Po epidemii

Epidemia wywróciła naszą codzienność do góry nogami. Ale podczas gdy niektórzy siedzą na home office i przygotowują makaron na 250 sposobów, inni walczą o przetrwanie ich biznesów. Często są to miejsca, które lubimy i często odwiedzamy. Czy będziemy mieli na to szansę po epidemii? Jak koronawirus wpłynął na działanie restauracji, barber shopu i klubu muzycznego i czy wśród przedsiębiorców panuje nadzieja, czy raczej czarna rozpacz? O obecnej sytuacji i perspektywach na  przyszłość opowiadają: Łukasz Milej z klubu „Hydrozagadka”, Maciek Szczurek z restauracji „No Problem” oraz Kajo Szwed z salonu „Towarzystwo”.

Szok

Jak to się zaczęło? Czy zamknięcie wszystkiego (gdzie jest Krzysztof Kononowicz kiedy go potrzebujemy?) było zaskoczeniem, czy przedsiębiorcy byli w stanie się przygotować? Czy lockdown doprowadził do drastycznych sytuacji (np. kadrowych)?

Kluby muzyczne – jak się wydaje – mogą ucierpieć najbardziej. Funkcjonują w prawnej luce – nie spełniając ustawowych przesłanek bycia „instytucjami kultury”, a przecież dla kultury (nie tylko niezależnej) są niezwykle ważne.

Łukasz (klub muzyczny „Hydrozagadka”): Gdzieś podskórnie zdawaliśmy sobie sprawę że będziemy musieli się zamknąć na jakiś czas, natomiast ciężko było się na taką ewentualność jakoś sensownie przygotować, raczej śledziliśmy doniesienia medialne i snuliśmy mniej lub bardziej prawdopodobne scenariusze tego co dalej. Na szczęście udało się uniknąć drastycznych ruchów w postaci zwolnień, oczywiście lockdown wymusił wygaszenie naszej działalności praktycznie do zera, także siłą rzeczy czas pracy został mocno okrojony, skupiamy się na jakiś drobnych pracach remontowych i planowaniu przyszłości w nowej rzeczywistości.

Również szeroko pojmowana branża „urodowa”, mimo stopniowego (i niekoniecznie przemyślanego) procesu „odmrażania”, pozostaje w dużej niepewności.

Kajo (barber shop „Towarzystwo”): Razem ze wspólnikiem zamknęliśmy zakład dwa tygodnie przed oficjalnie narzuconym „lockdownem”. Poza nami postąpiło tak, na oko, 90% innych zakładów fryzjerskich w Warszawie. Nie byliśmy na to przygotowani, chyba nikt nie był. Nie sądziliśmy też, że potrwa to tak długo, a do tej pory nie mamy jasno przekazanych informacji, kiedy możemy wrócić na stanowiska. To też ciężki czas dla małych i dość świeżych firm, które dopiero się rozwijają (Towarzystwo powstało we wrześniu ubiegłego roku). Na szczęście zostaliśmy w pełnym składzie. Nasi pracownicy mają własne działalności gospodarcze, dzięki czemu każdy z nas spróbował skorzystać z pomocy rządu. Niestety, tylko połowa otrzymała pomostowe na konto.

Restauracje – wydawałoby się – mają najłatwiej. Można wydawać jedzenie na wynos lub dowozić je do klientów, za chwilę – wprawdzie ze sporymi obostrzeniami – część z nich powróci do stacjonarnej działalności. Ale w przypadku dużego i popularnego lokalu, takiego jak No Problem, gwałtowna zmiana warunków gry musiała być bardzo bolesna.

Maciek (restauracja „No Problem”): Oczywiście zaskoczyło nas to totalnie. Kiedy w styczniu po raz pierwszy usłyszałem o tym wirusie, przez sekundkę nie pomyślałem, że może to mieć tak ogromne konsekwencje jak paraliż życia dla +/- 80% Planety (w tym naszego lokalu). Są to totalnie szalone i straszne chwile, ale jednocześnie nie mam wątpliwości, że to dzieje się „po coś” – ludzkość zasłużyła na plaskacza bo przeginała ostro. Nie musieliśmy za dużo tłumaczyć o co chodzi – cała nasza ekipa od razu zrozumiała powagę sytuacji. W naszym lokalu pracowało średnio 8 osób, obecnie pracują maks 2, więc jest lekki dramat. Dlatego odpaliliśmy m.in. vouchery na przyszłość – dzięki temu mogliśmy pomóc naszej załodze w przetrwaniu tego nieporządnego czasu.

Ekipa No Problem na rowerach

***

Adaptacja

Kiedy okazało się, że lockdown nie potrwa dwóch tygodni (a obecnie dla bohaterów tego tekstu zbliża się on już do dwóch miesięcy i końca nie widać), lokale musiały zacząć sobie radzić na różne sposoby. Z jednej strony po to, żeby spróbować utrzymać się na powierzchni, z drugiej – z powodu (wybaczcie patos) poczucia misji: jeśli przez większość czasu zajmowało się robieniem czegoś dla ludzi (także w wymiarze non-profit!), to bardzo trudno z tego zrezygnować.

Maciek: W tej sytuacji zrobiliśmy sporo, ale większość tych rzeczy i tak mieliśmy zaplanowanych do realizacji jeszcze przed pandemią. Przede wszystkim uruchomiliśmy serię super wydarzeń #SharingIsCaring (w ten czwartek live zagra zajebisty Major Kong), odpaliliśmy kanał na YT (zachęcamy do śledzenia!), rozkręcamy nasze dowozy (na rowerach można spotkać naszych barmanów czy kelnerów), mamy specjalne menu „garmażerka”, zrobiliśmy vouchery na zrzutka.pl, wzięliśmy udział w akcji Going „bilet wsparcia”, stworzyliśmy menu na święta Wielkanocne. Robimy dużo ale to są bardziej ruchy wizerunkowe i mające na celu trzymanie nas w formie psychicznej niż przekładające się na nasze finanse :/

Łukasz: Ciężko mówić o jakimkolwiek zbilansowaniu, to na czym się skupiamy to po prostu przetrwanie i zminimalizowanie kosztów. Straty finansowe będziemy pewnie odrabiać miesiącami, w tym momencie naszą aktywność kierujemy na pomoc osobom w kryzysie bezdomności. Razem z fundacją Serce Miasta, zaangażowaliśmy się w organizowanie stołu sąsiedzkiego, codziennie od 11 do 13 wydajemy ciepłe posiłki, ubrania oraz paczki dla potrzebujących.

Kajo: Na początku czuliśmy bezsilność, ale wiadomo – zdrowie nasze i naszych klientów było i jest najważniejsze. No i to właśnie klienci wyszli do nas z pomocną dłonią – dzwonili, pisali i pytali w jaki sposób mogą nam pomóc, pojawiały się również pytania o możliwość wsparcia finansowego. Tak narodził się pomysł na sprzedaż voucherów. Vouchery sprzedają się do tej pory, a my utwierdziliśmy się w przekonaniu, że wraz z naszymi klientami, tworzymy rodzinną, bliską mikrospołeczność i czujemy, że jesteśmy im potrzebni w codziennym funkcjonowaniu. ;)


Towarzystwo walczy z nudą i ćwiczy skille

***

„Nowa normalność”

Nikt nie wie, jak w praktyce będą wyglądać czasy po epidemii. Być może w Warszawie jesteśmy trochę bardziej „uprzywilejowani” niż w uboższych częściach kraju, a może wręcz przeciwnie – przyzwyczajeni do pewnego komfortu, kryzys gospodarczy odczujemy najbardziej. Jak perspektywy oceniają nasi rozmówcy?

Kajo: Gdy tylko otrzymamy informację o możliwości powrotu, spodziewamy się szturmu zarośniętych osób.? Do powrotu do normalności jednak daleka droga. Nie jesteśmy też pewni, jakie wymogi sanepidu będziemy musieli spełnić. Mówi się o jednorazowych maskach, rękawiczkach i pelerynach, których ceny wystrzeliły w górę. Obawiamy się, że znacząco wpłynie to na nasze koszta. Jedyne, co się nie zmieni to atmosfera w zakładzie, a to, oprócz dobrze wykonanej roboty główny czynnik tego, że klienci do nas wracają.

Maciek: Po pierwsze, sam się złapałem na określeniu „powrót do normalności”. Ale umówmy się, jaka to była normalność? Jak dla mnie byliśmy bardzo daleko od normalności. Ludzie nie szanują ani siebie, ani naszej cudnej Planety (mam na myśli m.in. kłamstwo czy mordowanie zwierząt na makabryczną skalę). Dla większości liczy się tylko wygląd, ilość a nie jakość, imponowanie ludziom, których się nie zna. A to co się faktycznie liczy jest za darmo i jest daleko poza tym Babilonem. Nie wiem, kiedy i czy w ogóle wrócimy do naszego rytmu przed pandemią, ale myślę, że jest to możliwe, ponieważ naszą mocą była zawsze autentyczność. Nie stworzyliśmy „wegan” miejsca bo taka jest moda, naszym zdaniem to jest przyszłość. Mimo zmiany rzeczywistości, nasze priorytety są cały czas te same: kuchnia roślinna, lokalność, DIY, sztuka, kultura itp. Same fajne rzeczy ;) Więc w skrócie: zaaaaapraszamy na Bracką i do śledzenia naszych social mediów.

Łukasz: Niestety wygląda na to, że „nasza normalność” do której byliśmy przyzwyczajeni wróci jako ostatnia, w tej piramidzie potrzeb znajdujemy się gdzieś na szarym końcu.

Zamilska gra, No Problem streamuje

A co możemy zrobić sami, zamiast z założonymi rękami czekać aż nasze ulubione miejsca powrócą? Przede wszystkim zdać sobie sprawę z tego, że mogą nie powrócić. Dlatego zamawianie jedzenia na wynos, kupowanie voucherów na przyszłość (skoro mogliście kupić po 20 kilo makaronu, dlaczego nie zafundować sobie kolacji, imprezy albo strzyżenia za 3 miesiące już teraz?), czy – jeśli to możliwe – powstrzymanie się od zwracania kupionych biletów na przesunięte koncerty to rzeczy podstawowe, ale dzięki nim mamy szansę na to, że „nowa normalność” będzie podobna do tej, którą znamy. Wspierajcie ulubione miejsca, dodawajcie ich załogom otuchy i… widzimy się po epidemii – ostrzyżeni, najedzeni, na najlepszych imprezach i koncertach w mieście!

PS. Miejsce, w którym działasz także znajduje się w pandemicznym zawieszeniu? Napisz w komentarzu, jak sobie radzicie!

Co sądzisz? Skomentuj!