„RYBKA”, SŁODYCZE I NĘDZA – BOŻE NARODZENIE W MIĘDZYWOJENNEJ WARSZAWIE (CZ. 2)

Z pierwszej części artykułu dowiedzieć się mogliśmy o tym, jakie produkty spożywcze mogły znaleźć się na warszawskich stołach. Wbrew pozorom, choć wiem, że trudno w to uwierzyć, nie samym jedzeniem człowiek w święta żyje. Co zatem, oprócz spożywania, zajmowało jeszcze przedwojennych warszawiaków?

Gdy mowa o świętach, nie sposób pominąć tradycję wręczania sobie prezentów. Pod tym względem przegląd prasy jest doskonały, było to bowiem w okresie międzywojennym najpowszechniej dostępnym środkiem masowego przekazu. Pamiętajmy, że radio było wówczas wielką nowością, a o telewizorach nikomu się jeszcze nie śniło. Reklamy zawarte w gazetach docierały zatem do stosunkowo najszerszego grona odbiorców, zwłaszcza w tak dużym mieście jak Warszawa, gdzie stopień analfabetyzmu wynosił zaledwie 10%. Dla całej Polski było to niemal 25%, a w niektórych województwach wschodnich czytać nie potrafiło niemal połowa ich mieszkańców.

Co zatem Mikołaj umieszczał pod stołecznymi choinkami? Na pewno słodycze i alkohole, o czym już była mowa w poprzednim tekście. Znaleźć też można wiele reklam sprzętu AGD, oraz, jak byśmy dziś powiedzieli, RTV, choć „tefał” jest tu oczywiście mocno na wyrost. Wszystkich zachęcano do zakupu własnego odbiornika radiowego, wszak już od 1926 r. rozpoczęła nadawanie Polskie Radio Warszawa, pierwsza krajowa stacja radiowa, złapać też można było stacje zagraniczne.

Wydaje się, że skłonność do nowinek technicznych i gadżetów to nie jest tylko domena naszych czasów. Wśród nich można wymienić też możliwość strzelenia sobie świątecznej fotografii przy choince, we własnym domu. Nie trzeba było jednak koniecznie mieć do tego specjalnie drogiego i trudnego w obsłudze aparatu, można było zaprosić po prostu fotografa do domu. Stopień zaawansowania zabiegów, żeby zrobić coś, co jest dla nas dziś osiągalne przy pomocy byle jakiego telefonu komórkowego, jest doprawdy imponujący. Widocznie jednak pewne potrzeby są ponadczasowe, zmienia się jedynie technologia.

W przedwojennych ogłoszeniach zachęcano nie tylko do zakupu całych radioodbiorników, ale też na przykład ich ważnych elementów, lamp. Radio służyło w dużej mierze rozrywce, słuchaniu muzyki, w 1930 r. w Wigilię, jak ogłoszono w tygodniku „Radjo”, usłyszeć można było tylko kolędy. Jeśli ktoś jednak miał ochotę na inną muzykę, to mógł zawsze posłuchać jej z płyty gramofonowej (jak przekonuje jedno z przedświątecznych ogłoszeń: „Stwierdzono, że Usiba i Efte Płyta są najlepsze płyty gramofonowe nadające się do tańca. Oryginalne nagrania amerykańskich, angielskich i francuskich orkiestr. Wyszły ostatnie nowości taneczne: charlestony, shimmy, tango i walc-boston. Żądać we wszystkich składach muzycznych”). To także był idealny prezent pod choinkę, akurat w tej kwestii wiele się zresztą nie zmieniło.

Na własny radioodbiornik, czy gramofon, stać było stosunkowo nielicznych. Podobnie było też zapewne z innymi cudami ówczesnej techniki. Stąd też szeroki wybór innego typu artykułów, od ubrań z Domu Mody Bogusława Hersego (mieszczący się we wspaniałym, nieistniejącym już niestety, gmachu przy Marszałkowskiej), czapek i kapeluszy od Cieszkowskiego (arcywarszawski zakład istniejący od 1864 r. do dziś), po pralkę, maszynę do pisania (reklamowaną w sposób zadziwiająco podobny do komputerów osobistych – jako idealny prezent dla dzieci, którego umiejętność obsługi jest niezbędna w dorosłym życiu), no i naturalnie – książki.


W poprzednim tekście zasygnalizowałem już, że nie wszyscy mieli ochotę siedzieć w domu i się po świątecznemu obżerać. Warszawa miała do zaoferowania takim osobom naprawdę wiele rozrywek. Specjalny repertuar przygotowywały kina, teatry, filharmonia, kabarety, ale też i Cyrk Braci Staniewskich, mający swoją stałą, murowaną siedzibę przy Ordynackiej (zbombardowaną chyba tylko z czystej złośliwości w 1939 r.).

Każdy, niezależnie od tego jak bardzo wyrafinowany, lub nie, miał gust, mógł więc znaleźć coś dla siebie. Trzeba było jedynie pamiętać, że w okresie około świątecznym nie wszystko funkcjonowało tak, jak w resztę roku, co zwłaszcza istotne w przypadku komunikacji miejskiej.

Na koniec należy zwrócić uwagę, że całe te góry pysznego jedzenia, świetnych trunków, wyczekiwanych prezentów i lepszych rozrywek na mieście, dostępne były zazwyczaj tylko dla tych bardziej zamożnych warszawiaków. Bardzo wielu nie mogło liczyć nie tylko na Wigilię, ale nawet na jakikolwiek posiłek. Skala problemu wydaje się nawet tylko po pobieżnej lekturze gazet codziennych znacznie większa, niż obecnie, a skądinąd wiadomo, że przedwojenna Polska była krajem ubogim, zmagającym się z licznymi problemami społecznymi. Znajduje to swoje odzwierciedlenie w gazetach, praktycznie każdym tytuł prasowy, niezależnie od jego linii politycznej, informował o specjalnych, zorganizowanych przez tę czy inną instytucję, „choinkach” dla ubogich, zwłaszcza dzieci, ale także nawoływał do dobroczynności, oraz opisywał tragiczne warunki, w jakich żyło bardzo wielu mieszkańców stolicy.

O tym, że z nędzarzami był w Warszawie istotny problem świadczą też sposoby, w jakich próbowano ich przynajmniej na okres świąteczny usunąć z widoku, z ulic. Z jednej strony były to specjalne bony, które magistrat wręczał bezdomnym przed świętami, z drugiej – represje. O tych drugich z satysfakcją donosił dziennik „Dobry Wieczór!” 23 grudnia 1933 r.: „Teraz policjant takiego [żebraka] za kark i na Przebieg do dziadowskiego więzienia – do przystani natrętów. Sąd. Wyrok. Przymusowa praca.”. Pokazuje to zresztą, że na zrozumienie dla problemu nędzy w Warszawie nie zawsze można było liczyć, nawet w przeddzień świąt.

O ile więc z prawdziwą przyjemnością czytamy o mniej lub bardziej wystawnym życiu międzywojennej stolicy, to jednak powinniśmy mieć cały czas na uwadze, że z dobrodziejstw tych korzystała tylko pewna część warszawiaków, a zdecydowana większość w tym samym czasie bardziej zaprzątała sobie głowę tym, jak przetrwa kolejny dzień, niż co wyjątkowego znajdzie się na jego wigilijnym stole. Dotyczyło to nie tylko bezrobotnych, których było szczególnie wielu w okresie Wielkiego Kryzysu, ale też osób pracujących, których cienkie pensyjki także nie pozwalały na większe świąteczne szaleństwa. Zawsze też pozostawała instytucja pożyczki, oraz zakupy na kredyt. Odsuwało to oczywiście tylko problem w czasie. Jak doniósł dziennik „ABC” z 1926 r.: „począwszy od firmy Braci Jabłkowskich, skończywszy na Simon i Steckim, zakupy na kredyt idą w kolosalnym tempie. To też każdy bardziej przedsiębiorczy ojciec rodziny, pragnący jako tako urządzić się na święta, zdołał już zaopatrzyć swą rodzinę w najniezbędniejsze produkty”.

W ten oto sposób zakończyliśmy ten, z konieczności, pobieżny przegląd prasy międzywojennej. Zyskaliśmy dzięki niemu pewien zarys, jak święta Bożego Narodzenia odzwierciedlały się w warszawskiej prasie. Obraz, który się wyłonił, z jednej strony uderza odmiennością, z drugiej pokazuje, jak niewiele czasem w naszym świętowaniu się zmieniło. Przedświąteczna krzątanina, oraz czas spędzony przy wspólnym, wigilijnym stole, nawet w tych najbiedniejszych domach – to pozostało niezmienne do dziś, to właśnie bez wątpienia łączy przedwojennych oraz współczesnych warszawiaków.

[W artykule wykorzystałem materiały z domeny publicznej, gazet wydanych przed 1939 r. a dostępnych na portalu polona.pl. Pochodzą one z następujących dzienników: ABC – Pismo Codzienne, Dziennik Ilustrowany, Robotnik, Dobry Wieczór! i Kurier Czerwony, Gazeta Polska.]
Co sądzisz? Skomentuj!