Postindustrial w Warszawie? Pozamiatane.

Choć Warszawa już dawno została „zdeindustrializowana”, w naszym mieście wciąż są miejsca o przemysłowej przeszłości, na które brakuje pomysłu, a które przy odrobinie dobrych chęci mogłyby stać się wyjątkowe. W Holandii albo w Łodzi można, więc dlaczego w Warszawie „niedasie”?

Kiedy pod koniec maja uczestniczyłem w konferencji „Modernizm w Europie, Modernizm w Gdyni” (polecam gorąco!), moją wyobraźnię mocno poruszyła prelekcja Wido Quista z Politechniki w Delft. Przykłady pięknych renowacji i adaptacji „starych i brzydkich” fabryk kazały raz po raz zadawać sobie pytanie: „dlaczego tam się da, a u nas nie?”. Fabryka Van Nelle w Rotterdamie, perła modernizmu lat 20. i 30., po starannej renowacji nie tylko gościła 10 kongres Docomomo, ale też trafiła na listę 25 najpiękniejszych zakładów przemysłowych na świecie. Budynek Eiffela i cała fabryka Sphinxa w Maastrichcie wzbudziły gorącą dyskusję – ale nie na temat tego, czy je wyburzyć i postawić biurowce, ale czy zachować autentyczne fasady i izolować wnętrze, czy zastosować ocieplenie zewnętrzne i zachować surowy, industrialny charakter wnętrz. Dawne zakłady Philipsa w Eindhoven z powodzeniem łączą funkcje publiczne, biznesowe i prywatne.


Van Nelle – fot. Nanette de Jong/Flickr

Z drugiej strony – kiedy od czasu do czasu bywam w Łodzi – podziwiam to, z jakim szacunkiem dla dziedzictwa „polskie Detroit” dźwiga się z marazmu. W ujęciu architektonicznym nie przez wyburzenie „starych i brzydkich” fabryk i zastąpienie ich szklanymi klockami, a przez przemyślaną i rozsądnie prowadzoną rewitalizację obiektów poprzemysłowych. Jak czytamy w (bardzo ciekawym) dodatku „Polityki” na wybory samorządowe, miasto to jest liderem „jeśli chodzi o skalę i jakość działań renowacyjnych i rewitalizacyjnych”. I nie chodzi tylko o stylowe kamienice, bo dalej czytamy: „Gdy w Warszawie lub Krakowie zaledwie 4 proc. nowo powstającej przestrzeni biurowej mieści się w obszarach rewitalizowanych, to w Łodzi ów wskaźnik sięga 24 proc.”

No ale to modernistyczna Holandia, to dziewiętnastowieczna Łódź. A u nas „staro i brzydko”. No to spójrzmy na Berlin – wspomniana we wczorajszym wpisie ufaFabrik Internationales Kulturcentrum wygląda jak mokry sen dewelopera. A działa jako prężne centrum kultury. Dawna elektrownia stała się jednym z najbardziej kultowych miejsc sceny tanecznej. I takie przykłady, o większej lub mniejszej skali (kluby, galerie, sale prób dla zespołów) można mnożyć. Albo po prostu pojechać do Berlina i wyruszyć na kulturalne poszukiwania w dawnych fabrykach.

A co słychać nad Wisłą? Przemysłowe tereny Służewca i Żoliborza już dawno przeszły do historii. Żerań znika. Deweloper zaorał niezwykle cenne zakłady Norblina. Z Browarów Warszawskich pozostała tylko nazwa osiedla mieszkaniowego. Niewiele większy ślad w historii miejsca pozostanie w EC Powiśle. Nie ma już Żeromskiego 17, choć jest pomysł (i to zacny!) na kotłownię Szpitala Bielańskiego. No i wreszcie dwa bardzo gorące ostatnio tematy.

Pierwszy z nich to ursuskie hale – wykreślone z rejestru zabytków – właśnie popadają w ruinę (same z siebie lub z aktywną pomocą właścicieli terenów), na oczach obojętnych sąsiadów z nowych osiedli i mimo głośnego sprzeciwu aktywistów. Szczególnie bulwersuje fakt, że zachowanie postindustrialnych obiektów zostało potwierdzone przez włączenie ich do gminnej ewidencji zabytków i wpis do MPZP, a następnie do rejestru. Miało być centrum dzielnicowe, miało być połączenie starego z nowym. Skończyło się na rozbiórce „samozawalających się” hal przez dewelopera, a ostatecznie… na uchyleniu konserwatorskiego wpisu przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa (sic!) Narodowego, co otworzyło drogę do wolnej deweloperki. Żeby było jeszcze bardziej uroczo, miasto – mimo padających od trzech lat oficjalnych deklaracji – nie jest w stanie odzyskać zabytkowej kolekcji Zakładów. Trudno tu choćby próbować doszukiwać się odrobiny dobrej woli i chęci ze strony decydentów. Panuje zbiorowa #niePamięć i niechęć. A deweloperzy zacierają ręce. Ursus zasługuje na osobną, obszerną historię – spodziewajcie się jej u nas już niedługo.


Ursus – tyle zostało. Fot. Andrzej Jędrzejczak

Kolejnym wątkiem, o którym głośno w ostatnim czasie są budynki WZM przy Czerniakowskiej. Powojenne, ale z elewacjami z charakterystycznej dla przedwojennego warszawskiego modernizmu cegły cementowej. I o równie charakterystycznym dla wcześniejszego od lat powstania fabryki okresu charakterze. Mający pojęcie o warszawskiej architekturze postronny obserwator mógłby „na oko” datować je o 15-20 lat wstecz. Fabryki już przy Czerniakowskiej nie ma (zresztą od zaledwie dwóch lat), jest za to nowy właściciel terenu i inwestor, który przygotował i przedstawił odpowiedni ekspertyzy o braku celowości remontu i adaptacji pofabrycznych budynków. PINB szybciutko przychylił się do opinii inwestora, nie sądzę, żeby wsparł się przy tym dodatkowymi, niezależnymi ekspertyzami, a konserwator wojewódzki schował głowę w piasek. Sam wpis do gminnej ewidencji zabytków nie może w takiej sytuacji formalnej ochronić budynku przed rozbiórką. Zdawało się więc, że jest już pozamiatane, ale – ku zaskoczeniu chyba wszystkich – po apelach obrońców zabytków, z miejskim konserwatorem Michałem Krasuckim na czele, PINB postanowił wznowić postępowanie, a fabryka – przynajmniej chwilowo – została uratowana.

Wydaje mi się, że główny problem warszawskiego dziedzictwa postindustrialnego polega na braku silnego „watchdoga”. Oczywiście – jest Stowarzyszenie Masław, które za akcję „Tu było, tu stało” zasługuje na dozgonny szacunek – niestety jest to projekt z definicji dokumentujący czas przeszły. Jest Fundacja Hereditas, która robi rzeczy piękne, ale – niestety – przebicie ma znacznie mniejsze niż bogaci deweloperzy. Jest Michał Krasucki, który twardo walczy o wartościowe dziedzictwo, jednak zmiany kompetencyjne „wybiły mu zęby”. Są wreszcie aktywiści z ruchów miejskich, którzy z większą lub mniejszą skutecznością starają się bronić lokalnego dziedzictwa. Jesteśmy jednak w Warszawie w zupełnie odmiennej sytuacji niż Holendrzy (gdzie funkcję „watchdoga” pełni Docomomo) czy łodzianie, których dziedzictwo chroni samo miasto. Tutaj nadal liczy się przede wszystkim deweloperska gotówka, a w dalszej kolejności – utopijne wizje Dubaju Północy. O dziedzictwie architektury na poziomie systemowym myśli się zbyt mało, a o tej postindustrialnej – przeważnie zapomina.

Fot. główne – Andrzej Jędrzejczak

Co sądzisz? Skomentuj!