeszłym roku zakończył żywot mój wieloletni znajomy z nad Wisły, heroiczny bóbr, którego widywałem na tle oświetlonego Stadionu Narodowego. Dał się oglądać z odległości dwóch metrów. Najpierw żył sam, a później dorobił się rodziny. Niestety w zeszłym roku najprawdopodobniej jakiś właściciel wiatrówki zakończył jego żywot. To gorsze niż kłusownictwo strzelanie „dla sportu” i przyjemności do zwierząt. Spotkanie te są, więc mieszaniną radości i smutku. Radości jest jednak znacznie więcej.

Łacha na Wiśle oblegana przez ptaki. (fot. Urszula Frydrych)

W jaki sposób odnajdują się w bliskich spotkaniach z dziką przyrodą zwierzęta domowe żyjące w Warszawie?

W najrozmaitszy sposób. Niektóre to uciekinierzy jak sławetny wąż. Inne funkcjonują wspaniale. Moim ulubionym przykładem są dwa ostronosy. To znakomity przykład na to jak gatunki pochodzące z innego kontynentu potrafią stworzyć nową jakość dzięki swej adaptacji i co najważniejsze wielkiej wiedzy właściciela. Czasem ktoś bierze do domu wielkiego psa i nie potrafi zadbać o jego potrzeby ruchowe. Tymczasem tak tratowane ostronosy pokazują jak wiele można osiągnąć poprzez wiedzę i życzliwość. Właściciel stale wychodzi z nimi do ludzi. Życzliwość, afirmacja i wiedza, a także pozytywna reakcja ludzi to nagroda, ale i lekcja.

Nieodłączny temat warszawskiej przyrody to Kampinos. Naprawdę zawdzięczamy mu wszystko?

Wszystko na pewno nie, ale bardzo wiele. Puszcza Kampinoska ma przede wszystko rolę nawilżacza i dotleniacza, to „zielone płuca” Warszawy. Po to zresztą została stworzona jako park narodowy w 1959 roku. W Warszawie mamy siedemnaście kompleksów leśnych, ale zarówno one jak i Puszcza Kampinoska nie mogłyby istnieć bez Wisły. Największa stwórczą rolę odgrywa więc Ona – wielka, potężna i dzika rzeka, która zachowuje się niezwykle łagodnie. Jest strumieniem życia, dzięki któremu nie dusimy się w mieście w trakcie najgorszych upałów. Dzięki niej da się tu żyć, a do miasta przybywają różnorodnie stworzenia. Na przykład prawie trzymetrowe sumy albo rybitwy gnieżdżące się w samym centrum Warszawy. Są też jedynie w Europie, oprócz Bydgoszczy, stanowiska lęgowe traczy nurogęsi. To dzikie ptaki, które po prostu gnieżdżą się w Łazienkach.

Nurogęś z małymi. (fot. Urszula Frydrych)

Czy w drugiej części książki zamierza Pan więc wrócić nad rzekę?

Cały czas nie jestem w stanie się znudzić tym co widzę. Stale będę przychodził pod Pałac Kultury, który bardzo lubię. Stale będę chodził nad Wisłę. Bardzo możliwe, że osobno zbiorę opowieści o rzece. Spójrzmy na przykład na wiślany piasek. To nie jeden, a wiele różnych żywiołów. Nie zdajemy sobie z nich sprawy. Może poza deweloperami, którzy korzystają z niego na potęgę. Gdyby nie Wisła, nie byłoby w Warszawie boomu deweloperskiego. W tej rzece jest i drobniuteńki piasek, i żwir, jak i wielkie kamienie, które tworzą progi i „katarakty”… To coś niezwykłego. Ciągle dowiaduję się o nowych zjawiskach. Tworzą się nowe wyspy, pojawiają się nowe gatunki. Życie samo pisze scenariusz.

Dziękuję za rozmowę.

******

Arkadiusz Szaraniec – teatrolog, absolwent Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Warszawie, z zamiłowania obieżyświat i ekolog z korzeniami na Podlasiu i w świętokrzyskim, dokąd powraca przy każdej okazji. Pracował jako copywriter oraz dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny. Działa na rzecz ekoedukacji i dokumentowania dziejów i tradycji „małych ojczyzn”, prowadzi warsztaty dla dzieci, młodzieży i dorosłych, łącząc wiedzę o przyrodzie, przeobrażeniach krajobrazu, środowiska naturalnego i ludzkich społeczności z historią i literaturą.

Fotografie – Urszula Frydrych.

Co sądzisz? Skomentuj!