Osiedle Wolność

Początek roku akademickiego, wejście do administracji osiedla studenckiego. - Nie zostawię tu mojego dziecka! - krzyczy spanikowana mama pewnego studenta, widząc po raz pierwszy drewniane domki Osiedla Przyjaźń. Byłam świadkiem takich sytuacji niejeden raz. Początkowe zadowolenie, że syn lub córka dostali miejsce w akademiku - dobro mocno deficytowe - zamieniało się w przerażenie, kiedy po otrzymaniu klucza wchodziło się do pustego, przypominającego celę pokoju.

Gościnnie dla Pańskiej Skórki: Magda Niedźwiecka-Pruszkowska

Faktem jest, że domki studenckie na pierwszy rzut oka nie robiły wrażenia miejsca, w którym można wygodnie mieszkać. W latach 90 nie było jeszcze wielu udogodnień, które dziś wydają się oczywiste - w domku był jeden prysznic na kilkadziesiąt osób, a w nim wiecznie zimna woda, pralka Frania także tylko jedna, brak było lodówek i telefonów stacjonarnych (komórek nikt wtedy jeszcze nie nosił), do tego lekko rozchwiane meble w trzyosobowych pokojach. Wiele razy musiałam odpowiadać na pytania: czy w zimie jest wam zimno? Czy są karaluchy? A szczury, pewnie po pokojach łażą wam szczury?

Karaluchy widywałam, owszem, ale w innych domach studenckich - na Osiedlu Przyjaźń nigdy. Szczurów także nie, choć o tym zapewne najwięcej mogłyby wymruczeć osiedlowe koty, półdzikie, ale pozwalające się czasem pogłaskać czy nakarmić. Zimno też nie było - kaloryfery grzały aż huczało, a komu mimo tego dalej było zimno, mógł - za przymknięciem oka administracji domów studenckich - ustawić sobie w pokoju grzejnik typu farelka. Nie słyszałam, żeby ktoś wyniósł się z Osiedla z powodu niskich temperatur. Ale migracje do innych domów studenckich zdarzały się, owszem. Największa rotacja odbywała się od razu, na początku roku akademickiego - właśnie z powodu przerażonych rodziców, którzy widząc "baraki", namawiali dzieci do rezygnacji i wynajmowali im pokoje na mieście. Potem odchodzili ci mniej towarzyscy, którzy po miesiącu czy dwóch dochodzili do wniosku, że życie w grupie ich przerasta. W okolicach sesji zimowej było już jasne, kto zostanie na Osiedlu Przyjaźń na dłużej. Wśród tych osób zawiązywały się trwałe, wieloletnie przyjaźnie, związki, małżeństwa.

W odróżnieniu od innych akademików nikt nas, studentów, nie pilnował. W żadnym domku nie było recepcji, a administracja zaglądała tylko wtedy, kiedy zauważyła coś niepokojącego. Nie tępiono waletowiczów, czyli nielegalnych mieszkańców. Nie wyciągano specjalnych konsekwencji z drobnych szkód, które zdarzały się podczas studenckich imprez. Z pewną niechęcią i po podpisaniu stosownej deklaracji, ale jednak godzono się na mieszany, damsko męski układ w pokojach (gdzie indziej absolutnie nie do pomyślenia). Warunki może i były spartańskie, ale tu uczyliśmy się być naprawdę wolni, dorośli, odpowiedzialni i samodzielni - właśnie dlatego, że kontrolowaliśmy się sami, zamiast być kontrolowanymi przez kogoś z zewnątrz.

Jak wyglądał przeciętny dzień studenta z Osiedla Przyjaźń?

Tuż przed siódmą do domku z hałasem wkraczała pani sprzątaczka - znak, że już najwyższy czas wstawać. Szybkie mycie w jednej z dwóch łazienek (prysznic tylko wtedy, kiedy miało się więcej czasu - kolejkę do prysznica zajmowało się poprzez powieszenie ręcznika przed wejściem do pomieszczenia z natryskiem), śniadanie. Potem wędrówka do przystanku autobusowego Górce przy skrzyżowaniu Powstańców Śląskich i jednojezdniowej, wiecznie wtedy zakorkowanej Górczewskiej (dzisiejsza nazwa przystanku to "Bemowo Ratusz", ale w tamtych czasach żadnego ratusza jeszcze nie było - dzielnica Bemowo powstała dopiero w 1994 r.). To tam zatrzymywał się autobus E2, idealnie dowożący na Uniwersytet. Ścieżka wiodła przez zarośnięty krzakami teren, na którym nie stały jeszcze dzisiejsze domy studenckie "Sarna", "Jelonek" i "Rogaś". Po powrocie z zajęć można było pójść do pobliskiej biblioteki, żeby się pouczyć. Można też było spędzić czas ze znajomymi z osiedla. Towarzystwo było zróżnicowane - miejsce w domkach mogli dostać studenci z wielu warszawskich uczelni, m.in. z Akademii Teologii Katolickiej (dziś Uniwersytet im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego), Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej (dziś Akademii Teatralnej), Wyższej Szkoły Pedagogiki Specjalnej (dziś Akademii Pedagogiki Specjalnej) lub różnych wydziałów Uniwersytetu Warszawskiego. Nie spotkałam tu chyba tylko studentów SGH. Małe zakupy robiło się w osiedlowym sklepie "Ema", większe - w oddalonym o dwa przystanki hipermarkecie Hit (dziś Tesco). Wieczorami zapełniał się Klub Karuzela - nie tylko osobami spragnionymi tańca, występów kabaretowych, pogawędek czy pokazów filmowych, ale też... kolejkowiczami. To właśnie w Karuzeli oraz pobliskim Kolorado znajdowały się jedyne na osiedlu automaty telefoniczne na kartę, do których ustawiało się wielu chętnych, zwłaszcza tuż około 22, kiedy opłata za połączenie spadała o połowę. W późniejszych latach powieszono jeszcze jeden automat telefoniczny - przy siedzibie straży miejskiej w domku 83. Ale kolejki stały nadal.

Kino, teatr? Drogie. Książki? Biblioteka miała skromną ofertę, a regał w akademiku mieścił niewielką część prywatnego księgozbioru. Telewizja? W niektórych pokojach studenci mieli własne telewizory - kineskopowe, czarno białe. Antena wisząca na domku łapała dwa, czasem trzy kanały. Nic dziwnego, że najczęstszą rozrywką studencką w jesieni i zimie było imprezowanie, które wiosną i latem przenosiło się na zewnątrz. Na polanach za domkami płonęły ogniska (moda na grillowanie miała dopiero nadejść, a o przepisach przeciwpożarowych nikt jakoś nie myślał), słychać było dźwięki gitar. Idylla!

Lato, wakacje? Ale po co wyjeżdżać, skoro otoczenie domków i same domki wyglądały jak letnisko? To był jeden wielki, niekończący się wyjazd na kolonie. Tu było zielono, cicho, tu byli przyjaciele. Nie bez znaczenia pozostawał fakt, że w Warszawie łatwiej niż gdzie indziej było o wakacyjną, dorywczą pracę. Nic dziwnego, że motywacja do spędzania wakacji w rodzinnym domu spadała wprost proporcjonalnie do liczby lat spędzonych na Osiedlu Przyjaźń.

Kto raz zakosztował wolności na naszym dzikim, zielonym, młodym duchem osiedlu, ten już z niej nie rezygnował. Z takim bagażem doświadczeń po ukończeniu studiów wędrowaliśmy w świat.

Fajnie by było jeszcze raz kiedyś zebrać ich razem. Andrzeja, który dziś jest znanym fotografem i reżyserem. Monikę, cenioną prawniczkę. Marcina, który wyjechał do Stanów i pracuje w NASA. Magdę, znaną dziennikarkę. Emila, ukrainistę. Mateusza, glacjologa, który większość roku spędza na Spitzbergenie. Tutejsza atmosfera sprzyjała rozwijaniu pasji. Dzięki temu Osiedle Przyjaźń wydało naprawdę niesamowitą, liczną grupę silnych osobowości, artystów, naukowców, osób nie bojących się samodzielnego myślenia i niezależnego wyboru drogi życiowej. A wszystko zaczęło się dla nas tutaj - w trochę innym, przekornie miejskim, emanującym dobrą energią zakątku Warszawy.

P.S. Pisałam ten tekst w 2015 roku i trzy lata później moje zdanie o wyjątkowości Osiedla Przyjaźń pozostaje niezmienione. To, że w domkach studenckich można było żyć zupełnie inaczej, świadczy wyłącznie o tym, że tytuł „Osiedle Wolność” jest adekwatny – na Osiedlu każdy miał prawdziwą wolność wyboru :-)

Co sądzisz? Skomentuj!