Pani Wina

Z czym powszechnie kojarzą się wine bary? Ponoć przede wszystkim z dość sztywną atmosferą, białymi kołnierzykami ujmująco grzecznych sommelierów, niekończącymi się półkami zastawionymi alkoholem, na widok których człowiekowi kręci się w głowie jeszcze przed zanurzeniem ust w kieliszku.

W Pani Wina jest zupełnie inaczej. Z założenia to lokal, w którym gość ma poczuć się jak w odwiedzinach u dobrego znajomego – a przede wszystkim kompletnie nie przejmować się faktem, że być może nie posiada wiedzy o winach uprawniającej go do dłuższego posiedzenia przy barze. W Pani Wina dostaniesz proste, nieprzekombinowane jedzenie oparte na przepisach klasycznej polskiej kuchni, z kranu polecą cztery (ale za to każde przepyszne!) rodzaje wina – dwa białe, dwa czerwone, ot liczba w sam raz – i zaprzyjaźnisz się z innymi bywalcami, bo do tego miejsca nie sposób nie wracać.

Za barem w Pani Wina stoi człowiek, którego znam już prawie dekadę, a po drodze śledziłam jego bogatą już karierę w branży barmańskiej. Żeby nie było – z Kubą znamy się jak łyse konie i gdyby nakarmił lub napoił mnie źle, bez żadnego pardonu wieszałabym psy, ewentualnie zamilkła na temat adresu na Wilczej 11 na wieki. Skoro jednak pomimo usilnych prób przyczepienia się do czegokolwiek nie znalazłam rzeczy wymagających poprawy w Pani Wina, ba, przyprowadziłam tutaj dwie niezależne grupy znajomych i każdy wychodził równie zachwycony co ja, to pozwalam sobie z czystym sumieniem napisać tę laudację na cześć prawdziwie przyjaznego wine baru w Warszawie.

Zacznę od wnętrza, które urzeka niesamowicie już od progu, gdy na tle ciemnozielonych ścian widnieje nad barem „Dziwny ogród” Józefa Mehoffera, a przygaszone światło rzucane jest z lamp ewidentnie inspirowanych elementami witrażowymi. Właściwie trochę tu krakowsko-dekadencko, jeszcze Wyspiańskiego by gdzieś brakowało, ale mnie ten efekt całkowicie urzeka i znakomicie mi się w tej aranżacji spędza czas.

Jeśli nie wiecie, na jakie wino macie ochotę – bez obaw, obsługa stanie na wysokości zadania, by wypytać o Wasze preferencje smakowe, dać Wam odrobinę napoju do degustacji, możecie także posłużyć się uroczą legendą w menu, której zadaniem jest doprowadzić gości do satysfakcjonującego wyboru.

Osobiście zakochałam się w tutejszym Chardonnay, które jest chyba najlepszym rodzajem białego wina, jakie miałam okazję pić. A jak nie wino, to zwierzcie się barmanowi ze swojego gustu drinkowego, nie wyjdziecie rozczarowani. Póki trwa sezon letni, polecam rzucić hasło „negronice” i raczyć się fantastycznie orzeźwiającym koktajlem na ginie, z sorbetem z zielonej herbaty na wierzchu, podawanym w wypiekanym na miejscu, słodkim rożku. Czy muszę dodawać, że jest to absolutny czad?

Tutejsze przekąski pod wino zasługują na osobny akapit tej recenzji. Toż to prawdziwy comfort food – przypomina potrawy jadane przy rodzinnym stole, nie należy do najbardziej dietetycznych rzeczy pod słońcem, natomiast otula człowieka od środka i sprawia, że wychodzi się z Pani Wina rozmarzonym niezależnie od ilości wypitego alkoholu. Idealnie chrupkie grzanki z tłuściutką pastą z wędzonego pstrąga wycisnęły mi prawie łzy wzruszenia nad faktem, że coś może być tak proste i smaczne jednocześnie. Pasztet w wersji mięsnej był klasycznie babciny (dodatek boczku robi swoje), a tę tradycyjność wspaniale przełamywał dodatek słodkiej konfitury z żurawiny, szalotki i redukcji czerwonego wina. Z kolei pasztet wegetariański z pietruszki i miodu podawany jest z chrzanem, dla podkręcenia ostrości delikatnej kompozycji warzyw korzeniowych i ziół. Na deser – wątróbka. Zwykle tego rodzaju mięsa próbuję jedynie z recenzenckiej przyzwoitości, w tym wypadku spałaszowałam cały talerz, zanim właściwie zorientowałam się, co tutaj zaszło. Mięciutka, jedynie lekko podlana polskim cydrem, bez nadmiernej ilości dodatków, które zwykle mają przykrywać jej charakterystyczny smak – tutaj wątróbka broni się sama, za towarzystwo mając tylko rukolę, świeżą żurawinę i duszone dymki.

Co do cen – nie jest to na pewno najtańsza opcja na spędzenie wieczoru w Warszawie, natomiast kwoty tutaj wydawane są całkowicie warte zamówienia, które w zamian otrzymujemy. Za półlitrową karafkę wina zapłacimy około 40 zł, za przekąski – od kilkunastu do dwudziestu kilku złotych. Wielkością porcji na zdjęciu proszę się nie sugerować, bo w celach degustacyjnych zostały odpowiednio zmniejszone – ostateczną gramaturą jedzenia na pewno nie będziecie rozczarowani.

Tak sobie myślę, że może w Warszawie jest jakieś miejsce z ładniejszym wystrojem, lepszym winem i smaczniejszym jedzeniem… ale chyba nie zamierzam już takiego szukać.

Adres: Wilcza 11

Co sądzisz? Skomentuj!