Obiad w muzeum

Jakie było najbardziej nietypowe miejsce, w którym zjedliście obiad? W dobie popularności food trucków, bulwarów wiślanych, targów śniadaniowych i Nocnego Marketu powoli wyłamujemy się ze schematu spożywania posiłków w restauracyjnych czterech ścianach, niemniej jednak, w dalszym ciągu konwencje gastronomiczne są dosyć ograniczone. A co powiedzielibyście na wcielenie się na dwie godziny w rolę żywych eksponatów na wystawie, którym zwiedzający zaglądają do talerzy i wraz z Wami główkują, co tu się właściwie dzieje?

Takie fantastyczne doświadczenie oferuje Centrum Sztuki Współczesnej w Zamku Ujazdowskim w ramach trwającej do 1 października 2017 r. wystawy „Tamam Shud”, opartej na motywach tworzonej właśnie powieści Alexa Cecchettiego, którego zainspirowała historia tajemniczego zabójstwa z lat 40. XX wieku. O niezapomniane wrażenia kulinarne zadba usytuowana w siedzibie CSW restauracja Instalacje, kartą nawiązująca odważnie do  kuchni fine dining.

Obiad artystyczny jest jednym z performansów odbywających się z okazji wystawy. Trzydaniowe menu zostało zaprojektowane przez autora „Tamam Shud”, a goście wybierają przystawkę, danie główne i deser, kierując się wyłącznie brzmieniem wiersza, zapowiadającego każdą z potraw. Obsługa tajemniczo milczy jak grób, stąd nie wiadomo co znajdzie się na naszych talerzach, a nawet gdy już to dostaniemy, w dalszym ciągu możemy grać w odgadywanie składników. Już same te niespodzianki brzmią dostatecznie zabawnie, a jeśli dodamy do tego chodzących wokół stołu zwiedzających, którzy co i rusz dopytują, skąd właściwie wzięliście to jedzenie i czy jest dobre, oraz świdrującą z tyłu głowy myśl, że chwilowo jesteś częścią ekspozycji i musisz się zachować, to przepis na udane popołudnie macie w garści.

Wzięcie udziału w performansie możliwe jest po wcześniejszych zapisach, zaś cena tej przyjemności to 65 zł. Uczciwa, biorąc pod uwagę poziom serwowanych tutaj potraw, wliczone napoje, a także sam fakt bezkarnego jedzenia pyszności na oczach licznie zgromadzonej publiczności. W obiedzie mogą brać udział maksymalnie cztery osoby, przy czym jest to też świetna okazja do spędzenia wspólnie czasu w nietypowych okolicznościach z kimś kompletnie nam nieznajomym. Nie od dziś wiadomo, że jedzenie łączy ludzi!

Ponieważ spora część zabawy polega na owianiu menu tajemnicą, poniższa recenzja poszczególnych dań publikowana jest na odpowiedzialność czytającego. Tym, którzy chcieliby zamówić obiad artystyczny, rekomenduję, aby poprzestały na tym fragmencie, zaś reszcie, w tym także osobom zainteresowanym ogólnie restauracją Instalacje, życzę miłej lektury. Ostrzegam, jest pysznie!

Chjena

***

Menu, które jak już wspomniano powyżej powstało w drodze konsultacji między artystą a szefem kuchni Instalacji, miało w założeniu pobudzać wszelkie zmysły. Udało się to znakomicie: dania jedynie nie śpiewały, jak sądzę, by nie przerywać jedzącym ich piania z zachwytu nad każdym kolejnym talerzem. Sugerująca roślinne składniki przystawka „W ogrodzie/Wszystko zielenieje i nic się nie powtarza” okazała się bajecznie kolorową kompozycją z jadalnych kwiatów, podkreśloną dyskretnie dobrą oliwą, o kilku trudnych do opisania smakach, pojawiających się nagle i rozpływających się równie szybko. Doświadczenie przypominało więc chodzenie po ogrodzie botanicznym i zbliżanie nosa do każdej mijanej rabatki. „Śmiali się jak szaleni/A wszyscy pozostali wpadli w prawdziwy szał” była natomiast tatarem przez wielkie „T”, w towarzystwie ostrego, serowego czipsa i pomidorowej granity. Nomen omen – poezja.

Instalacje wiedzą, jak stopniować wrażenia, więc dania główne intensywnością doznać przebiły przystawki. Jeśli jesteście fanami ozorków, to „Kiedy porównuję Cię do księżyca na niebie…” sprawi, że zaczniecie na nie chodzić wyłącznie do CSW. Rozpływające się w ustach, otoczone aksamitnym puree z kalafiora romanesco i obłędnym sosem zwiodłyby na pokuszenie niejednego zatwardziałego wegetarianina. Rzecz jasna, o ile ten nie najadłby się wcześniej bezmięsnym „Jak łatwo zachwycić się przelatującym ptakiem…”: nadzianym szparagami i ricottą ravioli w towarzystwie trójkolorowego buraka, który zaskoczył nas tak bardzo, że dłuższą chwilę nie wiedzieliśmy, co właściwie jemy. W tym miejscu warto też wspomnieć o białym winie podanym do obiadu, którego nazwy w szale zachwytów nad daniami już nie dałem rady sprawdzić, ale pasowało jak ulał do całości.

Przystawka i danie główne ustawiły poprzeczkę dla deserów bardzo wysoko. Gdy je wniesiono, uderzyły i w nozdrza, i w oczy. Zapach fondant au chocolat Chjeny niósł się przez cały stół i jestem pewny, że jeszcze chwilę po naszym obiedzie wchodzący na ekspozycję mogli się poczuć jak w fabryce czekolady. Nie muszę chyba dodawać, że podobną moc miał, gdy znalazł się w naszych ustach. Drugi deser, tajemniczo wyglądająca filetowa wyspa, pływająca po upstrzonym kwiatami kremowym jeziorze, okazała się cytrynowo-fiołkowym sorbetem w sosie przypominającym w smaku płynną bezę. Grał kontrastem między omdlewającą słodyczą jednego oraz kwaśnością drugiego element. Aż wstyd mówić więc, że desery były wisienką na torcie – o zbyt wiele długości cały obiad wyprzedził bowiem wszelkie torty, a desery – wszelkie wisienki.

Życzę wszystkim, którzy zdecydują się wpaść do CSW, oprócz doznań smakowych, także tak miłego towarzystwa, jakie mieliśmy my z Chjeną. Przesyłamy pozdrowienia pani Teresie i – a co! – uściski szarmanckiej, kontaktowej i przystojnej obsłudze.

Elzynor

Co sądzisz? Skomentuj!