Nowa Warszawa to foodtruck i kawa

Niedawna polemika z wywiadem umieszczonym w serwisie „Nowa Warszawa”, gdzie zarówno autor, jak i jego rozmówca, snuli tezy, od których włos się jeży na głowie, wywołała spory oddźwięk – dyskutowano o niej w mediach społecznościowych, swoją analizę naszej polemiki opublikowało „Metro”, aż wreszcie do mojego tekstu odniósł się, wywołany poniekąd do tablicy, autor pierwszego wywiadu, Tomasz Reich, redaktor naczelny „Nowej Warszawy”.

Popełnił on notkę blogową p.t. „Warszawa czeka na zastrzyk nowych inwestycji”, w której stawia szereg interesujących tez – np. o tym, że wreszcie w 2015 roku „mamy szansę odbudować miasto z gruzów i komunistycznej prowizorki”. Nie będę się pastwił nad tym umiarkowanej jakości tekstem, który de facto jest zawoalowaną reklamą prowadzonego w serwisie Tomka konkursu organizowanego wspólnie z deweloperami. W artykule padło jednak dość ciekawe stwierdzenie: „Dotąd nie odnosiłem się do teorii spiskowej Pańskiej Skórki, która zarzuciła mi chęć zniszczenia historycznej zabudowy biurowcami. Stanowczo zaprzeczam takim sugestiom. Są one nieprawdziwe.” – drogi Tomku, Pańska Skórka nie snuje teorii spiskowych, a nawet jeśli czasem poniesie nas wyobraźnia, to dalecy jesteśmy od stawiania Cię w centrum diabelskiej pajęczyny – są więksi od Ciebie i bardziej niebezpieczni gracze – o nich i ich planach można regularnie poczytać na łamach Twojego serwisu.

Rodzi się jednak szersze pytanie – co leżeć powinno u podstaw nowej Warszawy – tej prawdziwej, miasta, w którym żyjemy, które zmienia się i rozwija? W jednym absolutnie z red. Reichem się zgodzę – oczywistą oczywistością jest, że Warszawa potrzebuje inwestycji. Ale zapewne dość mocno różnimy się już w tym, jak te inwestycje rozumieć. W Warszawie powstają nowoczesne budynki, biurowce ze szkła i stali – to dobrze, faktycznie w ciągu ostatnich lat stolica zyskała wielkomiejski sznyt, przynajmniej miejscami godny światowych metropolii (a miejscami kojarzący się ze specyficznym gustem architektonicznym bogacących się krajów Azji Środkowej). Jednak ważniejsze są inne inwestycje, a przede wszystkim nie same pieniądze, a to w jaki sposób o potrzebach ich wydawania myślą włodarze naszego miasta. Do tej pory bowiem funkcjonowało raczej podejście, którego zgniłym owocem jest „Mordor na Domaniewskiej” – maksymalnie zagęszczone siedlisko biurowców z niewydolną komunikacją i brakiem miejsc parkingowych – szczęśliwie za temat skomunikowania Mordoru z resztą świata miasto ostatnio intensywnie się zabrało, ale moim skromnym zdaniem powinno to nastąpić na etapie planowania, a nie lata po powstaniu biurowego miasteczka.

Nowa Warszawa powinna inwestować – w poprawę infrastruktury drogowej (z równym szacunkiem traktując wszystkich uczestników ruchu – zapewniając płynny przejazd zmotoryzowanym, nie spychając pieszych pod ziemię i nie zmuszając rowerzystów do niebezpiecznego lawirowania – wedle uznania – między pieszymi lub autobusami), w rozwój sieci komunikacyjnej (pamiętacie? Po drugiej kadencji Hanny Gronkiewicz-Waltz mieliśmy mieć już trzy linie metra) i taboru (tu akurat jest całkiem nieźle), w rewaloryzację starych kamienic i malowniczych uliczek (Ząbkowska to nie wszystko – reszta przetrwałej przedwojennej Pragi czeka, osypując się powoli w niebyt), w utrzymanie i rozwój terenów zielonych (zamiast wydawać pozwolenia na zabudowę klinów napowietrzających i absurdalne „dogęszczanie” Śródmieścia, dzięki czemu za kilka lat powietrze w centrum Warszawy będzie można kroić nożem), ale powinna też szanować decyzje mieszkańców i np. realizować projekty wybrane przez nich w ramach budżetu partycypacyjnego. To co dzieje się na tym obszarze, zakrawa w wielu przypadkach na kompromitację i tak niezbyt dobrze przeprowadzonego pomysłu.

Nowa Warszawa to jednak przede wszystkim ludzie – wbrew chorym wizjom, w których miasto oddaje się we władanie właścicielom biurowców, dyskontów i banków, warszawiacy biorą sprawy w swoje ręce. Jeśli przyjrzeć się pod lupą lokalnym inicjatywom, uważny obserwator dostrzeże coraz gęstszą siatkę połączeń – lokalni przedsiębiorcy, właściciele kawiarni i klubów, operatorzy foodtrucków, różnej maści społecznicy, działacze kultury, a nawet niektórzy samorządowcy – zaczynają ze sobą rozmawiać, współpracować i razem proponować mieszkańcom Warszawy coraz więcej oddolnych inicjatyw, do których nie są im potrzebne pieniądze wielkich sponsorów, czy zachęta Ratusza. Miasto to my – działamy, inspirujemy się nawzajem i korzystamy z tego. Pozostaje mi cicha nadzieja, że ten pozytywistyczny warszawski prąd okaże się silniejszy od wielkiego biznesu – a w efekcie Warszawa będzie coraz bardziej tętnić życiem, zamiast wieczorami zamieniać się w wymarłe miasto. I jeśli Pańska Skórka snuje jakieś teorie, to właśnie takie – wizje Warszawy bliskiej mieszkańcom, zielonej i zrównoważonej, wyzwalającej naturalną energię osób, które mają pomysły i chęć, aby je realizować. Miasta ludzi energicznych, uśmiechniętych i znajdujących równowagę między pracą i czasem wolnym – spędzanym wspólnie z innymi, a nie za domofonami i kamerami grodzonych osiedli. Taka powinna być nowa Warszawa.

Co sądzisz? Skomentuj!