Sen

Januszowi Laskowskiemu śnił się „ciepły piec, duży stół i pachnący na nim chleb”. Mój sen był równie piękny. Tak to jest, jeśli spędza się swój cały czas w domu. Wszystko dzieje się za oknem. Jawa przechodzi w sen, a sen w jawę. Nie wiem czy święty Jan ujrzał wydarzenia apokalipsy w świetle dnia czy zbudził się zlany zimnym potem o szóstej nad ranem. Moje sny należały do tych realistycznych. Gdy przypomniałem sobie ich treść wszystko stało się jasne. Kwarantanna okazała się moim własnym Patmos.

Stałem przed wielką katedrą. Świątynia była zbudowana z grubo ciosanych kamiennych bloków. Nad wejściem znajdowała się ogromna rozeta, a po jej bokach stały rzeźby anioła i diabła. Posągi ruszały się nieustannie. Bałem się wejść do środka. Obok mnie przechodzili ludzie, którzy bez strachu przekraczali próg katedry. Coś mnie jednak przed tym powstrzymywało. Obok kościoła stał niski domek z szarej cegły. Wyszedł z niego ksiądz. Popijał herbatę z filiżanki. Podszedł do mnie i gestem ręki zachęcił bym zobaczył katedrę od wewnątrz.

Trochę mnie to uspokoiło, więc skierowałem kroki do świątyni. Wszedłem do przedsionka i odsłoniłem grubą kotarę z fioletowego atłasu. W środku wszystko się ruszało. W powietrzu wirowały anioły, w oddali kręciły się demony, z podłogi buchały piekielne ognie, a ludzkie ciała spadały z wysoka w otchłań. Stałem jak wryty. Przeniosłem się prosto do świata z „Sądu Ostatecznego” Hansa Memlinga. Zobaczyłem za dużo i przestałem widzieć. Wszystko przed oczami było białe. Kiedy otworzyłem powieki, stałem już na zewnątrz katedry. Ksiądz z ceglanego domku podał mi filiżankę herbaty.

– No, to teraz już wiesz. – powiedział.

Rzeczywiście dowiedziałem się, czego trzeba. Przy okazji nikt nie zarzuci mi już, że nie byłem w kościele. Z katedry musiałem jednak jakoś wrócić. Było bardzo rano. Na przystanek podjechał autobus. Usiadłem na siedzeniu, oparłem się o szybę, zarzuciłem kaptur na głowę i dałem w kimę. Obudziło mnie pstryknięcie kapsla. Z puszki z piwem syknął gaz. Pan żul z fotela obok napoczął Kuflowe Mocne. Sączył je aż do Dworca Centralnego. Kiedy wysiadał, obruszył się na jakąś panią, która wtarabaniła się między niego, a drzwi.

– Co się tak śpieszy? – zapytał retorycznie zachrypniętym głosem. Spojrzał na mnie – A pan to chyba dopiero co wstał. – dodał.

Miał rację. W autobusie śniłem sen w śnie. Szedłem wzdłuż ulicy. Widziałem jak znudzony kierowca otwiera bagażnik dostawczaka i wykłada na maskę auta poćwiartowane kawałki wieprzowiny. Pomachał mi z oddali z uśmiechem na ustach.

– Co dobrego, drogi panie? Bo ja właśnie trochę świnki z bazarku przywiozłem. Będzie akurat na świeże kotleciki.

A później obudziłem się naprawdę. Ja. Widzący z Warszawy…. Kwarantanno kończ się!

Co sądzisz? Skomentuj!