O patelni kserowaniu

Wizyta w supermarkecie w niedzielę wieczorem dostarczyła mi wielu niespodziewanych wrażeń. Wszystko zaczęło się od patelni, która była przeceniona z sześćdziesięciu złotych na trzydzieści. Obniżkę potwierdzała naklejka z nową wartością towaru. Problem pojawił się, gdy kasjerka zeskanowała kod kreskowy, a na wyświetlaczu pokazała się pierwotna cena. Był jednak niedzielny wieczór, a o takiej porze nikomu nie jest w smak awanturowanie się.

Kasjerka odesłała mnie do działu obsługi klienta. Rządziła tam niska pani o atletycznej budowie ciała i energicznym usposobieniu. Ochoczo i z werwą zabrała się do rozwiązywania patelnianej zagadki. Wpierw poinformowała mnie, że kasjer tylko nabija i nie ma tu nic do gadania oraz, że zaraz dowiemy się, o co w tym wszystkim chodzi. Przez telefon wezwała asystentkę z działu artykułów kuchennych, która potwierdziła pierwotną cenę patelni. Wyrok był prosty – klient nasz pan. Obowiązuje cena z naklejki i należy wypłacić różnicę. Kierowniczka działu obsługi klienta energicznym ruchem wyrwała mi patelnię, po czym umieściła ją w kserokopiarce, przykryła pokrywą i wykonała fotokopię niezbędną do udokumentowania sprawy.

Kierowniczka działu obsługi klienta energicznym ruchem wyrwała mi patelnię, po czym umieściła ją w kserokopiarce, przykryła pokrywą i wykonała fotokopię niezbędną do udokumentowania sprawy.

Myślałem, że chciała zabrać patelnię by ją wymienić, ale od razu mnie uspokoiła. Powiedziała, że to normalna reakcja klientów, kiedy zabiera im towar do skserowania. Z uśmiechem przyznałem, że nigdy wcześniej nie widziałem, by ktoś kserował patelnię. W odpowiedzi usłyszałem, że kserokopiarka ma jeszcze wiele innych zastosowań. Raz posłużyła do skopiowania mięsa na kotlety. Wtedy również pojawił się problem z niewłaściwą ceną. Mięso musiało jednak zostać skserowane. Bez kopii kodu kreskowego i paragonu dział kontroli rozpocząłby dochodzenie na szeroką skalę. Szczęśliwie mamy kserokopiarkę, dzięki której wszystko jest skrupulatnie zarchiwizowane i rachunki oraz zwroty się zgadzają. Obiad na patelni będę dopiero smażyć, ale wiem, że jej zdjęcie, niczym skazańca, figuruje w sklepowym archiwum. Gorzej z mięsem na mielone, którego proces obróbki termicznej zaczął się już na rozgrzanym blacie kserokopiarki. Dobrze, że dział obsługi klienta nie zmienił się w restaurację inną niż wszystkie. A może szkoda? W tym centrum handlowym brakuje akurat porządnego baru z hamburgerami…

Powyższa historia nie jest zmyślona. Wydarzyła się naprawdę. Płynie z niej jednoznaczny morał – czasem warto zapuścić się gdzieś o nietypowej porze. W niedzielne wieczory całodobowe supermarkety zazwyczaj bywają puste, a ich pracownicy są spragnieni interakcji z drugim człowiekiem. Kiedy wkraczamy w pustą przestrzeń galerii handlowej, wypełniają ją nasze myśli. Dzieje się tak, bo muzyka gra ciszej i wreszcie nikt nie próbuje wyprzedzić nas wózkiem do krótszej kolejki przy kasie. Nareszcie możliwe jest skupienie. Gdy wykonujemy jedną czynność na raz – czyli tylko zakupy – klęska urodzaju w postaci nadmiaru towarów dostępnych na półkach przestaje być udręką. Brak nadmiaru bodźców pozwala wybrać naprawdę to, co naprawdę chce się kupić. Sprzedawca zaś nie czuje presji wyrobienia normy.

Kiedy wkraczamy w pustą przestrzeń galerii handlowej, wypełniają ją nasze myśli. Dzieje się tak, bo muzyka gra ciszej i wreszcie nikt nie próbuje wyprzedzić nas wózkiem do krótszej kolejki przy kasie. Nareszcie możliwe jest skupienie.

Kilka minut przed dwudziestą drugą nastaje czas, gdy powraca ochota na rozmowę. Pogawędka ucięta przy stoisku z warzywami przywraca ludzką twarz odhumanizowanej świątyni handlu. Wracają wspomnienia z osiedlowego warzywniaka, gdzie ekspedient znał wszystkich po imieniu. W supermarkecie nie musimy wprawdzie zapoznawać się ze sprzedawcą – czyni to za nas plakietka na jego uniformie, ale warto przedstawić się i zagadać, jak co słychać w dziale mięsnym. Choć na chwilę wytrącicie się (i go) z nudy. W zamian być może będzie wam dane skserować mięso. A to już gra warta świeczki.

Co sądzisz? Skomentuj!