Przyzwyczajajmy się

Kiedy w przedostatni dzień czerwca na Warszawę spadł w ciągu kilku godzin miesięczny limit deszczu, na mieszkańców padł miesięczny limit bladego strachu. Pal już licho wykorzystanie sytuacji przez TVP i paski o zalanej Warszawie osieroconej przez prezydenta. Nie po raz pierwszy, ale z pewnością bardzo dobitnie, sami mieszkańcy zobaczyli, że nagłe i skuteczne zalanie i paraliż sporej części miasta są możliwe, potencjalne szkody (i nie chodzi tylko o piwnicę premiera Morawieckiego) – duże, a zagrożenie dla zdrowia i życia mieszkańców – realne. No cóż, przyzwyczajajmy się.

Generalnie to, co stało się 29 czerwca (przypomnijmy czytelnikowi z przyszłości: pozalewane ulice i metro, spektakularne gejzery na pl. 3 Krzyży, zatopione piwnice, a także niżej położone restauracje – m.in. Młodsza Siostra i Chmielarnia przy Twardej), było absolutnie do przewidzenia. Ba, zostało przewidziane i zupełnie wprost zapisane w miejskim planie adaptacji do zmian klimatu. Plan został przyjęty równiutko rok temu, a jego profetyczne fragmenty to lektura, która z pewnością pobudziłaby wyobraźnię niejednego miłośnika postapo. Szereg wizji przyszłości (a obecnie – być może szybciej niż byśmy chcieli – teraźniejszości) poprzedzono rzetelną analizą klimatyczno-meteorologiczną, ale konkluzje nie były krzepiące. Pocytujmy:

Najwyższym zagrożeniem klimatycznym w Warszawie charakteryzuje się obszar Dzielnicy Śródmieście. Spowodowane jest to małą ilością terenów zieleni i lasów. (…) Śródmieście jest obszarem o dużym udziale terenów nieprzepuszczalnych – blisko 70% powierzchni Dzielnicy. Szybki odpływ wody podczas opadów z takich terenów sprzyja podtopieniom, które mogą objąć szczególnie tereny Powiśla, zagrożonego również powodzią. (…)

W przyszłości Żoliborz, podobnie jak Mokotów, może znaleźć się w trudnej sytuacji ze względu na znaczny wzrost liczby jednostek mieszkaniowych w perspektywie roku 2030. Na obszarze tej Dzielnicy występują jedne z najsilniejszych opadów krótkotrwałych w mieście, co przyczynia się do lokalnych podtopień. (…)

Największe zagrożenie dla Dolnego Mokotowa stanowi powódź. W przypadku katastrofalnej powodzi na Wiśle, obszar ten prawie w całości może zostać zalany nawet 2-3 metrowym słupem wody. Zagrożenie potęgują występujące po większych opadach lokalne cieki, np. Potok Służewiecki.

I tak dalej itp. A to tylko fragmenty dotyczące kwestii wodnych. Co gorsza – rok później wiele z tych przepowiedni spełnia się co do joty (na katastrofalną powódź na Wiśle poczekajmy – wszakże mamy dopiero połowę 2020). Wątki wysp ciepła, nocy tropikalnych itd. pozostawię sobie na któryś z kolejnych tekstów.

Może nie powinienem czynić nikomu zarzutu z tego, że zaledwie rok po przyjęciu strategii (czyli tak naprawdę dokumentu, z którego samego w sobie wiele nie wynika) działania operacyjne nie są jeszcze w pełni rozwinięte i wdrożone. Wszak opracowanie kolejnych analiz, planów, rozpisanie przetargów i – wreszcie – faktyczna adaptacja, to procesy długotrwałe. A epidemia koronawirusa z pewnością spraw nie przyspieszyła. Problem polega jednak na tym, że naprawdę zupełnie nie mamy czasu, a rzeczywista adaptacja Warszawy musi przebiegać w tempie ekstraordynaryjnym, być może z pominięciem utartych urzędniczych ścieżek i rytualnej spychologii. Należałoby też zacząć od absolutnego minimum i pracy u zupełnych podstaw (choć tu widać pewne plusy związane z ograniczeniem koszenia miejskich traw) – zarówno umownie, jak i dosłownie – od własnego podwórka. Ale kiedy obserwuje się obecny kierunek i sposób realizowania inwestycji w mieście*, stale proporcjonalnie przyrastającą powierzchnię betonową i zanikające (czy to przez planowe zastąpienie betonem, czy – przez zaniedbanie) obszary biologicznie czynne, brak faktycznych działań na rzecz poprawy retencji wody, samowolę deweloperską (w papierach kawałek zazielenionego dachu jest równoważny zniszczonemu trawnikowi i wyciętym drzewom), konkluzja może być tylko jedna – pozostaje nam się przyzwyczaić, śledzić alerty RCB, a w razie większego deszczu szukać bezpiecznego schronienia na wyższych piętrach budynków.

*A na koniec ciekawostka – pismo Zarządu Dróg Miejskich do Ministerstwa Obrony Narodowej, rzucające nieco światła na ostatnie zalanie Wisłostrady (przypomnijmy, że w ramach „rozcięcia” zbocza pod topór poszły tam także dziesiątki drzew):

Co sądzisz? Skomentuj!