Poczytaj mi, Pańska Skórko: „Miasto szczęśliwe”, czyli metropolia na kozetce

Początek jesieni nie był dla władz stolicy łaskawy. Dwa tygodnie temu Mikael Colville-Andersen, światowej sławy urbanista, zrobił Warszawie antyreklamę wrzucając na Twittera zdjęcie ronda Dmowskiego i placu Defilad opatrzone wiele mówiącym hasztagiem #arroganceofspace. W zeszłą sobotę pierwsza Piesza Masa Krytyczna, w której sam maszerowałem, odniosła małe zwycięstwo i na 5 minut przejęła przestrzeń, gdzie ludzie normalnie spychani są w podziemia. Sam spacer Alejami Jerozolimskimi był jednak, mimo doborowego towarzystwa, przygnębiającym doświadczeniem. Dlaczego? W Mieście szczęśliwym. Jak zmienić nasze życie, zmieniając nasze miasta Charles’a Montgomery’ego znajdziemy rzetelnie uzasadnioną odpowiedź na pytanie, czemu jest tak źle, skoro podobno w naszych kwitnących miastach jest tak dobrze.

Miasto szczęśliwe… jest jak terapia. Pierwsze i podstawowe pytanie, które zadaje, to „jak się czujesz?”. I okazuje się, że dla zatrważająco wielu mieszkańców miast odpowiedź brzmi „fatalnie”. Bohaterowie książki Montgomery’ego nie mają dokąd wyjść po mleko czy na kawę z domów na wyludnionych przedmieściach, marnują życie w kilometrowych korkach na autostradach i zmagają się z samotnością, mieszkając z dala od przyjaciół, wśród oddzielonych wysokimi płotami sąsiadów, których nie znają. Chociaż ten (namalowany, dodajmy, w wiele jaśniejszych barwach) pejzaż polski czytelnik zna głównie z amerykańskich seriali, to społeczna i ekonomiczna pustynia swojskiego blokowiska czy zawalona samochodami ulica z której chce się natychmiast uciec są objawami tej samej choroby. Autor czytelnie pokazuje, że miasta, które przez ostatnie kilkadziesiąt lat wyprodukowały mnóstwo PKB, nie przekuły dobrobytu na satysfakcjonujące, zdrowe życie dla swoich mieszkańców. Ale powiedzenie, że przesłaniem Montgomery’ego jest „pieniądze szczęścia nie dają”, byłoby krzywdząco trywialne.

Powiedzenie, że przesłaniem Montgomery’ego jest „pieniądze szczęścia nie dają”, byłoby krzywdząco trywialne. Równie płytka byłaby opinia, że to książka tylko o tym, co nie działa w transporcie albo architekturze.

Równie płytka byłaby opinia, że to książka tylko o tym, co nie działa w transporcie albo architekturze. Miasto szczęśliwe… przede wszystkim łączy kropki, a psychologia, antropologia, ekonomia, biologia, architektura, urbanistyka i historia tworzą w nim jeden kształt. Fani twardych danych powinny być zachwyceni. Dowiemy się, że przepustowość 1 m2 chodnika wynosi ok. 14 pieszych na minutę, komfortowa szerokość frontowego ogródka zapewniająca jednocześnie poczucie intymności i bezpieczeństwa oraz umożliwiająca interakcję z przechodniami to 3,2 metra, a dwie takie same ulice mogą być tętniącym życiem centrum aktywności albo opustoszałym „niemiejscem”, zależnie od tego, czy dziennie przejeżdża przez nie 2 tys. czy 8 tys. samochodów. To jednak nie uniwersyteckie ciekawostki, ale gotowe postulaty do uwzględnienia w procesach projektowania i planowania. Ważniejsze jest jednak, że Montgomery krok po kroku dochodzi do tego, jakie są cechy miasta maksymalizującego ludzkie szczęście. I jak bardzo wpływa na nie fakt, że w zupełnie sztucznej przestrzeni mieszka genetycznie taki sam homo sapiens sapiens, jak ten, który wyewoluował 200 tys. lat temu na afrykańskiej sawannie.

W wielowątkowości i różnorodności perspektyw czai się chyba jedyna słabość książki Montgomery’ego. Miasto szczęśliwe… nie jest chyba pozycją na nasze czasy, rządzone przez klikalne memy oraz „oranie” tego i owego z prawa i lewa. Autor natomiast krytykuje uczciwie, bez ideologicznego zacietrzewienia. Akceptuje fakt, że miasta są kształtowane przez ludzkie, wzajemnie wykluczające się dążenia oraz wolę naprawy przeszłych błędów, przez którą zdarza się nam wpakować na jeszcze gorszą minę. Tłumaczy, jak doświadczenie ciasnych, ciemnych, zanieczyszczonych miast wczesnej epoki przemysłowej sprawiło, że większość ludzi (mniejsza, czy to z powodu potrzeb prawdziwych, czy sztucznie kreowanych przez przekazy marketingowe) zapragnęła mieszkać w dużych domach otoczonych zielenią. Tam, gdzie ich marzenie się ziściło, wyszło na jaw, że zbudowane tak osiedla nigdy nie wypełnią się pożądanymi punktami usługowymi, przestrzeniami publicznymi i niezbędną infrastrukturą w postaci szkół, szpitali czy remiz. Dążenie do wolności i szybkości zaprowadziło nas za kierownice samochodów. Po umasowieniu motoryzacji miejskie przestrzenie okazały się dla nich za ciasne, a pęd do swobody wyhamował na zatłoczonych skrzyżowaniach do 10 km/h.

Dążenie do wolności i szybkości zaprowadziło nas za kierownice samochodów. Po umasowieniu motoryzacji miejskie przestrzenie okazały się dla nich za ciasne, a pęd do swobody wyhamował na zatłoczonych skrzyżowaniach do 10 km/h.

Inne przykłady? Miasto szczęśliwe… uwidacznia, że brak planowania raz może spowodować dobrze znane z Warszawy rozlewanie się miasta, a raz sprawić, że w środku slumsów spontanicznie powstanie gwarny plac przyjemniejszy niż wykostkowane pustkowie wokół wieżowca z miasta Pierwszego Świata. Ścisłe planowanie może raz ochronić dostęp mieszkańców do terenów zielonych i szkół, kiedy indziej stworzyć Brasilię, geometryczną stolicę-perłę modernizmu, tak nieprzyjazną, że język portugalski wzbogacił się dzięki niej o nowe słowo wymyślone przez mieszkańców, określające poczucie smutku i wyobcowania, jakie budzą tamtejsze przestrzenie. Nawet w krytyce homo oeconomicus, którego wzorcowym wcieleniem miałby być mieszkający w zachodnim mieście konsument z klasy średniej, znajdziemy pułapkę: życie pokazuje, że jesteśmy o wiele bardziej altruistyczni i gotowi do współpracy, ale znacznie mniej racjonalni w w swoich wyborach i impulsywni. Może dlatego tak trudno nam pojąć, że zdrowsi i szczęśliwsi mieszkańcy to mniej pieniędzy wyjęte z naszych portfeli na opiekę zdrowotną czy przestępczość, a zwarte miasto to tańsze dla każdego drogi czy kanalizacja.

Montgomery stawia sprawę jasno: „cywilizacja to nasz wspólny projekt”.

Jakie postulaty wyłaniają się z tego szaro-szarego obrazu? Montgomery stawia sprawę jasno: „cywilizacja to nasz wspólny projekt”. Miasto szczęśliwe… jest niczym literacka Masa Krytyczna, Masa Krytyczna Argumentów przeciwko „niedasizmowi” i ostentacyjnemu désintéressement okazywanemu przez wielu mieszczan sprawom swojego otoczenia. Jednak zamiast potępienia i moralizowania oferuje ścieżki wyjścia z klinczu. Metropolie, jak komputery, mają swój „hardware” w postaci infrastruktury i przestrzeni oraz „software” złożony z wszystkich interakcji i aktywności, jakie w nich zachodzą. Jeśli wgramy dobry „software”, to nawet kiepski „hardware” da dobre efekty. Jeśli jednak „hardware” miast zacznie tworzyć warunki do bujnego życia społecznego, przebywania razem i wspólnotowego wysiłku, rezultaty będą nieporównywalnie lepsze. Montgomery zachęca nas w pewnym momencie, byśmy sami narysowali, czym dla nas jest „miasto” i zdali sobie sprawę, patrząc na zwarte budynki i ulice z kartki, że większość z nas mieszka w czymś, co miastem wcale nie jest. Jestem jednak pewny, że gdyby to samo zadanie wykonał autor, na kartce znaleźliby się głównie ludzie. Miasto szczęśliwe… to polis, społeczność, funkcjonująca wspólnota obywateli.

Co zatem możemy zrobić, by „miastami szczęśliwymi” stały się polskie metropolie? Filip Springer w przedmowie (a właściwie – na samej okładce książki) stwierdza, że pomógłby obowiązkowy pisemny i ustny egzamin z treści książki Montgomery’ego dla wszystkich miejskich decydentów. Szczerze mówiąc, mam lepszy pomysł: kup tę książkę, przeczytaj i daj sąsiadowi. Najlepiej temu, który widzi tylko czubek własnego miejsca parkingowego. To jego głosu najbardziej boi się każdy radny i każdy urzędnik. Jeżeli ten głos dalej będzie domagał się wyłącznie ogrodzenia wokół osiedla, szerszej wylotówki na Gdańsk i trzeciej galerii handlowej w dzielnicy, to lepiej od razu zacznijmy zbierać podpisy pod inicjatywą uchwałodawczą w sprawie dofinansowania mieszkańcom prozacu. Bo na to, że przestrzenie, mobilność i życie społeczne polskich miast zaczną zwiększać naszą satysfakcję z życia, raczej nie będzie co liczyć.

„Miasto szczęśliwe. Jak zmienić nasze życie, zmieniając nasze miasta”, Charles Montgomery. Wydanie polskie: Wydawnictwo „Wysoki Zamek”, Kraków 2017, tłum. Tomasz Tesznar, wstęp Filip Springer.

Co sądzisz? Skomentuj!