O Warszawę funkcjonalną

Ojej, ojej, dokładnie w rocznicę ścieki znów leją się do Wisły! Ukrzyżować prezydenta i cały ratusz! A może warto zastanowić się, za co rzeczywiście należałoby zganić Rafała Trzaskowskiego z wiceprezydentem Soszyńskim i całą „niedasiową” świtą? Powodów znajdzie się wiele.

Zacznijmy od tematu, który powraca jak bumerang od lat, znacznie dłużej niż awarie rurociągu „Czajki”. To niemożność wyniesienia na powierzchnię ruchu pieszego przy Rondzie Dmowskiego, a mówiąc wprost – magiczny brak możliwości wymalowania zebr. Bo sygnalizacja świetlna już wszak jest. I w znaczący sposób ogranicza święte prawo kierowców do przejazdu przez miasto z północy na południe i ze wschodu na zachód bez zatrzymywania O_o. Jakoś tak się złożyło, że w czasie epidemii częściej niż przed nią korzystałem z samochodu, przejeżdżając przez Centrum właśnie (również w godzinach szczytu) i powiem szczerze, że związane z wytyczeniem naziemnych przejść dla pieszych prawdopodobne wydłużenie cykli świateł naprawdę nie wiązałoby się z drastycznym obniżeniem komfortu jazdy. Aktualną wymówką ratusza jest nadchodzący remont kolejowej linii średnicowej. Po remoncie znajdzie się kolejna, a przejścia pojawią się pewnie 10 lat po tym, jak dojedziemy tramwajem na Gocław (o tym później).

A propos cykli i przepustowości. Zauważyliście na pewno, że w związku z epidemią wyłączono przyciski zmiany świateł „na żądanie”. Nie wiem jak Wy, ale ja ani jako pieszy, ani pasażer zbiorkomu lub kierowca samochodu nie zauważyłem płynących z tego faktu niewygód. Wniosek jest prosty – guziki do śmietnika, sposobów nowoczesnej i płynnej regulacji ruchu z uwzględnieniem potrzeb wszystkich jego uczestników jest doprawdy dosyć.

Jeszcze na chwilkę powracając do pana S. (ostatni raz, obiecuję!), Miasto Jest Nasze doniosło kilka dni temu, że ZDM chciał wyznaczyć brakujące przejście dla pieszych i przejazd rowerowy na skrzyżowaniu Modlińskiej z Kowalczyka – tak, aby można było np. dojść do przystanku „Konwaliowa”. Otóż wyobraźcie sobie, że wbrew pomysłowi ZDM i zapisom planu miejscowego, wytyczenie pasów i przejazdu zostało zablokowane… przez Biuro Polityki Mobilności i Transportu podległe wspomnianemu wiceprezydentowi. W tym kuriozalnym ruchu trudno znaleźć jakąkolwiek logikę, bo na skrzyżowaniu i tak funkcjonuje sygnalizacja świetlna, a pasy istnieją po 3 z 4 jego stron. Przyjazna Modlińska? Wyłącznie dla samochodów. Biuro zablokowało też projekt uspokojenia ruchu na Puławskiej. Jak wiadomo, ruch na Puławskiej najlepiej uspokaja się sam – w korkach.

Skoro już o drogach dla rowerów, to tu trzeba oddać rowerzystom co rowerowe, a pieszym i kierowcom – co piesze i „kierowcze”. Aktualna siatka DDR przypomina rzeczywiście siatkę – tyle w niej dziur. A tam, gdzie akurat dziur nie ma, zdarzają się inne niespodzianki, mniejsze i większe. Jak nieszczęsny zjazd przy Stawach Kellera, gdzie zginęło rozpędzone na wrotkach dziecko, jak urocze nagłe zwężenie chodnika przy Broniewskiego na wylocie na pl. Grunwaldzki, gdzie rowerzyści wypadają z wirażu na wspomniany węższy chodnik, a piesi z kolei ignorują zmianę układu i utrzymują trajktorię, wchodząc pod rowery. Albo rowerostrada przy Arkadii, która kilkakrotnie przecina chodnik ze skutkiem zbliżonym. Albo kuriozalny DDR Schroedingera, wzdłuż Podczaszyńskiego i Perzyńskiego, który istnieje i jest używany, wbrew znakom, które od lat informują, że wcale drogą dla rowerów nie jest, bo nie został oddany. I tak od lat. O DDR-ach w Warszawie można bez końca, więc przejdźmy dalej. ;)

No to może zbiorkom i obiecany wcześniej tramwaj na Gocław? Tyle się przecież mówiło o tej inwestycji i o tym, jak zmieni ona na lepsze życie (większości) mieszkańców tej części prawobrzeżnej Warszawy? Hola hola, nie tak szybko. Miasto Stołeczne zrezygnowało bowiem z unijnych pieniędzy  przeznaczonych na ten cel. O niuansach i zawiłościach przeczytać możecie tutaj, natomiast jakikolwiek optymizm w tej kwestii jest już całkowicie nieuzasadniony. Być może ta część Warszawy szybciej doczeka się trzeciej linii metra, a kiedy ta powstanie – można tylko gdybać (i to raczej w odległej perspektywie). Aha, z Wilanowem też może nie pyknąć. Wiele wskazuje na to, że po (nie za) ambitnych planach rozbudowy sieci tramwajowej pozostaną nam tylko fantastyczne (dosłownie) wizualizacje.

To tylko garść przykładów, a w czasie codziennego użytkowania miasta można przekonać się, że problemów jest znacznie więcej. I nawet nie w nich samych rzecz – Warszawa zmienia się, wciąż wiele jest naleciałości błędnego myślenia o przestrzeni w poprzednich dekadach (choćby grodzone osiedla, powoli przechodzące do przeszłości, choć mocno trzymające się np. w Krakowie), główny problem tkwi jednak w tym, że nie bardzo widać wolę ich rozwiązywania. Dopóki ratusz mentalnie będzie nadal przebywał w latach 60. albo i dawniejszych, miasto nie będzie miało szansy stać się przyjaznym, albo choćby akceptowalnym w równym stopniu dla wszystkich jego użytkowników.  To doprawdy są problemy znacznie poważniejsze niż – pardon le mot – gówno wpadające do rzeki.

Domagam się (i będę postulował z uporem) dążenia do Warszawy funkcjonalnej. I wcale nie chodzi mi o tę, której wizje snuli Chmielewski z Syrkusem prawie stulecie temu. Tylko o miasto bez (zakrawającego na złośliwość) utrudniania mieszkańcom życia, bez obietnic, których nie udaje się zrealizować (czasem wystarczą drobne zmiany, nie trzeba rozpisywać wieloletnich przetargów, których terminów i tak nie udaje się dotrzymać – vide Plac Pięciu Rogów), za to z otwartością i myśleniem z perspektywy „użytkownika” miasta, nie zaś urzędnika, który dojeżdża do Ratusza samochodem, unikając większości opisanych wyżej przyjemności.

Co sądzisz? Skomentuj!