„Rybka”, słodycze i nędza – Boże Narodzenie w międzywojennej Warszawie (cz. 1)

Kolorowe światełka, bombki, choinki, wigilijne potrawy, prezenty i pocieszny grubas w czerwonej piżamie z wielkim workiem na plecach. Mniej więcej taki zestaw skojarzeń mamy, gdy myślimy o świętach bożonarodzeniowych. Nie przypadkiem nie ma nic stricte warszawskiego na tej liście. Bo i świętowanie po warszawsku nie odbiega dziś specjalnie od ogólnokrajowej normy. Czy tak było zawsze?

Zabierałem się za ten tekst bez żadnej tezy. Kompletnie nie miałem pojęcia, jak kiedyś wyglądało obchodzenie Bożego Narodzenia w Warszawie. Uznałem, że najprostszym sposobem sprawdzenia, czy doszło do jakichś spektakularnych zmian, będzie przejrzenie międzywojennych gazet codziennych. Międzywojnie to ostatni moment, zanim nasze miasto zmieniło się diametralnie i nie do poznania w wyniku II wojny światowej. Jest to więc ciekawy okres do obserwacji.

Obraz, jaki wyłonił się z tej lektury, nieco mnie zaskoczył. W warszawskich gazetach codziennych, których wydania z dni 20-24 grudnia, a z lat 1918-1938, losowo poprzeglądałem, przewijają się głównie dwa motywy. Pierwszy, nie tak zaskakujący, to reklamowe namowy do wzmożonego konsumpcjonizmu. Producenci i sklepy zarabiają w okresie przedświątecznym krocie nie od wczoraj, to jasne. Mimo wszystko czytanie dawnych ogłoszeń i oglądanie starych reklam jest ciekawe, bo mają one swój retro urok. Zauważyć też można pewne różnice, w porównaniu ze współczesnością, a z drugiej strony nieoczekiwane podobieństwa. Naprawdę jednak zaskakujące i interesujące okazało się, że głównym tematem bardzo wielu artykułów i notatek była… nędza.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że II Rzeczpospolita to był kraj, który musiał podnieść się z niebytu, na dodatek bardzo ciężko potraktowany przez światowy kryzys pierwszej połowy lat 30. Niemniej natężenie informacji o ludziach żyjących w biedzie i apeli o pomaganie im musi robić wrażenie na dzisiejszej czytelniczce i czytelniku. W nam współczesnej prasie, jeśli nawet pojawia się wątek świątecznego miłosierdzia, to jest on porządnie ulukrowany tak, aby nie psuć nastroju i przypadkiem nie zniechęcić do wzmożonego szaleństwa zakupowego.

Zacznijmy jednak od czegoś przyjemniejszego, czyli świątecznych zakupów. W gazetach przeważały reklamy artykułów spożywczych, głównie słodyczy i alkoholu. Wigilijny stół musiał być suto zastawiony, zaś do akompaniamentu karpiom i innym „rybkom” świetnie nadawał się ciężki alkohol. Butelka lepszego alkoholu świetnie nadawała się też na prezent. Stąd zapewne wysyp reklam zachwalających wódki i likiery, między innymi istniejącej do 1846 r. warszawskiej spółki Haberbusch i Schiele. Znana była ona przede wszystkim z produkcji piwa, jednak na świąteczny stół złoty trunek najwyraźniej nie pasował, był zbyt powszedni. Wódki i likiery na Boże Narodzenia polecał też zakład Rektyfikacji Warszawskiej mieszczący się w dobrze znanej wszystkim warszawiakom i dziś Wytwórni Wódek „Koneser” przy Ząbkowskiej. Jeśli ktoś jednak życzył sobie czegoś bardziej wyszukanego, to mógł też kupić zagraniczny wermut, koniak czy szampana.

Świadomość szkodliwości używek była w tamtym czasie o wiele niższa, niż obecnie. Bez żenady więc zachęcano nie tylko do kupowania pod choinkę alkoholu, ale także wyrobów tytoniowych, cygar i papierosów. Problem nadużywania alkoholu w okolicach świąt był dosyć dobrze zauważalny, jednak bagatelizowany. W gazetach chętnie opisywano mniej lub bardziej prawdziwe, humorystyczne anegdotki, jak to niefrasobliwi mężowie wysyłani byli w Wigilię przez żony po zakupy, a ostatecznie do domu nie docierali nie tylko przed pierwszą gwiazdką, ale nawet i nie mogli zdążyć na pierwszy dzień świąt. Przepijając wszystkie pieniądze w tym czasie, rzecz jasna. Humor, który dziś uznalibyśmy w najlepszym razie za studencki (w najgorszym znaczeniu tego słowa) na łamach gazet królował powszechnie.

Zarówno w Wigilię, jak i same święta otwarte były nie tylko podejrzane speluny, ale także bardziej renomowane restauracje, takie jak choćby koktajl bar w Bristolu zapraszający w 1938 r. na „rybkę” uświetnioną występem popularnego aktora występującego w rewiach, operetkach i kabaretach, Ludwika Sempolińskiego.

Wróćmy jednak do świątecznych stołów. Te musiały uginać się pod słodyczami, często lokalnej produkcji, na czele z wedlowskimi i od Fuchsa, założyciela pierwszej warszawskiej fabryki cukrów i czekolady. Zamożniejsze panie domu mogły też pozwolić sobie na ułatwienie życia, i zamówić gotowe ciasta, które, jeśli wierzyć reklamom, mogły występować też w roli prezentów. Słodycze sprawdzały się także świetnie jako ozdoby choinkowe. Na zamówienie wypieki robiła choćby słynna kawiarnia Mała Ziemiańska.

Jak donosiła warszawska prasa codzienna przed Bożym Narodzeniem trzeba było szczególnie uważać na oszustów. Dziennik ABC ostrzegał swoich czytelników w 1933 r.: „w okresie przedświątecznym ukazały się na rynku warszawskim osełki margaryny, imitującej masło. W fałszowaniu masła przoduje dzielnica północna miasta z targowiskiem na pl. Mirowskim i na pl. Kercelego na czele. Kontrolerzy Miejskiego Instytutu Higienicznego zatrzymali kilkunastu karygodnych fałszerzy”. Jak widać masło nie od wczoraj jest luksusowym obiektem pożądania. Handlarze korzystali też ze zwiększonego popytu i zawyżali ceny, co było niezgodne z prawem, w gazetach ogłaszane były ceny maksymalne na produkty.

 Ostatecznie jako świąteczny można było zareklamować każdy produkt spożywczy, nawet musztardę. Natomiast cytrusy rzeczywiście jeszcze nawet pokoleniu obecnych 50-60 latków kojarzą się ze świętami. Na pewno wielu z nas zna te kombatanckie wspominki rodziców czy dziadków o tym, jak to pomarańcze jadło się tylko na Boże Narodzenie, a ich niepowtarzalny smak i zapach kojarzył się właśnie z okresem świątecznym. Było to zapewne także i doświadczenie warszawiaków żyjących w okresie międzywojennym. W każdym razie tych zamożniejszych.

Zorientowaliśmy się, jak mniej więcej wyglądać mogły wigilijne, warszawskie stoły. Daleko temu obrazowi do pełni, ale właśnie tyle dowiedzieć się możemy z pobieżnej lektury dzienników przedwojennych. W kolejnej części zorientujemy się, jakie prezenty chętnie widziano pod choinkami, gdzie można było się w święta rozerwać, oraz jak faktycznie,  a niezbyt wesoło, wyglądały święta dużej części warszawiaków.

[W artykule wykorzystałem materiały z domeny publicznej, gazet wydanych przed 1939 r. a dostępnych na portalu polona.pl. Pochodzą one z następujących dzienników: ABC – Pismo Codzienne, Dziennik Ilustrowany, Robotnik, Dobry Wieczór! i Kurier Czerwony, Gazeta Polska.]


Poznaj razem z nami współczesną kuchnię świąteczną wielokulturowej Warszawy. Warszawskiego Śledzika Wielokulturowego wspomagają:

MSC – Certyfikat Zrównoważonego Rybołówstwa, czyli dzikie ryby i owoce morza z odpowiedzialnego źródła.

Mielżyński Wine Spiritis specialties – najlepsze wina w mieście

Cydr Lubelski – prosto z jabłka (i kopie)

Piekarnia Piwoński – pieczywo z naturalnych składników, bez sztucznych dodatków, wg tradycyjnych receptur

Restauracja Besamim – tradycyjna i nowoczesna kuchnia żydowska

Instytut Sztuki Kulinarnej – nasz nieoceniony gospodarz

 

 

Co sądzisz? Skomentuj!