Rolowanie po Warszawie

Nie dajcie się zmylić tytułowi. To nie będzie tekst o Nataszy Urbańskiej, chociaż mam temptejszyn, aby zrobić jej hardkor, czy też inne demolejszon. To tekst o Warszawie czyli naszej polisz capital, naszych kompleksach i pragnieniach, żeby w wawce było jak w Nju Jorku.

W Warsaw mamy city, do którego można dojechać busem lub andergrałndem. To nasz warszawski Manhattan, nowe skajskrejpers – wszędzie są offices to let. I nie dziwne, bo kto by nie chciał pracować w samym centrum, w biurowcach o swojsko brzmiących nazwach: Oxford Tower, Orco Tower lub Warsaw Financial Center, czy Metropolitan? Albo zamieszkać w Intercontinental, ewentualnie kupić apartment w Cosmopolitan? W city można wstąpić na mały szoping do Złotych Tarasów lub Blue City (warto zajrzeć do Zary, Bershki lub H&M), albo wpaść na kofi z Costa by Coffee Heaven, So!Coffee lub Starbucks Cafe. Mówię Wam – MEGA! Na lunch można iść na hipsterburgera do Barn Burgera, Bobby Burgera albo Kitchen Burger. Jeśli nam się poszczęści, uda nam się znaleźć na mieście Soul Food Bus. Wieczorem można wbić na densflor do Platinium, the Eve lub Delite. Może znajdzie się jakaś soda, jakiś dżus? Co za życie w naszym city! Co za rolowanie po Warszawie!

Nazewnicze tragejszon

Nie jestem przesadnym purystą językowym. Mnie też zdarza się czasami mówić „fajny kejs”, „szoping w złotych”, „to zdjęcie jest mega”. Mój tekst jest oczywiście pewną hiperbolą, ale jeśli jednak przyjrzymy się nazwom nowych biurowców, knajp czy osiedli, dojdziemy do wniosku, że coś jest na rzeczy. Gdzie według Was może znajdować się budynek o wdzięcznej nazwie Premium Point? Już sama nazwa przywodzi na myśl wyrafinowaną formę architektoniczną, prestiżowo ulokowaną w centrum miasta. Niestety, nic bardziej mylnego. To pseudoapartamentowiec ulokowany na Tarchominie… Z czym Wam się kojarzy Słodowiec City? Z wielkomiejskim życiem, nowoczesną architekturą? Niestety ten budynek będzie wyglądał tak.

Słodowiec City (Kaliope) | Pańska Skórka

Słodowiec City (Kaliope) | Pańska Skórka

W związku z tym, że zostanie w nim ulokowanych prawie 800 mieszkań (zakładamy, że w każdym z nich zamieszkają średnio 2-3 osoby), w tym molochu zamieszka prawie 2000 osób. Inwestycja będzie miała z „city” wiele wspólnego: tłok, brak miejsc postojowych i w pewnej perspektywę mieszankę kulturalną od beja po rodziny z dziećmi.

To jedynie dwa przykłady. Ale popatrzmy na inne warszawskie inwestycje:

Central Park Ursynów (ale central park powinien być chyba w centrum, czy się mylę?),

osiedle Young City (na Bemowie, ale rzekomo 15 minut od Centrum),

Kamioncross (wow! gratuluję inwencji, to inwestycja na Kamionku),

Ruczaj Park (czemu nie Park Ruczaj – tak chyba powinno być po polsku?),

Incity (czy będzie też OutCity?),

Wola Prestige (szczerze zachęcam do obejrzenia zdjęć tej „prestiżowej” inwestycji),

Campo Verde (tu jak widać szczypta Italii w Warszawie),

Patio Avenir (tu z kolei francuski omelette du fromage),

Villa Pegaso (ale serio? to chyba lider pretensjonalności!),

– i wiele, wiele innych: Bartycka Residence II, Corner 34, La Tour Residence, Cornerhouse, sPlace – smart living, Triton Park, apartamenty Oxygen, Villa Campina, Imperial Residence (to akurat Piaseczno – prawdziwie imperialna okolica), Praga Square. I tak można mnożyć.

Cheesy Warsaw

W języku angielskim jest takie slangowe słówko – cheesy. Na polski można by je przetłumaczyć jako „tandetny, tani”. Zazwyczaj używa się go, aby podkreślić, że coś jest robione tak na siłę, że zamiast uzyskać założony efekt, popada się w śmieszność. Czasami mam wrażenie, że osoby odpowiedzialne za przestrzeń publiczną – deweloperzy, najemcy – chcą widzieć Warszawę jak Nju Jork. Nasze centrum to dla nich Manhattan, Praga jest jak Bronx. Zresztą nie tylko oni – takie życzeniowe myślenie o stolicy obecne jest również w filmach i timelapsach, o czym pisałem wcześniej. Za wdzięcznymi nazwami rzadko stoi jednak obiecany standard i prestiż, marketerzy uwodzą nas tym poetyckim językiem, a my dajemy się uwieść. Ale jeśli się głębiej zastanowić to jednak brzmi to nieco obco. No bo wyobraźcie sobie taki dialog, który być może wypowiedzą nasze dzieci za 50 lat:

– Hej ziomku, skąd jesteś?
– Z Villa Pegaso, a co się pytasz?
– A to spoko, dobre ziomy tam są. A ty?
– A ja z hardkorowego osiedla zen garden, gdzie po północy w zasadzie masz gwarancję kosy w plecach!
– O, cool, słyszałem dużo o tych zabijakach. A co powiesz o mafii z Patio Avenir?
– No, takich spotkasz i już po tobie…

Pamięć i historia

Czasami zdarza się tak, że angielskie nazwy nie tylko drażnią, ale również rugują miejską pamięć. Wiecie jak będzie się nazywał kompleks biurowo-handlowy na terenie Elektrowni Powiśle? Będzie on nosił wdzięczną nazwę „Copernicus Square”. Nie dziwi mnie, że powstają takie inicjatywy jak wydarzenie Wolimy „Elektrownię Powiśle” niż „Copernicus Square” na Facebooku. Jeszcze zabawniejsze są wnioski o zmianę nazw ulic, aby nadać okolicy bardziej prestiżowy charakter. Takie zamiary ma np. Firma Port Praski, która buduje na Pradze nowoczesne osiedle. Z ulicy Krowiej (XIX w.) deweloper chce zrobić ul. Vaclava Havla.

Tym, którzy zapomnieli, przypominam: historia i miasto nie należą do deweloperów.

Wake up czyli przebudzenie

A teraz wracając do początku – drażni nas tekst Nataszy Urbańskiej i uważamy go za śmieszny. Ale nie zauważamy, że „myślenie Nataszy” już dawno przeniknęło do naszego świata, a Warszawa staje się właśnie takim „tekstem”. Wciąż zachwycają nas nowe osiedla z „City” lub „Prestige” w nazwie, które za 30 lat niewiele będą się różniły od bloków na Bemowie. Słuchamy tych nazw jak poezji, przez chwilę zapominamy o naszych kompleksach i czujemy się jak na Zachodzie. Śnimy sen o warszawskim Manhattanie z Magdy M. i Warsaw Shore.

Wake up! Czas się obudzić.

rolowanie1_panskaskorka

Co sądzisz? Skomentuj!