Paryż Północy (jeszcze bardziej)

O tym, że Warszawa jest Paryżem Północy, miałem (nie)przyjemność pisać już rok temu. Od tej pory zmieniło się wiele. Czy na lepsze?

Zacznijmy od łuku. A raczej Łuku. Grande Arche de Varsovie par excellence. No i co temu blogerowi znowu przeszkadza? Dlaczego marudzi? Nowe biurowce go uwierają, to chociaż łuczek. Ku czci. Historyzujący. W godnej lokalizacji.

No to po kolei. Wszystko wskazuje na to, że wykrakałem godnego nominowanego do kategorii cudów Warszawy – ma on stanąć na Osi Saskiej. Jednego jednak nie przewidziałem – inicjatywa z założenia „bogoojczyźniana” (której – jak wiadomo – wiatr historii obecnie sprzyja) okazała się… zwykłą inwestycją komercyjną z galerią handlową i podziemnym parkingiem. Jakże daleko londyński milioner, Jan Żyliński, odszedł od traktowanych (ciekawe dla czego) jako żart propozycji Jana Pietrzaka… Łuk w interpretacji tej barwnej postaci emigracyjnego światka, ma być lekiem na polskie kompleksy. Na obecną w przestrzeni publicznej martyrologię (na którą na łamach Pańskiej Skórki przecież też narzekamy). Na brak podmiotowości w samoświadomości Polaków. I jak ten miś, to znaczy łuk na miarę naszych możliwości ma się prezentować? Wyższy od paryskiego (liczącego 51 metrów), pokryty płaskorzeźbami, które przypomną chwałę oręża. Z figurą Marszałka, wskazującego – a jakże – ku wschodowi. Mokry sen wyborcy partii obecnie rządzącej? Nie do końca. Otóż w innym z wywiadów polonus mówi wprost, że ma to być inwestycja „czysto biznesowa – zarówno z punktu widzenia dewelopera, jak i banku, który da na to pieniądze”. A więc to tak! Na ścianach Grunwald i Wiedeń, na szczycie Piłsudski, a w środku Biedronka, Rossmann i kilka biur? Zmyślny koncept, na miarę obecnej polskiej ponowoczesności. Pozostaje mieć nadzieję, że kuriozum tryumfalne dołączy do galerii niezrealizowanych warszawskich budynków – ale że nie wypada trzymać go razem z projektami wybitnymi, ani dobrymi, tak jak Dante trzymam dla łuku tryumfalnego najniższy piekielny krąg.

Łuk w interpretacji tej barwnej postaci emigracyjnego światka, ma być lekiem na polskie kompleksy.

Ale nie wypada poświęcić całej notki jednemu choremu wymysłowi. Do Paryża zbliża nas też szereg kolejnych inicjatyw, tym bardziej znacznie bardziej przyziemnych i takich, dzięki którym faktycznie mieszkańcy Warszawy będą czuć się bardziej „upodmiotowieni”. I nie tylko oni. Na przykład Sejm (jeszcze w przedwyborczym ferworze) przyjął tzw. ustawę metropolitarną. Jeśli plany włodarzy naszego miasta (i miejscowości ościennych) ziszczą się, już niedługo spełni się marzenie Stefana Starzyńskiego o „Wielkiej Warszawie”. Porównajmy liczby: dziesięciomilionowy (w potocznym odbiorze) Paryż to tak naprawdę aglomeracja, dokładnie taka, jaką możemy uzyskać dzięki ustawie, gdzie samo miasto „główne” liczy… niewiele ponad dwa miliony mieszkańców. A cała reszta to paryskie Wołominy, Piaseczna i Łomianki. Weźmy teraz aglomerację warszawską i dane GUS. Nasza dumna stolica to ok. 1,7 miliona mieszkańców (czyli prawie tyle, co „właściwy” Paryż!), a z otaczającymi ją miejscowościami możemy, w śmiałych szacunkach, dobić do ok. 3,5 miliona. Choć paryską aglomerację obsługuje 16 linii metra, 316 autobusowych (nie licząc linii podmiejskich osobnego przewoźnika), 4 (!) tramwajowe i gęsta sieć kolejowa, to po ewentualnym skonsumowaniu małżeństwa Warszawy z licznymi ościennymi partnerami będziemy mogli powiedzieć, że jest już prawie jak w stolicy Francji.

Choć paryską aglomerację obsługuje 16 linii metra, 316 autobusowych (nie licząc linii podmiejskich osobnego przewoźnika), 4 (!) tramwajowe i gęsta sieć kolejowa, to po ewentualnym skonsumowaniu małżeństwa Warszawy z licznymi ościennymi partnerami będziemy mogli powiedzieć, że jest już prawie jak w stolicy Francji.

Może więc odpuścić frankofilskie aspiracje i – jeśli już koniecznie musimy szukać odniesień dla Warszawy w innych europejskich stolicach – skierować się mentalnie ku bliższemu nam geograficznie, ale i klimatem miasta, Berlinowi? Dokończmy kolejowy „ring”, usprawnijmy połączenia z najbliższymi miastami, korzystajmy w pełni z dwóch lotnisk i całkiem już niezłej sieci drogowej (choć prawa strona Wisły zostanie „zaobrączkowana” obwodnicą zapewne w kolejnym stuleciu) i przestańmy snuć absurdalne marzenia o łukach tryumfalnych, pasujących do architektury i atmosfery Warszawy jeszcze mniej niż klocowate biurowce przy pl. Zamkowym. Pole Mokotowskie jest równie fajne jak Elizejskie, a jeśli porównać parki warszawskie z berlińskimi, to oprócz skali naprawdę nie mamy na co narzekać. I – nawet bez dzielnicy Żyrardów – mamy wiele powodów, aby jako mieszkańcy Warszawy nie czuć się podmiotowo. Panie Żyliński, daj pan spokój.

fot. Franciszek Szprot

Co sądzisz? Skomentuj!