Poczytaj mi, Pańska Skórko: W tempie 5 km/h. „Miasta dla ludzi” Jana Gehla.

„Właśnie z takimi oderwanymi od rzeczywistości bajarzami, którzy chcą nam robić z miasta wieś (deptaki, rowerki, duperelki, ławeczki, łunerfy srunerfy) trzeba walczyć, bo jest ich mało, ale głośni są. I za moment naprawdę będziemy mieć wieś zamiast normalnego miasta.” – skomentował Łukasz Warzecha, prawicowy publicysta, wstawione przez Miasto Jest Nasze na Twittera zdjęcie woonerfu z Łodzi. Bicie się z trollami na argumenty w social media nie ma sensu. Gdybyście jednak potrzebowali w bardziej rzeczowej dyskusji udowodnić, że „łunerf-srunerf” nie jest oznaką oderwania od rzeczywistości, sięgnijcie po Miasta dla ludzi Jana Gehla. Nikt tak dobrze jak on nie pokazuje, że „normalne miasto” z wyobrażeń Warzechy jest błędem w projektowaniu, który należy jak najszybciej naprawić.

Miasta dla ludzi to pozycja, która podsumowuje 50 lat pracy Gehla: guru projektowania miast tętniących życiem i pełnych szczęśliwych ludzi. Osobom zainteresowany choćby odrobinę tematyką miejską Gehla przedstawiać nie trzeba: duński urbanista, wnikliwy obserwator życia miejskiego i wizjoner, który w przeciwieństwie do wielu innych wprowadził swoje idee w życie z sukcesem. Kto wie – może gdyby nie fakt, że zajął się dziedziną tak niszą, jak urbanistyka, niektórzy nosiliby dzisiaj koszulki z jego podobizną? Jego odpowiedzi na wyzwania z jakimi mierzą się współczesne miasta i 50 lat temu, i dziś wydają się wielu rewolucyjne.

Gehl ukończył studia architektoniczne w roku 1960, gdy na deskach kreślarskich tryumfował modernizm, a do miast „Pierwszego Świata” zaczynała się wlewać rzeka samochodów. Gehl obserwował, jak niszczący wpływ miały na życie w jego rodzinnej Kopenhadze (gwoli ścisłości – przeciętny Duńczyk w tamtych czasach na sugestię, by po mieście poruszać się rowerem, zareagowałby najwyżej pukaniem w głowę i odpaleniem swojego diesla) i czuł, że wizja miasta doskonałego forsowana przez modernistów o w rzeczywistości antyutopia. Jak to często bywa, za każdym wielkim mężczyzną stoi jeszcze większa kobieta – i w przypadku Gehla nie było inaczej. To właśnie żona architekta, Ingrid, z wykształcenia i zawodu psycholożka, zainspirowała go wtedy do badań nad wpływem kształtu miast na szczęście i relacje przebywających w nich codziennie ludzi.

Efektem wieloletnich obserwacji, eksperymentów w przestrzeni miejskiej i zrealizowanych projektów architektonicznych są właśnie Miasta dla ludzi. Gehl w swojej książce wyrywa projektowanie miast z zaborczego uścisku architektów i polityków o wielkim ego. Uwalnia architekturę od ideologicznego balastu modernizmu. Zamiast tego wraca do punktu wyjścia – człowieka, z jego fizycznymi, psychologicznymi oraz społecznymi ograniczeniami i potrzebami. Gehl stawia sprawę jasno: dopiero, gdy miasta i ich przestrzenie zaczną na nie odpowiadać, będą domem spełnionych, szczęśliwych, zdrowych i tworzących funkcjonującą społeczność ludzi.

Gehl w swojej książce wyrywa projektowanie miast z zaborczego uścisku architektów i polityków o wielkim ego. Uwalnia architekturę od ideologicznego balastu modernizmu.

Maszerujący człowiek porusza się średnio z prędkością ok. 5 km/h. Bywa różnej wysokości, ale rzadko przekracza 2m wzrostu. Z odległości ok. 400 metrów jest w stanie odróżnić sylwetkę innego człowieka od zwierzęcia, ze 100 metrów dostrzega w ogólnym zarysie ruchy i język ciała. Chcąc niezobowiązująco porozmawiać ze znajomym, komfortowo czuje się w odległości od 1,2 do 3,7 metra od niego. Inaczej odczuwa 15-minutowy spacer prostą drogą wzdłuż nagiej ściany niż taki sam spacer krętą ulicą pełną różnorodnych fasad i witryn. Chętnie zajmuje miejsca przy krawędziach otwartych przestrzeni. W klimacie umiarkowanym przyjemność sprawia mu słońce, w śródziemnomorskim – częściej poszukuje cienia. Nie wchodzi w interakcje z innymi, jeśli nie ma do tego warunków.

Czy to trudny punkt wyjścia? Okazuje się, że tak. Bogato ilustrowane Miasta dla ludzi prezentują równie dużo przykładów udanych ulic i dzielnic, co odstręczających, niewygodnych, przeskalowanych lub niedostępnych (nie)miejsc. Produktów myślenia o mieście jako o skupisku pojedynczych obiektów, a nie zespół wspólnych przestrzeni i budynków. Te okolice często nie wyglądają w ten sposób dlatego, że w pobliżu nie żyją ludzie. Są martwe dlatego, że nie odpowiadają na potrzeby tych, którzy mieliby z nich korzystać. Najlepszym i szczegółowo omówionym przez Gehla przykładem jest zbudowana od zera stolica Brazylii, Brasilia. Miasto w kształcie rozpościerającego skrzydła ptaka, które doskonale ogląda się z helikoptera, staje się nieznośne na poziomie ziemi, gdy trzeba pokonywać kilometrowe dystanse wzdłuż monumentalnych, ale zupełnie pustych przestrzeni. Tam, gdzie powinno być centrum, rośnie kilkusetmetrowy trawnik. Podobne miasta albo ich części odnajdziemy na całym świecie, gdzie jak w warszawskim Mordorze czy na placu Defilad między wieżowcami tylko hula wiar, a życie toczy się głównie w korkach na drogach dojazdowych. Recepta Gehla na udane miasto to projektowanie go w kolejności życie-przestrzeń-budynki, nie na odwrót, jak w Brasilii; projektowanie z perspektywy prędkości 5 km/h, w jakiej porusza się pieszy, a nie 60 km/h, z jaką porusza się samochód.

Recepta Gehla na udane miasto to projektowanie go w kolejności życie-przestrzeń-budynki, nie na odwrót, jak w Brasilii; projektowanie z perspektywy prędkości 5 km/h, w jakiej porusza się pieszy, a nie 60 km/h, z jaką porusza się samochód.

Życie w mieście to samonapędzający się proces. „Nic się nie dzieje, ponieważ nic się nie dzieje, ponieważ nic się nie dzieje”, pisze Gehl, i bada, gdzie przebiegają w mieście nieostre bariery między ludźmi, które duszą ich aktywność. Ciekawi Was, na jakiej wysokości może maksymalnie znaleźć się balkon, by stojąca na nim osoba była w stanie wchodzić w interakcje z ludźmi na wysokości parteru? Jak szeroki powinien być ogródek przed wejściem do domu, by dawał poczucie komfortu, ale nie izolował od tego, co dzieje się na ulicy? Jaki jest idealny rytm fasad budynków, który sprawia, że spacer daną ulicą jest ciekawym i stymulującym doświadczeniem? Wszystkie odpowiedzi, poparte badaniami, znajdziecie w Miastach dla ludzi. Wnioski są jasne: forma i kształt miasta determinują zachowania jego mieszkańców bardziej, niż moglibyśmy się tego spodziewać. Same niczego nie załatwią, ale mogą zwiększyć szanse na to, że „coś się dzieje, ponieważ coś się dzieje, ponieważ coś się dzieje”. A Miasta dla ludzi proponują receptach wiele dalej niż sadzenie drzew i wytyczanie ścieżek rowerowych.

Naukowe zacięcie, które widać w wielu fragmentach Miast dla ludzi, sprawia jednak, że to nie książka strawna dla każdego. Choć jest napisana klarownie, nie wszystkich porwą szczegółowe opisy i liczby. Z tymi częściami powinni się zapoznać specjaliści i wykorzystać przy projektowaniu. Druga rzecz, której można żałować, to fakt, że książka została wydana w Polsce w sposób wołający o pomstę do nieba. Nieprzetłumaczone dokładnie podpisy, niedoróbki w składzie i literówki w tekście nie odbierają jej walorów, ale rażą i źle świadczą o wydawcy.

Krótko mówiąc, Miasta dla ludzi to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto chce swoim działanie tknąć miasto i go nie popsuć (albo tknąć zepsute – i poprawić!). Pokazuje, jak wpadliśmy w potrzask, którym są dzisiaj nasze miasta. Wyjaśnia, czemu tak często się w nich nie odnajdujemy. Co jednak najważniejsze – pokazuje rozwiązania. Z dokładnością do kilometra na godzinę.

Autor: Jan Gehl

Tłumacz: Szymon Nogalski

Co sądzisz? Skomentuj!