Słoiki

Słoik to nie jest osoba, która przywozi pokarm z miejscowości rodzinnej do Warszawy w słoiku. Mówiąc językiem internetów “Słoik to stan umysłu”.

Wdawanie się w pesudofilozoficzne dysputy o kontekście językowym pojęcia “słoik” nie ma najmniejszego sensu. Jest to cwana ucieczka od sedna problemu socjologiczno-kulturowego, która nie służy rozładowaniu napięcia, tylko tworzy zasłonę dymną z opium dla intelektualistów.

Jeśli już mielibyśmy się odwoływać do tradycji kultury europejskiej, to warto sięgnąć do prawa rzymskiego. Słoik, to osoba, która przebywa w Warszawie (ma tam swój corpus), ale związana jest mentalnie z miejscowością rodzinną (tam spoczywa jej animus). Analogicznie do miejsca stosujemy to do dziś odnośnie miejsca zamieszkania i miejsca zameldowania: jeśli mieszkasz w Śródmieściu w kawalerce, nawet jeśli tam kierujesz swoją korespondencję, to tam jest twój corpus. Co nie zmienia faktu, że nadal jesteś osobą zameldowaną w dzielnicy, gdzie mieszkają Twoi rodzice (i zawsze tam wracasz, gdy kończy Ci się hajs na wynajem lub wpadasz na obiadki), to tam masz swój animus. I tam przyjdzie mandat za jazdę metrem bez ważnego biletu, bo tam jesteś zameldowany.

Sam jeżdżąc na obiady do rodziny, która jest rozsiana po różnych dzielnicach Warszawy wielokrotnie dostawałem jedzenie do domu. Wracając do domu metrem dumnie trzymałem na kolanach słoik z kaszą i mielonymi, patrzyłem z pogardą na ludzi z torbami śmierdzącymi bigmakami, chinolami lub kebabami. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że wiozłem żarcie w modnym plastikowym eko pudełku. Ale tak nie napiszę, ponieważ dla mnie większą wartością jest słoik. Słoik jest fajniejszy, bo jest bardziej trueschoolowy i zadaje mi hip szyku.

No i o co tyle krzyku?

Wszyscy rodzimy się jako wolni ludzie w różnych miejscach. Ktoś się urodzi w Stolycy, ktoś w Krakowie, a ktoś w małej miejscowości, o której większość nie będzie w stanie powiedzieć do jakiego województwa należy. Gdy dorośniesz od Ciebie zależy, gdzie pojedziesz na studia lub szukać roboty. Możesz wybrać Londyn, Berlin, Barcelonę, Łódź. Możesz i Warszawę. I w każdym mieście znajdziesz kogoś, kto tam się urodził. Tak nie jest?

Ale gdy wybierzesz Warszawę, to klęska. Będziesz narzekał, że za szybko, że każdy się napina, że każdy wyżej sra niż dupę ma. Będziesz z zazdrością patrzeć na budynki Parlamentu, instytucji państwowych, szklane wieżowce, centra handlowe i zazdrością myślał o osobach, które od dziecka mogły korzystać z tego przepychu. Bo dla nich to naturalne. Ale zrozum, że te osoby nie miały wpływu na to gdzie się urodzą i nazywanie ich krawaciarzami jest taką samą “dyskryminacją” jak nazywanie przyjezdnych słoikami.

Studiowałem na UW. Na moim wydziale (jak chyba wszędzie) ponad połowa osób nie była z Warszawy. Nigdy nikogo nie wypytywałem skąd jest. Ba, nawet do głowy by mi nie przyszło, że niektóre osoby nie są stąd. Czasami tylko wychodziły niezręczne sytuacje, gdy mówiłem znajomemu “Ziom, ta domówka to nie daleko tego miejsca, gdzie kiedyś był Burger King z automatami do gier, a teraz jest KFC.” I otrzymywałem odpowiedź “Ale stary, ja nie wiem gdzie to jest. Nie jestem z Warszawy”. I czułem się w takich momentach niezręcznie. Zastanawiałem się, czy znajomy nie odbierze mojej wypowiedzi jako popisywanie się, chcąc powiedzieć “Patrz. Znam to miejsce od dzieciaka”. Po prostu używałem określeń, którymi posługiwałem się od zawsze.

Słoik na trawie

Na studiach mieszkałem ze znajomymi z uczelni. Bardzo fajna ekipa. Wszyscy nie mieliśmy kasy i roboty. Siedzieliśmy w domu jak te studenty pijąc tanie browary, jedząc pasztety. Gdy któryś z moich współlokatorów dostawał wałówkę pełną domowych frykasów, sam byłem pierwszym, który się do nich dorywał na sępa. Dziwiłem się im niesamowicie, gdy dostawali upragniony przelew i szli na wielkie zakupy do supermarketu i zapominali o słoikach, które w lodówce powoli zapełniały się pleśnią.

Któregoś razu, gdy już mieszkaliśmy razem jako absolwenci, do naszego mieszkania wpadło dwóch kumpli ze studiów. Zaczęliśmy gadać o tym co u nas się dzieje, jak sobie radzimy z szukaniem pracy, gdzie się kręci melanż w piątek. Paliliśmy śmieszne papieroski. Weszło w ten najgorszy sposób – minuta trwała godzinę i zapadła niezręczna cisza.
Siedzieliśmy tak w milczeniu nerwowo szukając tematu, w który moglibyśmy popłynąć. W pewnym momencie jeden kumpli powiedział: „Wiesz stary, że jesteś zajebistym inteligentnym, uśmiechniętym typem. Choć trochę leniwym. Ale wiesz ziom czego ci najbardziej zazdroszczę? Tak najbardziej? Wiesz? Tego, że jesteś stąd”. “No” – zawtórował mu drugi.

Rozwalił mnie tym tekstem. Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Próbowałem szybko ratować sytuację, jak psychiatra, który musi powiedzieć zahipnotyzowanemu pacjentowi coś pozytywnego: “Ziąą. Tu studiowałeś, imprezowałeś, uczyłeś się. Spędziłeś cholernie wspaniałe 5 lat. Teraz masz tu pracę, mieszkanie, życie. Momentami znasz te kluby, skrzyżowania, spożywczaki, dzielnice i nazwy ulic lepiej niż ja”.
Spojrzałem w jego zbakane oczy z powiększonymi źrenicami. I zobaczyłem ten strach, wstyd, zagubienie jak u siedmiolatka, który przychodzi w sweterku w sosenkę i białej koszuli na urodziny dalszego kolegi i siedzi zagubiony i zdezorientowany na krzesełku.

Zrozumiałem, że choć tyle lat tu siedzi, że choć żyje jak każdy w tym mieście, zna ścieżki, wie co i jak, to nadal czuje się tu obco.

Warszawa Sloik 2 - Dworzec Centralny fot Filip Zubowski

Słoik na schodach ruchomych na Dworcu Centralnym – fot. Filip Zubowski 

Słoik – definicja szklarniana

Słoik, to osoba, która nie mieszka w miejscowości rodzinnej, choć ma tam korzenie. Jeździ do innego miasta, by tam studiować, pracować, a w przyszłości może nawet w nim nie tylko mieszkać i pracować, ale mieć rodzinę, zapuścić korzenie na stałe. Jednak wraca na święta, weekendy, wakacje do rodzinnych stron. Tak na prawdę nie zapuszcza korzeni ani tu, ani tu. Mieszają jej się corpusy i animusy. Jest jak ta sadzonka w słoiku, która nie może korzeniami przedostać się przez szklane dno i zapuścić się wiciami na dłużej. Jeśli nie powiesz sobie otwarcie, że jesteś z Warszawy lub swojej miejscowości rodzinnej, będziesz się czuć obco i tu i tu.

Ja posiadam swoje korzenie w Warszawie i jestem z tego dumny. Nie jestem ksenofobem. Nie patrzę z pogardą na przyjezdnych. Jestem od nich inny i zdaję sobie z tego sprawę. Po prostu kocham miejsce, w którym się urodziłem i które mnie wychowało. Inny nie oznacza gorszy. Czy oni o tym wiedzą?

Porządny krawaciarz

W słoikach denerwuje mnie to, że gdy takiemu powiem, że jestem ze stolicy, to mnie nazywa krawaciarzem: “Te krawacik, ile wyciągasz w korpo?”. Bezczelności przywożą więcej niż buraczków podsmażanych. Jeszcze bardziej wkurza mnie to, że sami się siebie wstydzą. Nie znają swojej wartości. Wstydzą się mówić, że jadą do babci na święta, do rodziny na wakacje. Słoiki transportują w torbie ze Starbucksa, żeby było “mniej obciachowo”. Bo to niewarszawskie w ich mniemaniu przywozić jedzenie z domu do domu. Bo prawdziwy Warszawiak to żre tylko w restauracjach lub zamawia fastfood do domu.

Wkurza mnie to, że słoiki szukają potwierdzenia swojej obecności w Warszawie czy to będąc lewicowym eko-artystą-aktywistą, czy prawicową autystyczną konserwą, czy zwykłym konsumpcjonisto-karierowiczem z beckhamowskim irokezem na żel. Chcą się jakoś osadzić w nowej rzeczywistości i powielają obserwowane wzorce, zamiast po prostu być sobą.

Niech wniosą swoją wartość do Warszawy. Niech nie rozdzielają swojego życia na dwie strefy. Siła w różnorodności. Zatem niech tu osiadają i zasymilują się wnosząc wartość miejsca skąd pochodzą.

Chcę powiedzieć każdemu słoikowi: “Jestem Warszawiakiem. Witaj u mnie. Będę dla Ciebie jak gospodarz. Wytłumaczę jak z mojego punktu widzenia funkcjonuje ten złożony organizm. Pogadajmy, napijmy się. Rozgość się. Pokaż mi kim jesteś. Ja Ci pokażę moje miasto, klimat, historię, ciekawe miejscówki. Mam nadzieję, że je zrozumiesz, pokochasz. Będziesz chciał je pielęgnować i kultywować tak jak ja.”

Warszawa – neony

Konkurs na neon dla Warszawy wygrał projekt słoików. Czy był to trolling ze strony głosujących jak przy “Koko koko Euro spoko”, czy prawdziwa potrzeba to temat na oddzielny wpis.

Nie mam nic przeciwko, aby ten neon zawisnął. Jego wydźwięk zależy od nas samych. Dla kogoś, kto nie zna tematu, będzie to tylko i wyłącznie obraźliwy symbol i nie raz pokłóci się o niego po pijaku na przystanku nocnym lub na schodach nad Wisłą. Dla osoby, która zrozumie szerszy kontekst zjawiska będzie to przyczynek do prowadzenia otwartego dialogu na temat tego kim jesteśmy. Bo kto się lubi, ten się czubi. I mam nadzieję, że taki kontekst kulturowy ostatecznie ten neon nabędzie.

 

Co sądzisz? Skomentuj!