Pekin, czyli Serek Lorda Vadera. O tym jak Warszawa przezywa swoje budynki

Warszawa to ciekawe miasto. Złośliwi mówią, że jego struktura urbanistyczna rozwijała i nadal rozwija się głównie wedle zasady “gdzie ptak przeleciał tam narobił”. To niesprawiedliwa ocena. Choć nie można stolicy posądzić o spójny plan zagospodarowania przestrzennego, ma ona swoje uroki. Również te architektoniczne. Dowód? “Wysiadam z autobusu, mijam pośpiesznie centralny grobowiec, przechodząc na drugą stronę ulicy, swój błędny wzrok zawieszam na zwalistej sylwetce zebry, za którą w oddali majaczy toi toi” – takie zdanie mogłoby wyjść tylko z warszawskich ust.

pekin

Okrąglak nasz powszedni

Zacznijmy od klasyki. Okrąglak to niewątpliwie popularne określenie. Niemal każdy owalny budynek w kraju nosi takie miano. Za króla wszystkich polskich okrąglaków uważa się ten poznański – niedawno zrewitalizowane modernistyczne arcydzieło. Warszawa preferuje raczej nobliwą rotundę, ale i u nas znajdzie się kilka poczciwych okrąglaczków. Jednym z nich jest kultowy bar na rogu ulic Emilii Plater i Świętokrzyskiej. Trzeba przyznać, że ten dość dziwaczny w formie budynek (przypomina trochę babciny kapelusz), nazywany również grzybkiem, gościł w swoim wnętrzu przeróżne rodzaje szybkiej gastronomii, w tym do niedawna kebab. Już niedługo ma się objawić w kolejnej, nowoczesnej odsłonie. Choć nadal będzie tam serwowane piwo, tyle że niepasteryzowane.

Okrąglakiem zwana była również, znajoma warszawskim klubowiczom, bryła kas Dworca Powiśle.

the-centre-of-651928_1280

Zebra, toi toi, solniczka

Warszawa to niewątpliwie miasto wieżowców. Jest ich dużo, a będzie jeszcze więcej, głównie za sprawą inwestycji w rejonie Woli. Ale to jeszcze przed nami. W międzyczasie przyjrzyjmy się bliżej obecnemu skajlajnowi stolicy. Wiele znajdziemy w nim brzydactw (niestety). Wybudowane głównie na przełomie wieków budynki (często przez inwestorów egzotycznego pochodzenia) przybrały nieraz zaskakujące formy.

Na czoło tej sztafety wysuwa się zdecydowanie wybudowany w 1999 roku “toi toi” (z francuska “tła tła”), zwany też “kabiną prysznicową”. Gdy tylko stanął wiadomo już było, że nie tylko jest podobny do przenośnej toalety, ale również, że będzie się szybko starzał. Choć w zasadzie zdążył się już zestarzeć przed ukończeniem. Jego oficjalna nazwa jest znacznie bardziej dystyngowana – najpierw Reform Plaza, a od 2003 roku Millenium Plaza. Budynek zaprojektował turecki architekt Vahap Toy, który niedługo po ukończeniu realizacji zwinął interesy z Polski. Na fali wszechobecnych w okolicy rozbiórek pojawiła się nadzieja, że i szkarada z Alej Jerozolimskich przejdzie do historii. Na razie nic na to jednak nie wskazuje.

Wystarczy podjechać kilka przystanków w stronę Dworca Zachodniego, a naszym oczom ukaże się kolejne cudo architektury wysokościowej – “solniczka” znana też jako Eurocentrum. Oddany do użytku w 2002 roku budynek o charakterystycznym kształcie również zaprojektowali Turcy, choć tym razem we współpracy z polskim studiem. Pierwotnie miały stanąć aż cztery “solniczki”, ale opatrzność szczęśliwie czuwała nad miastem. Kompleks Eurocentrum jest obecnie rozbudowywany, oczywiście w innym kształcie niż zakładali poprzedni inwestorzy.

Okazało się, że także najnowsza z kontrowersyjnych inwestycji stolicy niejedno ma imię. Mowa oczywiście o wieżowcu przy Złotej 44, zwanym potocznie Żaglem Libeskinda. Oczekiwania z nim związane były tak wielkie, że rozczarowanie średnim efektem końcowym też musiało takie być. Warszawiacy okrzyknęli więc budynek fuszerką i uznali, że przypomina on raczej zebrę niż żagiel (zapewne ze względu na charakterystyczne paski). Osobiście zaproponowałabym jeszcze jedną nazwę – “wieża, która dobrze wygląda tylko z jednego kąta”.

Uff, akcent humorystyczny zaliczony, to teraz przejdźmy dalej.

Dom_Handlowy_Wolf_Bracka_02

Trumniak, Lord Vader i centralny grobowiec

Stefan Kuryłowicz niestety pozostawił po sobie w przestrzeni miasta kilka powodów, żeby go nie lubić. Ciężko jest mówić źle o tych, którzy odeszli. Nie zmienia to jednak faktu, że większość jego realizacji w naszym mieście była co najmniej kontrowersyjna. Kilka z nich nosi za to ciekawe przydomki, jak choćby “szklana pułapka” (budynek Lot -u), czy “krzywa wieża” (wysokościowiec przy Prostej).

Najbardziej znane i dyskutowane są jednak dwa centra handlowe – ekskluzywny Plac Unii oraz jeszcze ekskluzywniejszy Vitkac. Pierwszy z nich, projektowany we współpracy z żoną Ewą Kuryłowicz, to zdecydowanie przedstawiciel poprawnej, funkcjonalnej architektury. Według wielu, stoi jednak nie tam, gdzie powinien – na gruzach nieodżałowanego Supersamu. Poza tym część biurowa budynku jest na tyle wysoka, że zaburza widok od strony Wisły na Łazienki i Belweder. Mimo wszystko, wszelkie ślady jego złej sławy bledną przy mrocznym Vitkacu z Brackiej.

Pierwszy w Polsce ekskluzywny dom mody przytulił się tak mocno do ściany frontowej sąsiedniego budynku mieszkalnego, że odebrał jego lokatorom całe światło dzienne, czyniąc z powstałego w ten sposób pasażu zacieniony kanion. Nie pomogły żadne prośby ani protesty. Ponadto, zbiegiem okoliczności, również jemu musiała ustąpić miejsca jedna z najlepszych powojennych realizacji modernistycznych stolicy – Pawilon Chemii. Przyczyn tej koincydencji nie będę się dopatrywać, dość powiedzieć, że Vitkac nie spodobał się warszawskiej ulicy. “Centralny grobowiec” i “Lord Vader” to najpocieszniejsze z przydomków, jakie otrzymał. Mnie akurat najbardziej przypadł do gustu swojski “trumniak”.

serek_2

Serek po żoliborsku

Urocza i smakowita nazwa przywodząca na myśl bajkę “Kruk i lis”. Wbrew pozorom nie ma nic wspólnego z gastronomią. Żoliborskie blokowisko zrealizowano po prostu w trójkącie ulic Broniewskiego (d. Kawalierii), Żeromskiego i Popiełuszki (d. Stołeczna). Niewielki kompleks, oprócz domów mieszkalnych, mieści w sobie również szkołę i owalną przybudówkę, w której znajdują się warsztaty oraz dość znana w okolicy sala prób. Postawione ostatecznie w 1961 roku osiedle, wpisane zostało na listę Dóbr Kultury Współczesnej SARP. Budynki zaprojektowane w stylu późnego modernizmu, z charakterystycznymi podziałami pionowymi i poziomymi, nie cieszyły jednak wystarczająco oka spółdzielni, która postanowiła je pomalować na różne zjadliwe kolorki.

Jest jeszcze jeden serek – Serek Bielański. Trójkątna parcela, na której obecnie rośnie trawa, kształtem przypominająca wykrojony kawałek sera (lub tortu – dlaczego nie Torcik Bielański?). Na ten teren od lat, o ironio, ostrzą sobie zęby inwestorzy. Okoliczni mieszkańcy chcieliby jednak sami zdecydować o jego przyszłości. Jak pisał kolega Adam, ten serek jeszcze dojrzewa.

PKiN

Pekin nasz najpowszedniejszy

Zaczęłam klasyką, więc i klasyką wypada zakończyć. Gdyby Warszawa nie była Warszawą byłaby Pekinem. Stężenie budynków o tym przydomku przekracza w stolicy dopuszczalne normy. Jeśli doszukiwać się jakiejś prawdziwie tutejszej tradycji lokatorskiej, określanie dużych i tłocznych budynków mianem chińskiej stolicy niewątpliwie takową jest. I to tradycją o przedwojennym rodowodzie.

Jako pierwsze nazywane tak były potężne czynszówki z klitkami o niskim standardzie, lub po prostu takie, które miały dużo mieszkań. Najsłynniejsza z nich, opiewana w filmie Ewy Brzęckiej “Pekin. Złota 83”, popada obecnie w ruinę. Jerzy S. Majewski pisał o niej, że była “mrówkowcem fin de siecle’u”. Kamienica wybudowana dokładnie na przełomie wieków XIX i XX, w modnym wówczas stylu eklektycznym, została wpisana do rejestru zabytków. Niestety wciąż jeszcze czeka na inwestora.
Takich domów było w międzywojennej stolicy wiele więcej. Budynek u zbiegu Polnej i Placu Unii Lubelskiej, ze względu na swój kształt zwany był “Żelazkiem”, co nie przeszkadzało mu również być “Pekinem”.

bloki

Po wojnie stolica zupełnie się zmieniła, ale moda na “Pekiny” nie ustała. Kiedy powstawał Pałac Kultury, jego skala od razu skojarzyła się warszawiakom z ogromną i ludną przedwojenną kamienicą. Poza tym chciano jakoś złośliwie odnieść się do tego dziwacznego molocha, który wyrósł nagle na środku Warszawy. Pałac, który do tej pory jest najwyższym budynkiem w Polsce, był niewątpliwie obcym elementem i trzeba było się z nim jakoś oswoić – prawdopodobnie stąd ta poufała nazwa. Pomógł również skrót od Pałacu Kultury i Nauki – PKiN.

Gdy wpisać w wyszukiwarkę “Pekin Warszawa”, obok wspomnianej kamienicy przy Złotej najpewniej pojawi się również Przyczółek Grochowski. To ogromne osiedle, zwane też od nazwiska architektów “Osiedlem Hansenów”, wybudowano w latach 1969-1974. Jest to niewątpliwie jedna z najlepszych i najważniejszych powojennych realizacji stolicy. Zaprojektowany zgodnie z założeniami formy otwartej kompleks miał być funkcjonalny i estetyczny oraz zbliżać do siebie mieszkańców i tworzyć wspólną przestrzeń zachęcającą do dyskursu. Projektanci nie przewidzieli jednak, że to, co otwarte zostanie przez lokatorów przegrodzone kratami, a osiedle będzie kojarzone głownie z brudem, zaniedbaniem i samowolką. No i oczywiście z przeludnieniem. Obecnie w 22 “połączonych” blokach mieszka 7000 ludzi. Mimo wszystko, jest to jeden z najlepszych projektów Oskara i Zofii Hansenów, oraz cel pielgrzymek miłośników architektury z całego świata.

Oczywiście to nie koniec. „Pekinem” zwany był również słynny Igrek z Emilli Plater, Osiedle Za Zelażną Bramą, blok przy Kondratowicza na Bródnie, i tak dalej i tak dalej…

A czy Wy macie jakieś swoje ulubione przydomki warszawskich budynków?

Co sądzisz? Skomentuj!