Ściana zieleni

Mijałem ludzi po drodze, a oni mówili różne rzeczy. Wczoraj w drzwiach obrotowych do centrum handlowego usłyszałem wypowiedziane zdenerwowanym głosem: „Moja matka koniecznie chce się spotkać z jej matką. Jak mnie wkurwi to jeszcze dzisiaj to zrobię i pojadę do jej matki”.

W zeszłym tygodniu czekałem na Okęciu na przylot. Dwóch mężczyzn wychodziło z odprawy. Rozmawiali rozentuzjazmowanymi głosami: „Ty to już odwołaj to spotkanie. Weź ze dwie flaszki. Posiedzimy, popijemy. I zamów coś do jedzenia… Pizzę, pizzę”.

Innym razem para o skonsternowanych obliczach przemierzała szybkim krokiem centrum miasta. Partnerka mówiła do partnera: „Dzwoniłam do tego faceta w sprawie rekultywacji naszego miejsca i tych maszyn. Powiem ci, że bardzo miły facet. Niestety nie oddzwonił”.

Na początku miesiąca ponownie znalazłem się w świątyni handlu (cóż poradzić, że służy mi za ciąg komunikacyjny?). Mijałem dwie zakupowiczki objuczone torbami. Prowadziły zażartą dyskusję: „-Ale wiesz, ja wcale nie mam tak, że muszę powłóczyć się po sklepach”.„- Ja też nie, ale muszę coś zrobić z czasem”.

Jeszcze wcześniej szukałem ulicy na Żoliborzu. Zakręciłem się i zgubiłem drogę. Usłyszałem: „Kurwa! Co za meandry!”. Kląłem głośno sam do siebie.

Pewnego razu siedziałem w saunie. Do grona wygrzewaczy dołączył kulturalny pan, który na wejściu zapytał: „Dzień dobry, czy jeszcze się zmieszczę?”. Z parowej otchłani padła nieoczekiwana odpowiedź: „W domu naszego ojca jest mieszkań wiele.”

Dziś popołudniu taksówkarz stał w zatoczce. Powiedział głośno do kolegi: „Ty, a co ty taki ważny jesteś w tym samochodzie?”. Sam karmił gołębie.

Czasami rozmowy są głośniejsze od nieustającego szumu pędzących aut. Coś się usłyszy i zbitka zdań wyrwana z kontekstu zostaje w głowie na zawsze. A gdyby się tak od tego odciąć? Pojechałem na Wawelską, żeby spróbować.

Zieleniec Wielkopolski to cudowne miejsce wieczorową porą. Pachnące, pełne drzew – w sam raz by się zaszyć i odciąć. Grupka młodzieży w wieku około lat dwudziestu zrobiła z tego użytek w niedzielny wieczór. Grali w ping-ponga na betonowych stołach, pili piwko na ławkach i wesoło ze sobą gadali. Między towarzystwem radośnie krążyły dwa psy.

Poszedłem pod kładkę na skraju parku. Ku mojemu zdziwieniu nie było widać samochodów. Strugi świateł zastąpiła ściana zieleni – wysoki na dwa metry parkan. Zdziwiony stałem i patrzyłem. Zasłyszane słowa zostały daleko.

Robiło się późno i trzeba było wracać. Przeszedłem kilkadziesiąt metrów wzdłuż zielonego płotu i skręciłem w prawo w alejkę. Żółte liście przykrywały trawnik, a latarnie świeciły romantycznie. Obok mnie przebiegł biglowaty kundel. Usłyszałem: „Wie pani, Rysio strasznie długo szuka miejsca na kupę i musi się przed nią porządnie wylatać”. Wielkomiejski zen prysł.

Co sądzisz? Skomentuj!