Partycypacyjny no-fun

Na wywody o budżecie partycypacyjnym wylano już morze wirtualnego atramentu. Dyskutowano o tym, dlaczego jest świetnym pomysłem (bo na przykład włącza mieszkańców w decydowanie o swoim otoczeniu), dlaczego jest złym pomysłem (bo na przykład spora część zgłoszonych i zwycięskich projektów to zadania infrastrukturalne, a krzywy chodnik powinien być niezwłocznie naprawiany z budżetu centralnego, a nie stanowić „bonus” dla mieszkańców), o tym, że procedury bywają niejasne, a w niektórych dzielnicach pojawiały się wyraźne „zmowy projektowe”; mówiono wreszcie o opóźniających się (często bardzo mocno) realizacjach – co świadczy prawdopodobnie o złej ocenie na etapie akceptacji projektu. Można powiedzieć, że to wszystko „choroby wieku dziecięcego”, ale budżet partycypacyjny ma już kilka lat i chyba można już go oceniać bez sentymentów, a surowo (choć konstruktywnie).

Co mnie w ogóle naszło? Dlaczego ni stąd ni zowąd postanowiłem odgrzewać jeden z nudniejszych* tematów związanych z Warszawą? Otóż – po rozmaitych perturbacjach – rusza kolejna odsłona budżetu (tym razem – po małym rebrandingu – „obywatelskiego”). A koronnym „studium przypadku”, jeśli wnosić z miejskich (i MJN) stron na Facebooku, ma być „Hydrofun”, czyli projekt przebudowy starej hydroforni na Bielanach. Gdybym nie mieszkał obok i nie śledził projektu od początku, pewnie zachwyciłbym się kreatywnością i znakomitym pomysłem zamiany nieczynnej od dawna hydroforni na rowerowy garaż dla okolicznych mieszkańców. Dodatkowo na dachu obiektu umieszczono kilka ławeczek – ot, miły bonus.

To co mi nie pasuje? Hydrofun na Bielanach ma jawić się jako sztandar, „case study” idealnego wdrożenia pomysłów mieszkańców w życie. Tymczasem sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Hydrofun jest nie tyle obywatelski, co „architekcki”. Brygida Zawadzka i Duong Vu Hong wygrali nie tylko BP, ale i (między innymi) wcześniejszy konkurs na stypendium dla myślących przyszłościowo architektów, chcących zmieniać postblokowiskowe otoczenie.  Z pomysłem na realizację przekształcenie starej hydroforni w połączenie garażu i warsztatu rowerowego, kolorowego placu zabaw i mini „agory” trafili na Bielany i na Budżet Partycypacyjny. I to chyba najgorsze, co mogło im się przydarzyć. Hydrofun, zwycięzca lokalnego budżetu partycypacyjnego w 2016 roku, doczekał się realizacji po niemal trzech latach. A sama realizacja… Pozwolę sobie w ramach komentarza zapożyczyć znany i lubiany mem:

Autorzy projektu, widząc rosnące zainteresowanie (i pojawiające się dyskusje), odnieśli się do realizacji z pewnym dystansem, pisząc na swoim fanpage’u: „Wykonanie (na które Hydrofun nie miał bezpośredniego wpływu), choć różni się od początkowych wizualizacji, uważamy za sukces i mamy nadzieję, że jest to tylko pierwszy z wielu projektów Hydrofun.” Później, zapewne po lekturze dyskusji na temat wykonania projektu, przyznali wprost: „Proszę uwierzyć, iż jak nikt inny jesteśmy rozczarowani samą realizacją.” Cóż, szczerze mówiąc, ja też mam ogromną nadzieję, że to tylko pierwszy z wielu projektów Hydrofun, bo może przy kolejnych uda się zrealizować śmiałą wizję wykorzystania starych hydroforni nie tylko jako zamykanego na klucz garażu, ale też projektu rzeczywiście zmieniającego przestrzeń i podnoszącego jej standard, tak jak wymarzyli to sobie architekci. Na Bielanach zupełnie się to nie udało. Realizacja jest namiastką obietnicy, a poza tym zaprzepaszczono ponoć obowiązkowe w budżecie partycypacyjnym kryterium ogólnodostępności. Zamiast miejsca dla wszystkich (rowerzystów, pieszych, dzieci, rodziców, seniorów) jest zamykana na klucz przechowalnia, dostępna jedynie dla małej części mieszkańców osiedla. Przy okazji same procedury też toczyły się długo i z przygodami (TL;DR dla chętnych: dokumentacja przetargowa), zaś ostateczny projekt nie tylko wygląda inaczej, a po prostu został zlecony firmie budowlanej z Bielska-Białej w trybie zwanym „zaprojektuj i wybuduj”. No to wybudowali.

Projekt (kot na kartce):

Realizacja (czyli obrys kota a.k.a. jaskinia Platona):

A jednak Hydrofun jest dla mnie swoistym symbolem budżetu partycypacyjnego. Jak soczewka skupia w sobie to, co w wielu innych przypadkach przejawia się mocniej lub słabiej – bardzo długie terminy realizacji wybranych projektów, nie-wiadomo-na-co-przepalone-pieniądze oraz bardzo umowny związek realizacji z proponowanymi wizualizacjami. Jeśli faktycznie, jak twierdzi np. Pełnomocnik Prezydenta m.st. Warszawy ds. komunikacji rowerowej, „do przemyślenia jest kwestia komunikowania pomysłów i czy w ogóle na etapie głosowania powinny się pojawiać ich wizualizacje (…) wszystkie takie grafiki trzeba traktować z pewną rezerwą.” to może warto zastanowić się nad innym rozwiązaniem – czy na etapie oceny wykonalności zgłaszanych do BP projektów nie powinna być również weryfikowana (względem przewidywanej ceny ale i możliwości wykonawczych) ich skala, forma oraz planowany wygląd. Tak po prostu, aby mieszkańcy głosujący na poszczególne projekty (a także ich wnioskodawcy) nie czuli się od czasu do czasu (albo częściej) wystrychnięci na dudka, bo nie potraktowali obietnicy, na którą głosowali, „z pewną rezerwą”?

 

*Kryterium oceny niech będzie zainteresowanie naszych czytelników publikowanymi na łamach „Pańskiej Skórki” tekstami na tematy związane z BP.

Wizualizacje i zdjęcia zostały wykorzystane na prawach cytatu w celu analizy krytycznej. Zdjęcia projektu za fanpage’em „HydroFun”, zdjęcia realizacji – za miejskimi fanpage’ami, na których publikowane było wspomniane case study.

Co sądzisz? Skomentuj!