Słonina dla gołąbków

Emerytka czaiła się za billboardem. Nie chciała, żeby ktokolwiek ją zobaczył. Było rano, a z pobliskiej cukierni roztaczał się zapach świeżo pieczonych pączków. Stała tak i czekała na odpowiedni moment. Kluczowa była cierpliwość. Jeśli uderzać to w punkt.

Staruszka, choć dobrze ukryta przed wścibskim wzrokiem sąsiadek i przechodniów, znajdowała się pod baczną obserwacją. Już z daleka namierzyła ją eskadra lotników pierwszej klasy. Wszechwidzące oczy zlokalizowały styropianową tackę w lekko trzęsących się dłoniach starszej pani. Na szarym niebie pojawił się czarny kształt. Nadciągnął znikąd. Stado gołębi przystąpiło do ataku.

Ptaki pikowały chmarą. Strategię miały opracowaną do perfekcji. Przybywały z rozproszenia i znienacka tworzyły zamknięty krąg wokół dawcy okruszków. Jeśli stara bułka trafiała na ziemię za wolno zaczynały gruchać do skutku. Natarczywe podlatywanie pod same dłonie może i było nieuprzejme, ale mogło przyczynić się do wytrącenia tacki na ziemię. Cel uświęcał środki.

Gołębie trochę przeliczyły się w pewności siebie. Wielkomiejscy lotnicy zapomnieli z kim mają do czynienia. Osiemdziesiąt lat doświadczenia w dokarmianiu ptaków na karku robiło swoje. Z rąk emerytki jadły łabędzie z Łazienek, pawie z Agrykoli, wrony ze Skaryszaka i całe rzesze wróbelków. Starsza pani miała problemy z pamięcią, ale nie mogła zapomnieć o jednym. W styczniu zawsze przychodziła pora by dokarmić mewy i rybitwy. Gołębie nie spodziewały się nadchodzącego skrytobójczego uderzenia.

Były tam też i wrony.

Zabolało podwójnie. Pierwszy z gołębich śmiałków podleciał do tacki. Mierzył dziobem w pokarm, lecz okazało się, że na styropianie leży słonina. Wiecznie nienasycony głód pchał jednak gołębie do przodu. Jeden śmiałek wystarczył, by podążyła za nim reszta eskadry. Stado obsiadło dłoń staruszki i zaczęło dziobać bez opanowania. Emerytka próbowała ratować słoninę. Naciągała foliową torebkę na styropianową tacke ale łakome ptaki skutecznie jej to utrudniały.

I wtedy ponownie otwarły się niebiosa, a ptasie przeznaczenie pokarało łakome dzioby. Gołębie znały się na miejskiej partyzantce jak żaden inny gatunek. Ale czym były zdolności paramilitarne w starciu z prawdziwym szwadronem komandosów? Gołębią gawiedź zaczęły rozpędzać smukłe rybitwy. Z gracją wbiły się w szary tłum. Gołębie momentalnie rozpierzchły się na boki. Po chwili na miejscu akcji pojawiły się mewy śmieszki. Skrzeczący łowcy przybyli na żer.

W ciągu kilku chwil nie było już miejsca dla gołębi. Szerokie skrzydła ptaków znad Wisły otoczyły staruszkę, która odetchnęła z ulgą, że nie stała się ofiarą z koszmarnych wizji Hitchcocka. Szerokim ruchem wysypała słoninę z tacki na zmrożony trawnik. Podniebni komandosi ucztowali, a gołębie nawet nie śmiały się podejść.

Zadowolona emerytka wyrzuciła tackę i siateczkę do kosza na śmieci. Żwawym krokiem wycofała się zza billboardu.

– Melduję wykonanie zadania. – powiedziała do siebie dziarskim tonem i zasalutowała.

– Pani sąsiadko, pani sąsiadko! – dobiegł ją głos z drugiego piętra pobliskiej kamienicy – Pani ich tak nie dokarmia!

– Czemuż to? – odpowiedziała zaskoczona staruszka.

– To pani jeszcze nie wie? Wiele lat je obserwuje. A one tylko żrą i srają.

Co sądzisz? Skomentuj!