Pasjonujące pobliże. Rozmowa z Michałem Cichym.

O życiu bez pośpiechu, Starej Ochocie, bohaterach literackich i niespiesznym trwaniu w wielkim mieście rozmawiamy z Michałem Cichym, którego najnowsza książka „Pozwól rzece płynąć” właśnie ukazała się w wydawnictwie Czarne.

Mateusz Kaczyński: Co słychać u pana na Ochocie?

Michał Cichy: To samo, co zwykle. Dużo przechodniów, niektórzy znajomi z widzenia, inni nieznajomi. W zimie wszyscy przeważnie w czarnych płaszczach lub czarnych kurtkach. Zawsze mnie zdumiewa, dlaczego ludzie zimą chodzą cali ubrani na czarno.

Jestem świeżo po lekturze pana najnowszej książki „Pozwół rzece płynąć” i czuję się, jak pana sąsiad.

To chyba znaczy, że dobrze ją napisałem.

W jaki sposób udaje się panu ze zwykłych codziennych zdarzeń snuć uniwersalną opowieść?

Wydaje mi się, że w tym, co zwykłe, jest wiele niezwykłości i wszystko zależy od tego, jak spojrzy się na otaczającą rzeczywistość. Można pojechać do bardzo egzotycznych krajów i tam nic ciekawego nie zobaczyć. To raczej kwestia tego, w jaki sposób człowiek nastawia się na odbiór tego, co go otacza. Czasem półgodzinny spacer z psem potrafi przynieść mi tyle samo ciekawych wrażeń, co tygodniowy wyjazd do ciepłych krajów.

Czasem półgodzinny spacer z psem potrafi przynieść mi tyle samo ciekawych wrażeń, co tygodniowy wyjazd do ciepłych krajów.

Wszystko, co dzieje się w pana najnowszej książce ma miejsce na przestrzeni kilku przecznic. Czy faktycznie jest to tak żywa okolica? 

W mojej pierwszej książce „Zawsze jest dzisiaj” opisywałem wędrówki po dalszych okolicach, innych dzielnicach Warszawy. Teraz postanowiłem się skupić na mojej najbliższej okolicy, czyli Starej Ochocie dookoła Placu Narutowicza. Postawiłem sobie za cel zbadać, w jaki sposób człowiek zadomawia się w swojej najbliższej okolicy. Jak to się dzieje, że to najbliższe „pobliże’” staje się czymś ważnym, a właściwie najważniejszym w ludzkim życiu.

Kilka najbliższych panu ulic wydaje się być całkiem wyjęte z pędu, czasu i przestrzeni. Wszystko toczy się tam własnym rytmem, a Ochota nie przypomina w niczym części ogromnej metropolii.

Najbliższa mi Ochota jest przedwojenną dzielnicą, w której życie płynie trochę wolniejszym rytmem niż wśród wieżowców i biurowców. Staram się unikać pośpiechu. Uważam, że pośpiech to jedna z najgorszych chorób współczesności. Staram się poruszać jak najwolniej i zadbać o to, by mieć jak najwięcej czasu na zwyczajne codzienne zajęcia.

 

 

To piękne podejście do życia i w pełni je podzielam, ale czy da się tak funkcjonować w dużym mieście?

Tak można funkcjonować wszędzie. To kwestia tego, jaki ma się stosunek do siebie samego i swojego życia. To, że się dokądś spieszymy świadczy o tym, że jest się wobec kogoś podwładnym.  To, że biegniemy na spotkanie z innym człowiekiem,  pokazuje uległość. A tymczasem można trenować punktualność nie spiesząc się. Wydaje mi się to znacznie przyjemniejszym sposobem życia niż życie z wywieszonym językiem w ciągłym biegu od punktu A do punktu B i tak dalej przez wszystkie litery alfabetu aż do Z.

Podczas lektury książki zastanawiałem się czy jest pan buddystą?

Lubię buddystów, ale nie uważam się za buddystę. Uważam, że buddyzm wiele wniósł do rozważań, czym w istocie jest ludzki umysł i w jaki sposób można pogłębiać świadomość. Wyniosłem wiele lekcji od wschodnich myślicieli, ale nie podpisuję się pod żadną ze szkół, które trwają tam od setek czy tysięcy lat. Staram się raczej stworzyć sobie własną jednoosobową szkołę medytacyjnego przeżywania świata.

Pozostańmy w klimacie filozoficznym. Jakiej rzece pozwala pan płynąć w książce? To Wisła?

Rzeka z tytułu to oczywiście rzeka metaforyczna. To obraz zmian w życiu. Istotą rzeki jest to, że płynie i ma nurt, który jest jednocześnie powolny. Nie jest to tak burzliwy przepływ jak w wodospadach czy górskich potokach albo podczas burzy, kiedy wszystko staje się gwałtowne. Rzeka wydaje się ciągle taka sama, ale znane jest powiedzenie Heraklita, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, bo jest co chwilę inna. Rzeka jest dla mnie obrazem przemian, które dzieją się dookoła nas. Wszystko dokoła zmienia się powoli w sposób niezauważalny, ale przemiana jest nieustanna.

Rzeka jest dla mnie obrazem przemian, które dzieją się dookoła nas. Wszystko dokoła zmienia się powoli w sposób niezauważalny, ale przemiana jest nieustanna.

Jak długo mieszka już pan na Ochocie?

Około dwudziestu lat. Zamieszkałem tam w mieszkaniu po mojej ciotecznej babci. Mieszkała ona na Ochocie od lat przedwojennych. Nie było to miejsce, które wybrałem, lecz które mi się przytrafiło. Później bardzo ucieszyłem się z tego, jaka ta dzielnica jest. Najbardziej lubię przedwojenne miejsca w Warszawie, jak Stary Mokotów, Żoliborz, Saska Kępa. Mam mało doświadczenia z azjatyckim brzegiem Wisły poza Saską Kępą, gdzie mieszkałem trochę Musiałbym się pana spytać, jak się żyje na Grochowie.

Mam wiele podobnych odczuć. Na Grochowie i na prawym brzegu Wisły jest bardzo dużo spokojnych enklaw. Głośno jest tylko przy ulicy. Wystarczy skręcić za róg i można znaleźć spokojne podwórka pełne ludzi, którzy przypominają bohaterów z pana książki.

Ludzie wszędzie są dosyć podobni i wszędzie można trafić na postaci, które mogłyby się stać bohaterami literackimi.  Od czasu do czasu, kiedy idę z żoną po naszych ścieżkach podczas spaceru z psem i zbliża się do nas właściciel znajomego pieska to mówię: „O zobacz! Bohater literacki idzie.” Nawet nie wiedzą, że stali się bohaterami książki. Nie wiedzą i się nie dowiedzą. W książce jest wielu bohaterów, którzy są przechodniami. Coś z nimi mnie łączy i coś o nich już wiem.

Spośród bohaterów najbardziej urzekł mnie Poldek. Może pan coś więcej o nim powiedzieć?

Dużo zostało już w książce powiedziane. Kiedy go poznałem, Poldek był psem spacerującym w towarzystwie pana Jurka, bezdomnego, który  specjalizował się w makulaturze. Obchodził ze swoim czterokołowym wózkiem całą dzielnicę i zbierał kartony i gazety. Złomu nie zbierał. Tym się zajmowali inni bezdomni. Ponieważ zawsze miałem dużo gazet w domu, często zapraszałem go do siebie i porządkowaliśmy bałagan w papierach. W ten sposób poznałem go i poznałem też Poldka. Był bardzo niezwykłym psem, bo bardzo dostojnym, dobrodusznym, łagodnym i spokojnym. Wyróżniał się pod tym względem z grona wielu psów, które poznałem. Pan Jurek umarł na zawał na jednej z sąsiednich ulic i Poldek trafił do schroniska. Jak się o tym dowiedziałem, to pojechałem tam i go wyciągnąłem. Spędził ze mną ostatnie cztery lata życia.

Czy świat osób, które na co dzień pozostają tłem dla życia w mieście – bezdomnych, ludzi z ciężką sytuacją – jest bardziej widoczny na Ochocie?

Nie sądzę. Rozmawiamy w kawiarni w Śródmieściu. Sto  metrów od nas są przejścia podziemne pod rondem koło Rotundy. Mamy tam parę starszych wiekiem Cyganów. Jest kobieta, które zgięta w pół lamentuje, płacze i potrząsa miseczką z pieniędzmi, żeby wzbudzić współczucie i zarobić parę złotych. Jest też facet, który siedzi bez ruchu na początku schodów do przejścia podziemnego i ma ze sobą dwa pieski – burego i białego w brązowe łaty. Śpią zawsze w jego nogach. Kiedy jest zimno, to przykrywa psy i samego siebie grubym kocem.  Wszędzie są bezdomni i żebracy. Starają się jakoś przeżyć w mieście. Aby to zrobić muszą zebrać dużo dobra do sprzedania w skupie. Było dla mnie zaskakujące to, że na kilogram złomu aluminiowego potrzeba aż 51 puszek. To bardzo dużo szukania po koszach na śmieci, a jego cena to 3 złote 80 groszy. Ile ci ludzie muszą się natrudzić, żeby zarobić na dziennie wyżywienie i ewentualnie na kroplę czegoś mocniejszego. To ciężka praca być bezdomnym człowiekiem.

Ile ci ludzie muszą się natrudzić, żeby zarobić na dziennie wyżywienie i ewentualnie na kroplę czegoś mocniejszego. To ciężka praca być bezdomnym człowiekiem.

Znajdują też chwile na rozrywkę na granie w szachy w zapomnianym zaułku…

Moi okoliczni znajomi pijacy, ale nie bezdomni, bo to bardzo ważne rozróżnienie, spędzają cały dzień na piciu. Mają to szczęście, że ich żony albo byłe żony płacą czynsz za mieszkanie. Gdyby leżało to w ich rękach, to wszystkie mieszkania byłyby zadłużone i komornik wkroczyłby natychmiast . Mam kilku kolegów pijaków, którzy zbierają się w zaułku pomiędzy płotem niedawno wybudowanego apartamentowca i starymi garażami. Poustawiali krzesełka i grają w karty w tysiąca.

Nowa Warszawa powoli wkrada się w przestrzeń Ochoty. Myśli pan, że uda się zachować wyjątkowy charakter dzielnicy?

Powiedziałem już, że przemiana jest nieustanna i wieczna. Nowoczesność wchodzi na Ochotę pod postacią biurowców, które są budowane wzdłuż Alej Jerozolimskich na dawnych działkach PKP. Niedługo wybudują biurowiec, które zasłoni mi widok na jadące pociągi, na Wolę i na niebo. Nowa zabudowa zabiera widok na niebo i to jest najprzykrzejsza rzecz, że jak się mieszka w mieście, to nie widać zachodu Słońca. Trzeba iść daleko,  żeby zobaczyć, jak zachodzi za horyzont. Patrzę na przejeżdżające pociągi, patrzę w niebo, widzę przerwę między biurowcami. Szczelina między nimi, przez którą podglądam niebo, niedługo zniknie, bo skończy się budowa nowego biurowca.

Może to powód do dalszych wędrówek.

Staram się zawsze znaleźć miejsce, z którego więcej widać. Naprzeciwko Dworca Zachodniego jest rozległy park, gdzie dobrze widać niebo. Jeżeli jest jakiś ładny zachód, to idę tam go obejrzeć.

Dziękuję za rozmowę. 

*********

Michał Cichy urodził się w 1967 roku. Studiował historię i historię sztuki. Pracował w „Gazecie Wyborczej”,  w jury Nagrody Nagrody Literackiej Nike i dla Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie. Mieszka na Ochocie. Jego poprzednia książka „Zawsze jest dzisiaj” otrzymała nominację do Nagrody Conrada oraz zdobyła Nagrode Literacką Gdynia. Niedawno ukazała się jego najnowsza książka „Pozwól rzece płynąć”.

Co sądzisz? Skomentuj!