O sobie i przyjaciołach. Rozmowa z Anną Krztoń, autorką komiksu „Weź się w garść”.

O przyjaźni w życiu i w komiksie, przeprowadzkach i kobiecym spojrzeniu na komiksową „scenę” rozmawiamy z Anną Krztoń – autorką  albumu „Weź się w garść”.

Mateusz Kaczyński: Jak ci się tworzy komiksy w Warszawie?

Anna Krztoń: Dobrze, ale dopiero od pewnego czasu znalazłam tu swoje miejsce. To Jazdów i Otwarta Pracownia. Przez długi czas pracowałam w domu i to było fajne, ale do pewnego momentu. Kiedy zeszłej zimy zaczęłam mieć kryzys w pracy nad albumem, poczułam potrzebę by wyjść z domu i nie siedzieć samemu. Zaczęłam aktywnie szukać co-workingów, trafiłam do Jazdowa i to dało mi poczucie, że jestem częścią większej całości.

Mówisz o potrzebie wyjścia do ludzi. Miałaś tremę przed publicznym występem na „Niech Żyje Komiks”?

Nie. Tam nie. Największą tremę miałam przed pierwszym spotkaniem promującym album czyli na MFKiG, gdzie było dużo ludzi. Przyszło z pięćdziesiąt albo sześćdziesiąt osób. To wiele jak na spotkanie z polskim komiksem, a zwłaszcza debiutem. Miałam tremę, ale na festiwalach wszystko dzieje się w zawrotnym tempie i nie masz czasu skupić się na niej…. Wiem co robię, sprawia mi to satysfakcję i umiem o tym mówić. Wydaje mi się, że to też część bycia studentem czy absolwentem Akademii Sztuk Pięknych. Uczysz się mówić o swoich pracach, chociażby podczas publicznej obrony dyplomu. Nie ma wtedy obezwładniającej paniki czy tremy.

Wszystkie te wątki poruszasz w komiksie „Weź się w garść”. Grupa koleżanek, depresja, przeprowadzki, uczucia. Album skupia się na zwykłym życiu, ale można odczytywać na bardzo wielu poziomach. Dla mnie jako mężczyzny ten „dziewczyński” komiks był bardzo poruszający.

Bardzo się cieszę. Początek powstania „Weź się w garść” był trochę przypadkowy. Zaczęłam rysować tę historię z racji tego, że z jedną z bohaterek nie miałam długo kontaktu i nie dawało mi to spokoju. Chciałam w ten sposób poradzić sobie z problemem oraz przypomnieć w jaki sposób zaczęła się nasz znajomość. Utrwalić wspomnienia. Pracowało mi się bardzo dobrze i projekt wyewoluował w coś większego. Później dostałam Stypendium Gildia.pl, podpisałam umowę wydawniczą i rzuciłam się w wir pracy. Wiedziałam, że album zostanie wydrukowany. To dało mi pewność – hurra! Robimy kolejne dwieście stron. (śmiech).

Album faktycznie nie jest krótki.

Dzięki temu mogłam opowiedzieć historię z tyloma detalami z iloma chciałam. Kiedy rozmawiałam z moim wydawcą Wojtkiem Szotem z Wydawnictwa Komiksowego typowałam, że komiks będzie miał około stu pięćdziesięciu stron. Wyszło o sto stron więcej. To nie był żaden problem. Czułam, że mam dowolność i mogę zrobić to dobrze i tak jak chcę.

Przeczytałem „Weź się w garść” w jeden wieczór, ale po lekturze czułem się jakbym przemierzył kilka lat.

Akcja dzieje się na przestrzeni ponad dziesięciu lat. Zależało mi na tym, żeby pokazać jak wszystko się działo i wprowadzić czytelnika w świat bohaterek aż do tego, co dzieje się u nich teraz. Nie chciałam, żeby akcja urwała się na przykład w 2011 roku, dlatego w trakcie pracy kilkakrotnie zmieniałam zakończenie. Historia coraz bardziej się rozwijała.

Czy widzisz ten album jako historię o dorastaniu, tzw. coming-of-age?

Trochę tak. Bardzo lubię takie historie. Od zawsze były tematem, który do mnie najbardziej trafiał. Lubię „Ghost World” i film na podstawie komiksu. U mnie również bohaterki dojrzewają. Cała fabuła zaczyna się kiedy ich świat wydaje się jeszcze niewinny… Z wielu rzeczy nie zdajesz sobie sprawy, kiedy jesteś licealistą. Dopiero później czas i doświadczenie zmieniają światopogląd i spojrzenie na otaczający nas świat.

Jaką rolę w życiu Twoim i bohaterki komiksu odegrała przeprowadzka do Warszawy?

Pośrednią. Dała mi dojście do wielu komiksowych artystów, którzy tu mieszkają i, których lubię. Choć w przypadku rysowników w Polsce są oni bardzo rozproszeni. Nie wszyscy mieszkają w Warszawie, a ja i tak pracuję przed komputerem i przez niego kontaktują się z większością współpracowników. W czasie, kiedy przeniosłam się do Warszawy nałożyły się na siebie otrzymanie stypendium i inne zdarzenia związane z komiksem. Każda przeprowadzka to szansa by wejść w pewną scenę, poznać ludzi i twórców… W Warszawie na przykład aktywnie działają dziewczyny z fejsbukowej grupy „Dymki z Offu”. Organizujemy razem spotkania dyskusyjne o komiksach. Wiem, że dziewczyny w innych miastach też próbują to robić, ale na razie nie do końca im to wychodzi.

Jak mocno kobiety są widoczne na komiksowej scenie?

Wydaje mi się, że bardzo się to zmienia. Rozmawialiśmy o tym na spotkaniu podczas „Niech Żyje Komiks”. Szymon Holcman powiedział, że pamięta czasy, kiedy w środowisku komiksowym było znacznie mniej kobiet. Na pewno tak było. Sama działam od około pięciu lat i w tym czasie zdążyłam zaobserwować coraz więcej twórczyń, które wystawiają się ze swoimi zinami, wysyłają komiksy do antologii czy prowadzą inicjatywy nastawione na promowanie kobiecego komiksu. To się rozwija dynamicznie i idzie w dobra stronę. Środowiska twórców bardzo się wspierają i to nie jest akurat tylko dziewczęca sprawa. Kiedy zaczynałam starsi koledzy zawsze mnie dopingowali. Pomagamy sobie nawzajem, polecamy sonie drukarnie. Jest sieć wsparcia, tworzą się układy i kolektywy. W środowisku twórców debiutanci mają dużą pomoc. Nie ma patrzenia na nich jako na niezdrową konkurencję. Wejście do środowiska twórców to był dla mnie świeży oddech. W Katowicach próbowałam być częścią świata artystycznego, ale ludzie traktowali się nawzajem kiepsko. Być może przemawiają przeze mnie teraz jakieś kompleksy, ale wydaje mi się, że łatwiej miały tam super ładne dziewczyny niż te „normalne”… Widziałam to w moich koleżankach. Miały łatwość przebicia się, a ja de facto robiłam dobra minę do złej gry. Środowisko komiksowe jest tego przeciwieństwem.

Zmieńmy temat. Czy w albumie są jakieś charakterystyczne miejsca z Warszawy, które postanowiłaś przedstawić? Kraków czy Katowice oddałaś bardzo wiernie…

Na pewno jest widok z mojego okna, ale nie jest w żaden sposób charakterystyczny. Większość komiksu dzieje się na Śląsku, ale na jednej z początkowych stron pojawia się warszawska lokalizacja. To sklep z rockowymi butami, który kiedyś był chyba przy Nowym Świecie.

Mnie to miejsce skojarzyło się z nieistniejącymi już Kupieckimi Domami Towarowymi.

Buty można było kupić w kamieniczce, ale było ponad dziesięć lat temu. Tego miejsca dawno już nie ma. Próbowałam je wyguglować, bo buty mieli niesamowite. Glany, które zakłada się na zlot gotów. W KDT nigdy nie byłam. Regularnie do Warszawy zaczęłam przyjeżdżać w okolicach 2005 roku, kiedy mój tata się tutaj przeprowadził.

W jaki sposób twoje przyjaciółki odebrały komiks? Pokazujesz w nim bardzo osobiste przeżycia.

Podczas tworzenia komiksu starałam się o tym nie myśleć, bo doszłabym do wniosku, że nie powinnam go rysować. Podczas innego wywiadu zapytano mnie czy spotkałam się z zarzutami, że robię karierę na cudzym nieszczęściu.

Zupełnie w ten sposób nie odebrałem fabuły.

Owszem. To też moja historia. Często jest tak, że kiedy opisujemy czyjeś losy to pojawiają się głosy, że nie mamy do nich prawa. Myślę, że jest odwrotnie. Mamy do nich prawo, bo też jesteśmy ich częścią. Jeśli chodzi o moje bohaterki to Asia była bardzo aktywna w procesie powstawania komiksu. Czytała go na bieżąco i ustawiałyśmy razem wiele wydarzeń w czasie. Obie głównie bohaterki przeczytała komiks. Była to dla nich trudna lektura, ale obie były zadowolone z tego, że go zrobiłam. Iga powiedziała, że pomimo trudności, pozwoliło jej to spojrzeć inaczej na siebie i swoją historię z depresją. Mam wrażenie, że komiks jest jednym z bodźców, który może pomóc jej w zmianie. Z kolei Asia kibicowała powstaniu komiksu. Uważa, że to historia ku przestrodze, która pokazuje w jaki sposób w dorosłym życiu wpływają na nas traumy z dzieciństwa. Według niej ważne jest by o tym mówić. Wspierała mnie bym dokończyła projekt. Nie każdemu może się podobać, że rysuje się o nim komiks. To duży problem z komiksami autobiograficznymi. W przypadku moich bohaterek, nikt się nie pogniewał.

Widok z okna autorki.

To logiczne, bo przez „Weź się w garść” przebija przyjaźń i autentyczna chęć pomocy.

Mam nadzieję, że tak jest i po to robiłam ten komiks. Wyszłam z założenia, że to mój pierwszy duży album. Zwykle robię krótkie ziny komiksowe. Jeśli jednak inwestuję trzy lata to chcę by historia była ważna i mówiła o czymś istotnym. Chcę, żeby ktoś mógł ją przeczytać i powiedzieć: „O kurczę, nigdy nie myślałem o tym w ten sposób”. Albo na odwrót – mógł się zidentyfikować z jakimś swoim problemem. Nie widziałam sensu robienia czegoś tak dużego o niczym lub czymś błahym. Zależało mi na tym, żeby album miał znaczenie. Wydaje mi się, że problem depresji czy chorób psychicznych to coś z czym każdym z nas styka się na co dzień. To ważna rzecz, o której trzeba mówić. Myślenie i sposób w jaki mówimy o depresji się zmienia, ale jeszcze nie doszliśmy do miejsca, w którym wszyscy rozumieją czym jest ta choroba.

Czy planujesz kolejne długie albumy czy skupisz się ponownie na krótkich formach?

Mam dwa pomysły, które chodzą za mną od dawna. Chciałabym by Jeden komiks mówił o moim pokoleniu, ale współcześnie, a nie nostalgicznie. Planuję tez komiks z Oliwią Ziębińską, scenarzystką z Warszawy. Jestem otwarta na nowe projekty, które pewnie będą się pojawiały. Do końca jeszcze nie ochłonęłam po tym albumie i nie mam jeszcze siły, żeby zabrać się za coś większego.

Dziękują za rozmowę.

****

Anna Krztoń – twórczyni komiksów i ilustratorka. Absolwentka ASP w Katowicach. Współpracuje z wydawnictwami, magazynami i studiem animacji. Jej prace można znaleźć w magazynach i antologiach w Polsce i zagranicą. Od kilku lat związana ze sceną komiksu niezależnego, tworzy na potrzeby zinów, przede wszystkim tych publikowanych własnym sumptem. Autorka albumu „Weź się w garść”, który ukazał się we wrześniu 2018 roku nakładem Wydawnictwa Komiksowego. Rysuje też komiks w odcinkach „Karolina i Klara” (do scenariusza Sebastiana Frąckiewicza) dla magazynu „Kosmos dla dziewczynek”. Lubi literaturę i podróże. Mieszka w Warszawie i pracuje w Otwartej Pracowni Jazdów.

www.anna.krzton.com

Co sądzisz? Skomentuj!