Praga to nie skansen

Nie będę silił się na wyszukany wstęp, napiszę prosto z mostu: zirytował mnie wpis Mateusza Kaczyńskiego „Co po nas zostanie? Wizyta na Warszawskim Kamionku”. Pomijam wrażenie, że autor nie do końca wie gdzie jest dzielnica, o której pisze, i że jest bardziej różnorodna, niż mu się zdaje. Rozumiem pewien skrót myślowy – chodzi o tę starą i najbardziej zaniedbaną część. Pomijam zastanawiający tytuł: „Co po nas zostanie?” –  jakie niby „co?” i jakich niby „nas?”. To co mnie naprawdę wkurzyło, to emanująca z tekstu postawa typowa dla wielu lewobrzeżnych mieszkańców Warszawy (choć jak zwrócono mi uwagę, autor akurat jest z Gocławia), traktujących prawobrzeżne dzielnice jako niemalże odrębne miasto, do którego się jedzie jak na wycieczkę antropologiczną, podglądać „cygańskie dzieci” w ich naturalnym środowisku „zapuszczonych podwórek kamionkowskich kamienic”, „bram i dziurawych uliczek” (cytaty z tekstu M.K.).

Cudownie! Przecież Praga jest taka „klimatyczna i magiczna”! Te Maryjki w bramach, prawdziwe sąsiedzkie relacje i oczywiście dzieciaki z Pragi! Właśnie „dzieciaki”, nie „dzieci” i nie „młodzież”. Również nie mali chuligani, nie agresywne wyrostki i nie nieletnie matki. „Dzieciaki” są fajne, i „dzieciakom” się pomaga, jak się jest dobrym i studiowało się antropologię kultury albo pracuje się w dużej korporacji prowadzącej siesarowe programy i wolontariat pracowniczy. Względnie można wpaść do jednej z tych klimatycznych knajpek, albo do jednego z modnych (niegdyś) klubów na 11 listopada. Powrót do cywilizacji – koniecznie taksówką!

Autor tekstu spędził na tym safari całe trzy dni i z badawczą wnikliwością pisze: „Obywatele ściągają tam do urzędu gminy, Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, do Soho Factory (…)”, które w mniemaniu autora „(…) były najważniejszymi punktami na terenie Kamionka.” No oczywiście! SWPS, jako uczelnia, na której czesne jest jednym z najwyższych w tym mieście i kraju, zawsze była silnym magnesem przyciągającym okoliczną młodzież wychowaną w „zapuszczonych podwórkach kamionkowskich kamienic”. Podobnie Soho Factory co tydzień przyciąga na swój targ śniadaniowy cygańskie rodziny w pełnym składzie, gdzie mogą w kreatywnym i designerskim otoczeniu wcinać bio produkty (pajda ze smalcem – 9pln) i popijać latte (z odtłuszczonym mlekiem – 17pln). Zapewniam, że dla 99% mieszkańców bardziej strategiczne znaczenie niż SWPS i Soho ma sklep alkoholowy.

Do tej pory „poza powyższymi miejscami [Kamionek] był „przejazdowem” na trasie z Ronda Wiatraczna na Pragę Północ”. A tu proszę, zaskoczenie! Na Kaminonku budują domy! Nad czym autor boleje, bo domy architektonicznie powtarzalne i w nasyconych kolorach, a „co najprzykrzejsze, z każdym wybudowanym blokiem znika kawałek starej dzielnicy o klimacie małego miasteczka z domieszką postindustrializmu.” Alarm! Rozmontowują nam skansen! Znikają zarośnięte chaszczami hale pofabryczne. Znikają w gruz obrócone i rozkradzione budynki dawnych zakładów. Jeszcze chwila i zabiorą nam zapyziałe bramy, krzywy bruk, odpadające tynki. Zabiorą nam krzyże celtyckie z brudnych ścian i żuli kupujących o 7 rano w sobotę „balsam pomorski i krówkę”. I „co po nas zostanie”?

Na szczęście nie wszystko stracone! „Miejscowy klimat ostał się jeszcze wśród bram i dziurawych uliczek, gdzie wciąż można znaleźć stare warszawskie latarnie. Non omnis moriar – klimatu dzielnicy nie da się całkiem zabetonować. A nawet jeśli, to może cygańskie dzieci z domów po drugiej stronie Grochowskiej zachowają go w sobie i przypomną nowym lokatorom, że coś z Kamionka zostało.” – pisze autor.

O tych cygańskich dzieciach zabrzmiało jak pogróżka. W sensie, że okradną im samochód i obiją gęby? Strach się bać.

Na Kamionku dobrze widać procesy i problemy charakterystyczne dla zaniedbanych poprzemysłowych dzielnic, związane z rewitalizacją ale i z gentryfikacją. Zauważmy, że projekt Soho, o którym z uznaniem pisze M.K., to też jest projekt deweloperski. Lokalizacja tam namiastki „przemysłu kreatywnego”, przyjmującego często formę „srania bursztynem”, ma się nijak do potrzeb dzielnicy i jej mieszkańców. Dla przytłaczającej większości z nich jest wręcz niedostępny – na pewno żadne „cygańskie dziecko” się tam nie wślizgnie. Obliczony jest zaś na wzrost wartości prowadzonych tam inwestycji mieszkaniowych –  na razie w postaci bardzo ciekawego skądinąd budynku Rebel One oraz słusznie obśmianego za nazwę przez Adama Barańskiego Kamion Cross.

Nie jestem fanem tego, co wyprawiają deweloperzy – braku jakiejkolwiek harmonii między poszczególnymi realizacjami, braku wspólnego założenia planistycznego, pastelozy (choć akurat faktyczne dość umiarkowanej), grodzenia przestrzeni, braku pierzei. Tu pewnie zgadzam się z autorem. Ale ta paternalistyczna wycieczka przybysza z drugiej strony rzeki i płacz po „klimatycznym Kamionku” lekko mnie wkurzyły.

Drodzy lewobrzeżni współobywatele Miasta Stołecznego Warszawy!

Mam wrażenie, że wyobrażenia większości z Was na temat Pragi (i tej starej, i Kamionka, i Grochowa) opierają się na mitach rozpiętych między „patologią” i „kosą pod żebro” a „magicznym klimatem podwórek” i  tymi nieszczęsnymi „praskimi dzieciakami”. Jeśli oczywiście jakieś wyobrażenia macie. Postawę tę, mam wrażenie, podziela Ratusz.

Tymczasem prawa strona Wisły to nie skansen i nie rezerwat. Tu żyli i żyją normalni ludzie, którzy chcą mieć normalny dostęp do normalnej miejskiej infrastruktury. Nawet tej najprostszej – równego chodnika, wiaty na przystanku, dobrego oświetlenia. Aby Praga nie zamknęła się w getto konieczna jest większa różnorodność społeczna i ściągnięcie tzw. klasy średniej. Do tego dzielnica potrzebuje inwestycji. Niekoniecznie takich, jak przeklęty Stadion Narodowy – raczej inwestycji w kulturę i rozrywkę, wspólną przestrzeń, infrastrukturę pod gastronomię. Potrzebuje też inwestycji mieszkaniowych – „zapuszczone podwórka kamionkowskich kamienic” niekoniecznie są wymarzonym miejscem do życia. Nowych mieszkań potrzebuje zresztą cała Warszawa. Lokowanie ich na poprzemysłowych terenach Kamionka ma dużo większy sens niż cała Białołęka oraz zwane „małym Lublinem” miasteczko Wilanów. Z ronda Dmowskiego na Kamionek jest taka sama odległość jak do Placu Wilsona.

Za zdjęcia wykorzystane w tym materiale serdecznie dziękuję ich autorowi – Piotrowi Sowińskiemu.

Co sądzisz? Skomentuj!