O włos od tragedii na obchodach stulecia niepodległości

Tylko cud i ładna pogoda uratowały uczestników wyprawy prowadzonej warszawską granią tatr przez Towarzystwo Krajoznawcze Krajobraz. Zorganizowany na ostatnia chwilę rajd, mający jakoby uczcić setną rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę, raził niedociągnięciami, ignorancją i beztroską lekkomyślnością organizatorów.

Uczestnicy zaczęli gromadzić się w mokotowskim parku Morskie Oko tuż przed dwunastą. Nie brakowało patriotycznych rodzin z dziećmi, o których tak chętnie rozpisywali się organizatorzy. Wśród nich pojawiły się jednak grupki nastawionych na wyczyn agresywnych taterników, wyposażonych w ciężkie buty, odzież techniczną oraz sprzęt “alpinistyczny” – kije i czekany.

 

Mężczyzna podający się za przewodnika, którego strój sam w sobie można uznać za prowokację, spóźnił się około piętnaście minut. W tym czasie nikt nie kontrolował zgrupowania. Okazało się też, że choć organizatorzy zgłosili jeden marsz, to uczestnicy gromadzą się w dwóch różnych miejscach, co tylko potęgowało chaos.

Tzw. przewodnik starał się wzniecić patriotyczny zapał uczestników opowiadając niestworzone bajki o wyimaginowanej “wielkiej piątce” lokalnych gatunków zwierząt, którą można spotkać na szlaku. Pominął przy tym zupełnie największą w Warszawie populację szczurów zamieszkujących Park Arkadia (pewnie o nim również nie słyszał!) oraz restaurację Mozaika.

Dowiedzieliśmy się również, że na trasie nie ma schronisk (Nieprawda! Choćby przy Sobieskiego są trzy – Atos, Portos i Aramis!), i że sklep z pamiątkami otwarty jest tylko do 15. Na koniec przewodnik beztrosko przyznał, że „nigdy tu nie był”, i zaczął pytać o topografię miejscową ludność. Nic dziwnego, że część uczestników zwyczajnie zrezygnowała z kontynuowania wyprawy. Kilkoro dzieci się popłakało.

Przy takim chaosie organizacyjnym i, niestety, typowo polskiej brawurze, nietrudno o nieszczęście. Blokada informacyjna uniemożliwi nam zapewne poznanie szczegółów, ale na zdjęciu finałowym ze szczytu Rys możemy zobaczyć niespełna połowę składu, jaki wyszedł z Morskiego Oka, bezpańskiego już psa oraz kradziony zapewne rower.

 

Dodam jeszcze, że zaproszenia na rajd nie przyjął żaden z europejskich przywódców, zignorowały ją również międzynarodowe media, a honorowy patronat Prezydenta RP jedynie kompromituje ten urząd. Organizatorzy mieli sto lat, aby jakoś ogarnąć tę wyprawę i zadbać o jej uroczysty i bezpieczny przebieg. Ale nie, lepiej było trwonić ministerialne dotacje na fantasmagoryczne wyprawy do jądra polskości POD KUTNEM!!!

 

To też może Cię zainteresować:

Co sądzisz? Skomentuj!