Sen o Wunderbaumie

Była majówka. Zupełnie niespodziewanie przypomniał mi się zapach taksówki. Była to słodka, gęsta woń wyczuwalna w 30-letnim mercedesie. Dawała poczucie bezpieczeństwa podczas powrotów z imprezy o czwartej nad ranem. Pozwalała ukoić nerwy, bo wiedziałem, że do samego celu będzie towarzyszyć mi wytarty luksus lat dziewięćdziesiątych. We wspomnieniu wiozła mnie prawdziwa szeroka limuzyna. Solidne niemieckie wykonanie starzało się w niej bardzo powoli. Wóz sunął w przestrzeni (prawdziwy cruiser), a ja w pozycji półleżącej przysypiałem na tylnej kanapie. W oknach migały światła miasta. Zza fotela kierowcy na zmianę zerkałem na światełka deski rozdzielczej i pokrętła klimatyzacji zatopione w plastikowej imitacji błyszczącego drewna. Drzewko wunderbaum zawieszone na lusterku dawno już nie pachniało, ale na zakrętach dyndało z zaskakującą żywotnością. Była to w  końcu wiecznie zielona choinka. Przysypiałem, po czym po chwili się budziłem. Dojechaliśmy. Zapłaciłem. Reszty nie trzeba! Wykonałem wielkopański gest dla kierowcy w uznaniu, że nie podkręcił licznika i z podziwu, że trafił pod podany bez użycia GPS-a. Mapę miał w głowie. Czyżby w moim wspomnieniu wiózł mnie ostatni Mohikanin? We myślach oddałem mu hołd – wszechwiedzącemu kierowcy, znawcy stołecznych dróg.

Zupełnie niespodziewanie przypomniał mi się zapach taksówki. Była to słodka, gęsta woń wyczuwalna w 30-letnim mercedesie. Dawała poczucie bezpieczeństwa podczas powrotów z imprezy o czwartej nad ranem.

 

Choć długo opierałem się to po usilnych namowach znajomego uległem i zainstalowałem w telefonie popularną aplikację do zamawiania „taksówek” przez Internet. Podałem szczegóły karty bankowej, parokrotnie kliknąłem „dalej”, po czym podałem, gdzie jestem i tyle. Pozostało czekać. Ikonka samochodu zbliżała się do mnie na ekranie smartfona i w rzeczywistoći. Równo po siedmiu minutach na umówione miejsce dotarła gładziutka toyota o obłej sylwetce. W środku siedział mój prywatny szofer. W trakcie kursu okazało się, że wiózł mnie student. Trochę wstydził się przyznać, że do końca nie wie, gdzie jest adres pod który jedziemy. Drżącym głosem zapytał, czy mógłbym podać mu numer budynku, bo nawigacja nie rozpoznaje adresu na rogu dwóch ulic. Sęk w tym, że numeru nie pamiętałem. Zawsze proszę, żeby skończyć kurs na rogu. Koniec końców zamieniłem się w GPS i poprowadziłem młodego kierowcę (zapene jeszcze bez dyplomu magistra) do celu. Gdy wysiadałem przyznał się, że jest z Gocławia, w stolicy mieszka od niedawna i niezbyt kojarzy Wolę.

W trakcie kursu okazało się, że wiózł mnie student. Trochę wstydził się przyznać, że do końca nie wie, gdzie jest adres pod który jedziemy. (…) Gdy wysiadałem przyznał się, że jest z Gocławia, w stolicy mieszka od niedawna i niezbyt kojarzy Wolę.

GPS nie jest lekarstwem na wszystko. Czy dojechałbym do domu, gdybym zasnął w toyocie? I po jakim czasie? Po kursie spróbowałem spojrzeć na nocny powrót z innej perspektywy. Wyobraziłem sobie, że właśnie przeprowadziłem się z Warszawy do Lublina, by tam zostać taksówkarzem. Z całą pewnością wspomagałbym się nawigacją, bo ulice w Lublinie są długaśne i wyjątkowo kręte. W Warszawie są tylko długie, ale chyba wystarczająco by przytłaczać przyjezdnych. Aplikacja do zamawiania prywatnych kierowców nie wyklucza. Każdy, nawet ktoś przybyły do stolicy ledwie 15 minut temu, może poczuć się stołecznym taksiarzem. I bardzo dobrze, bo dzięki temu szybciej pozna topografię Warszawy. Skorzystałem z aplikacji, ale sercem pozostanę po stronie brzuchatego pana z mercedesa pachnącego bezpieczeństwem. W Warszawie na szczęście jest miejsce dla wszystkich. Kto wie, jak za 30 lat będzie wyglądał student z toyoty. Czym skorupka za młodu nasiąknie…

Co sądzisz? Skomentuj!