Nigdy warszawka, zawsze Warszawa. Rozmowa z Janem Młynarskim z Warszawskiego Combo Tanecznego.

Na czerwcowej konferencji WAWx, podbił serca publiczności grając na mandolinie warszawskie szlagiery. Jan Emil Młynarski, lider Warszawskiego Combo Tanecznego zna się na swoim fachu. O tym, skąd wyrasta, co myśli o Warszawie dawnej i współczesnej oraz, gdzie widzi swój zespół za dwadzieścia lat opowiedział nam w rozmowie bez ograniczeń czasowych.

11377312_907823045926267_4696656423008978449_n

Zespół przy pracy. 

Mateusz Kaczyński: Czy pod względem muzyki Warszawa jest elegancka czy frajerska?

Jan Emil Młynarki: Myślę, że nie jest frajerska i nie należy jej umniejszać oraz używać takich epitetów wobec miejsca z taką historią i potencjałem. Warszawa bywa elegancka, ale bywa też plugawa, jak każde miasto. W żadnym wypadku nie jest miejscem frajerskim, chociaż przyjmując staro warszawską nomenklaturę można by stwierdzić, że jest, bo składa się ze świeżych przybyszów z tzw. prowincji, a ci przez „starych” byli nazywani frajerami. To jednak tylko ciekawostka językowa. Dzieje się tu dużo. Na wielu poziomach panuje fajny ferment. Wynika to z kilku rzeczy. Warszawa to stosunkowo duże miasto. Tak samo jak do Nowego Jorku, czy Paryża, napływa tu dużo ludzi. Trafiają na innych, którzy myślą podobnie i chcą robić podobne rzeczy. Pokolenie wychowane w PRL-u współpracuje z tym stojącym jedną nogą przed rokiem 89, a drugą już w wolności i miesza się z ludźmi, dla których komuna to nieznana historia, którzy nie czują żadnych ograniczeń. Ten miks tworzy dzisiejszą Warszawę. Na koniec historyjka: Ostatnio grałem i śpiewałem pod fontanną na Rozdrożu. Akurat skończył się mecz na Łazienkowskiej. Kiedy grałem „W Saskim Ogrodzie” podszedł kibic Legii, około 25 lat, w barwach i mówi: „zawijaj się z tym graniem, bo narobisz nam przypału”. Chwilę później podszedł podpity pan, lat 60, przedstawił się jako mecenas oraz właściciel jednej z warszawskich kancelarii i, rezygnując z wieczornego spaceru, zaczął nucić razem ze mną. Taka ta nasza Warszawa.

Warszawa bywa elegancka, ale bywa też plugawa, jak każde miasto. W żadnym wypadku nie jest miejscem frajerskim.

Skąd wyrasta w takim razie Warszawskie Combo Taneczne? Ze sceny niezależnej?

Warszawskie Combo Taneczne wyrasta z dwóch korzeni. Pierwszy to nasza tradycja, w której dorastaliśmy wraz z kolegami i z koleżanką, którzy od paru lat współtworzą zespół. Na samym początku mało rozmawialiśmy o tym, co będziemy grali. Zaczęliśmy próby, ktoś rzucił tytuł i okazało się, że go znamy. Muzyka skupiła się wokół tradycji, historii i zamiłowania do starej piosenki. To sympatia do niej, a nawet miłość. Druga rzecz to wspólna historia muzyczna. Jesteśmy z podobnego środowiska, znamy się od czasów licealnych.

Razem z zespołem raz na jakiś czas gracie na ulicach i w bramach. Czy to sposób na to, by warszawska piosenka wróciła na podwórka i by pokazać, że muzyka w stolicy jest dla wszystkich?

Interpretacja może być różna. Można rozumieć to tak, że chcemy coś pokazać. Od tego są odbiorcy. Osobiście postrzegam to jako kontynuowanie pewnej linii. Ciężko na to pracujemy, bo nie da się tego zrobić na skróty. Nie mogę wyjść i powiedzieć, że jestem następny po orkiestrze z Chmielnej. Tak się nie da. Grając różne piosenki w miejski, a nawet podwórkowy sposób, odnosimy się do etosu, o którym pisał Stanisław Grzesiuk w „Boso, ale w ostrogach”. Kiedy za małolata przeczytałem tę książkę, zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Grzesiuk opisuje formy spędzania czasu w dzielnicach biedy. W piątki i w soboty towarzystwo spotykało się, a nikt nie miał radia czy gramofonu. Ludzie chcieli muzyki, chcieli potańczyć, chcieli fajnie spędzić czas. Ktoś brał instrument i grał piosenki znane z radia, by wszyscy mogli się bawić. Jeśli odwołujemy się do tego to musimy być obecni w tkance miejskiej, bo to robili nasi poprzednicy i te piosenki po to są.

Ludzie chcieli muzyki, chcieli potańczyć, chcieli fajnie spędzić czas. (…) Jeśli odwołujemy się do tego to musimy być obecni w tkance miejskiej, bo to robili nasi poprzednicy i te piosenki po to są.

Wspomniałeś Orkiestrę z Chmielnej. Czy Warszawskie Combo Taneczne miało kontakt z innymi kontynuatorami tej tradycji?

Piosenki Grzesiuka ciągle żyją i na stałe wpisały się w polską kulturę. Coraz mniej jednak podwórkowych kapel, a członkowie istniejących są już leciwi. Tworzycie most między pokoleniami. Podczas koncertu w TVP Kultura zagrał z nami pan Jerzy, tata jednego z członków zespołu. Przez wiele lat grał w Orkiestrze z Chmielnej. Znałem również pana Mulewicza, który tam śpiewał. Jednak kontaktów stricte muzycznych nie było. Bardzo ważne jest dla mnie zdanie tych ludzi. Ostatnio wystąpiliśmy wspólnie z Kapelą Czerniakowską. Wraz z Sylwestrem Kozerą zaprosiliśmy ich do wspólnego występu na scenie podczas Męskiego Grania. Wymiar symboliczny jest ważny, ale dla nas istotne jest to, by uczyć się grać od starszych. W Combo zależy mi na tym, by grać piosenki w odpowiedni sposób, właściwy warszawskiemu stylowi gry. Ciężko jest go scharakteryzować. To konkretne instrumentarium i pewna fraza. Ciężko go jednoznacznie określić. Po prostu się to czuje albo nie.

wct cv

Okładka płyty Warszawskiego Combo Tanecznego pt. „Przyznaj się”. Do usłyszenia na stołecznych podwórkach i nie tylko.

Panuje moda na gwarę warszawską, wychodzą słowniki i przeróżne publikacje na ten temat. Wasze piosenki łączą tradycję z nowoczesnością, ale pozostają wierne oryginałom. Jak odniósłbyś się w tym kontekście do stwierdzenia, że muzyka, którą gracie, ma wyczuwalną manierę?

Myślę, że to nie kwestia maniery, a konwencji. Maniera może, ale nie musi, kojarzyć się z wejściem w rolę. Dla mnie to bardziej poruszanie się w konwencji. Owszem wchodzę w pewną rolę, ale nie uczyłem się tego. Po prostu to mam. Kiedy zakładałem zespół, chciałem grać w sposób całkowicie tradycyjny. Bawimy się manierą, konwencją, czy stylem warszawskim i czasem go uwypuklamy. Grzesiuk też to robił. Na co dzień nie używał zwrotów i akcentu ze swoich piosenkach. Tę konwencję można przerysowywać. Poruszam się w niej, bo wyssałem ją z mlekiem matki. Moi rodzice byli na to wyczuleni, mój dziadek potrafił tak mówić. To tradycja, którą się niesie. Piotrek, Leszek i cała reszta zespołu potrafi tak mówić i bawi nas to. Gramy po warszawsku, więc musimy być w tym biegli. Niczego nie analizujemy. Nie jestem wielkim specjalistą od gwary warszawskiej. Są ludzie, którzy znają ja lepiej. Przed wojną, przed zagładą miasta, gwara warszawska była bardzo barwna. Mam w domu jej słownik, gdzie podzielona jest na dzielnice. Każda miała tylko sobie właściwe zwroty, słowa, określenia.

Myślisz, że istnieje nowa gwara warszawska? Hip-hop zaczął tworzyć nowy język miasta…

Hip-hop to z pewnością muzyką nowej Warszawy i głos pokolenia. Bardzo mocno zakorzenił się w polskich miastach. Od czasów Kalibra, pierwszej Molesty, ZIP Składu, czy Trzyha Warszawskiego Deszczu wydarzyło się bardzo dużo. Trudno jednak powiedzieć, czy mamy dziś gwarę warszawską. Powiedziałbym, że istnieje slang, który przedostaje się do mowy potocznej np. „ziomeczek”, „propsy”, „rozkminić”, „mordeczko” czy słynne „ELO”, które narodziło się w Warszawie dzięki Moleście. Wielu z tych wyrazów używano już wcześniej. Jednak gwara dawnowarszawska to relikt i myślę, że już jej nie ma. Bardzo szkoda takich zwrotów jak „rączki całuję”, „padam do nóżek” czy „ma się rozumieć”. Funkcjonuje z pewnością akcent i melodia języka. Miasto bardzo się rozwija i siłą rzeczy na ulicy ludzie zawsze będą mówili po swojemu. Małolaci mówią do siebie „serwus” , co cieszy!

Miasto bardzo się rozwija i siłą rzeczy na ulicy ludzie zawsze będą mówili po swojemu. Małolaci mówią do siebie „serwus” , co cieszy!

Wróćmy do typowo ulicznej muzyki. Na moim rodzinnym Grochowie nie widywałem kapel podwórkowych, ale pod oknami często koncertowali Cyganie. Ludzi rzucali im pieniądze. Nie korciło cię kiedyś, by zebrać autentyczne podwórkowe kapele i zrobić coś razem?

Bardzo chciałbym zebrać dużą orkiestrę i pójść w podwórka w dwadzieścia osób. Myślę, że zrobimy to na bank. Od dobrych paru lat na pierwszego sierpnia łączymy siły z jazz bandem i gramy razem w dwanaście, piętnaście osób. Zwyczaje związane z graniem wciąż żyją . Kilka dobrych razy graliśmy na Pradze i z okien zawsze leciały pieniądze w chusteczkach. Ludzie to znają i nie jest to dla nich nic egzotycznego. Wiedzą, że gdy zespół gra znajome melodie to należy go wynagrodzić, choć sami nie mają pieniędzy. To niesamowite. Po drugiej stronie Warszawy nikt nam tak nie „płaci”.

Czy folklor ostał się już tylko w „typowo” warszawskich dzielnicach jak Praga, Wola, Czerniaków?

Folklor żyje tam, gdzie ludzie mieszkają nieprzerwanie od szeregu lat. Znają się i pamiętają wszystkie barwne obrazki związane z miastem, który brały się głównie z chęci zarobku. Przykładowo ostrzyciele noży krzyczeli: „Noże, nożyczki ostrzę!”. Dzwonili w żelazo, przyrząd do ostrzenia mieli zrobiony z maszyny do szycia i to jest typowo warszawski obrazek. Tak samo kapele podwórkowe. Kiedyś grały prawie codziennie, by zarobić, a zarabiali podobno całkiem nieźle. Wola, Praga Północ i Południe, ulice Stalowa, Ząbkowska, Brzeska, Białostocka… Wszędzie tam ludzie mieszkają długo i dzięki temu znają melodie. Kiedy gramy koncerty przychodzą do nas starsi ludzie. Wczoraj graliśmy koncert w Radomiu…

Jaki był odbiór?

Bardzo dobry, choć trochę się bałem. Na szczęście nie trzeba być z Warszawy by śpiewać Felka Zdankiewicza razem z nami. Warszawska muzyka żyje nie tylko w stolicy. To znowu sprawka Grzesiuka. Był bardzo popularny w PRL-u. Oprócz tego, że był wybitny i niesamowity, był również wygodny. Reżim traktował go niczym dyżurną maskotkę, choć to, co robił nigdy nie było śmieszne ani z przymrużeniem oka. Był samą prawdą. Jego płyty były w każdym domu, w którym był adapter. Pamiętam, że moja nieżyjąca już ciocia, która nie była związana z muzyką, miała szafkę. Na szafce stał neptun, na neptunie palma, a pod neptunem gramofon i dwadzieścia czarnych płyt. Wśród nich Orkiestra z Chmielnej, muzyka poważna i właśnie Grzesiuk. Ludzie naprawdę to znają. Graliśmy w kilku miastach poza Warszawą i wszędzie było dobrze.

Śpiewacie o zwykłym życiu, o miłości, a nie o nowoczesnej Warszawie, gdzie błyskają neony i pędzą auta. Tematy waszych piosenek mogą wydawać się kompletnie błahe.

Tematy mają być błahe, bo to zwyczajnie błahe piosenki. Wystarczy prześledzić przedwojenną wytwórczość piosenkową. Wysłuchaj pięciuset utworów Syreny Elektro, a zobaczysz, że wiele z nich to lekki chłam. Ale znajdziesz wśród nich perły. Combo gra piękne piosenki, które pochodzą z zupełnie innych czasów. To tak, jakbyś nosił na nadgarstku swatcha i omegę. Swatch to super zegarek, który daje dużo przyjemności, ale omega jest wykonana inaczej. Nie mówię, że lepiej, ale ręcznie i z większym pietyzmem. Bardzo dobrze, że na przestrzeni lat wciąż powstają piosenki o Warszawie. Jedną z najpiękniejszych powojennych piosenek napisał Niemen, ale wcześniej był Władysław Szpilman. Zależy mi na tym, by w dzisiejszej Warszawie było miejsce dla tradycyjnej twórczości. To jakby zapytać młodych górali, dlaczego grają muzykę góralską tak, jak ich dziadkowie, a inni, grają ją tak jak Zakopower, z sekcją elektroniczną i perkusją. Jest miejsce na to i na to. Combo gra na tradycyjną nutę.

Combo gra piękne piosenki, które pochodzą z zupełnie innych czasów. To tak, jakbyś nosił na nadgarstku swatcha i omegę. Swatch to super zegarek, który daje dużo przyjemności, ale omega jest wykonana inaczej

W jakim momencie rozwoju jest teraz Warszawa? Nie przypomina ci trochę czasów z największego rozkwitu piosenki międzywojnia?

Jesteśmy w ważnym punkcie rozwoju, ale nie porównywałbym tego do tamtych czasów. Nie było mnie wtedy na świecie. Myślę, że Warszawa ma dziś zupełnie inną tkankę ludzką. Ludzie próbujący ustawić stolicę w jednym rzędzie z innymi miastami Europy po stu pięćdziesięciu latach zaborów byli związani pokoleniowo z Warszawą. Byli bardzo dobrze wykształceni. Dziś również nie brakuje dobrze wykształconych, wrażliwych ludzi z pomysłami. Natomiast czas prosperity tamtej Warszawy był zupełnie innym czasem niż dzisiejszej. Deweloperzy zasiedlają osiedla ludźmi z kredytami, którzy wiedzą tylko jak dojechać do pracy. Nie mówią sobie nawet „Dzień dobry!”. Puszczają dzieci do zamkniętych przedszkoli za płotem. Grzesiuk pisał, że spędzanie czasu tradycyjnie przy piosenkach było po to, by poczuć się razem, fajnie, miło. Dziś ludzie rzadko czują się razem. Są zagonieni i zajęci swoimi sprawami. Prawie się nie znają.

wct bnd

Warszawskie Combo Taneczne

Czy można to zmienić za pomocą muzyki?

Na pewno. Muzyka to bardzo silne medium. Nasza droga jest niszowa, ale sens nadają jej paradoksalnie ludzie nie związani z Warszawą. Przyjeżdżają na koncert i mówią: „To jest super! Nie wiedziałem!”. Odpowiadam im: „Teraz już wiesz”.

Skąd wzięła się piła?

Na Placu Zabaw spotkałem kiedyś Anię Bojarę, która powiedziała mi, że uczy się grać na pile. Od razu stanęły mi przed oczami składy podwórkowe, w których była bardzo często piła. Zdecydowałem się na nią z dwóch powodów. Ma unikalny walor brzmieniowy i przykuwa uwagę. Poza tym Ania to nasza koleżanka, więc nie mogło być inaczej. I tak mamy piłę w zespole.

A czy w zespole się dużo pije razem z piłą?

Nie. Każdy z nas miał przygody z alkoholem. Uważam, że to co robimy, robimy dla ludzi i musimy postępować uczciwie. Człowiek pijany lub podpity jest nie w porządku wobec tego, kto zapłacił za bilet. Na występy przychodzą różni widzowie. Dla jednych będzie to spoko, a dla innych już nie. Poza tym uważam, że alkohol to zguba narodu.

Warszawska muzyka podwórkowa, ale na trzeźwo.

Tak. No, może jedno, dwa piwka od czasu do czasu. Pewnego razu, gdy graliśmy na Pradze, kupiliśmy sobie po małpce. Wiadomo, że po alkoholu fajniej się gra, a szczególnie takie piosenki. Staliśmy w bramie, gdy na spożywaniu przyciął nas pewien starszy pan. Powiedział mi: „Jak chcecie to dobrze robić i chcecie, żeby wam ludzie rzucali pieniądze to nigdy w życiu nie pokazujcie, że pijecie alkohol”. Wziąłem to sobie do serca. W wielu wywiadach pada pytanie, dlaczego gram. Mojej pracy towarzyszy bardzo specyficzny etos.

Staliśmy w bramie, gdy na spożywaniu przyciął nas pewien starszy pan. Powiedział mi: „Jak chcecie to dobrze robić i chcecie, żeby wam ludzie rzucali pieniądze to nigdy w życiu nie pokazujcie, że pijecie alkohol”.

Jaki?

Musisz znać piosenki, wiedzieć o czym są i dobrze je wykonywać. Nie da się grać po łebkach. Tym charakteryzuje się każda folkowa muzyka. Dobre ludowe kapele mogą być amatorskie, ale potrafią zagrać swoje. Albo to umiesz albo nie. Uczysz się tego latami.

Dawni mistrzowie potrafili grać nieprzerwanie przez kilkanaście godzin. Ile czasu zdarzyło ci się grać najdłużej?

Mieliśmy trzy dłuższe wycieczki po podwórkach i graliśmy cały dzień. Nie wiem ile. Od 13 do wieczora. Czas szybko leci, kiedy się gra.

492976463_640

Kadr z teledysku do piosenki „Rumunki”. 

Dlaczego „Rumunki”, a nie warszawianki?

To fokstrot autorstwa Zygmunta Białostockiego. Bardzo znana piosenka. Wiadomo, czym była w latach trzydziestych Rumunia i Bukareszt – burdelem Europy. Ta frywolna piosenka: „Jak kochać to Rumunkę w Bukareszcie, jak wypić to z Rumunką w Bukareszcie” nawiązuje do tamtych czasów. Decyzję, by ja wykonywać podjąłem przez piękną melodię. To tzw. Jidysz Fox. Podobnych melodii było mnóstwo przed wojną, a w Warszawie powstał cały nurt żydowskich fokstrotów. Muzycy byli zafascynowani sceną nowojorską. Pisali utwory na nieduże orkiestry. Miało to bardzo silny gen jidysz, z którego wywodzili się Wars, Petersburski, Białostocki, czy Gold. Powstało wiele pięknych melodii o mocnym, żydowskim charakterze. Myślę o tym, by nagrać całą płytę z takimi melodiami.

Gdzie widzisz Combo Taneczne za dwadzieścia lat?

W tym samym miejscu – wciąż w Warszawie, choć nie ukrywam, że marzą mi się sale koncertowe. Te piosenki mają uniwersalną funkcję. Moglibyśmy ich słuchać podczas tej rozmowy i byłoby super. Z drugiej strony są stare i idzie za nimi cała wielka, często tragiczna historia. Dzięki temu znakomicie nadają się bardzo do teatru czy sali koncertowej. Rozrywka ma cieszyć, wzruszać i skłaniać do refleksji. Te utwory to mają. Chciałbym też dalej nagrywać piosenki. Wraz z Combem będziemy robili własne interpretacje starych szlagierów. Może kiedyś będziemy pisać własne utwory. Wciąż będziemy od czasu do czasu wychodzić na ulicę, żeby pokazać, że my to my. Może będziemy grali w przejściu pod Rotundą, czy na Pradze. To nie jest misja, ale często słyszę, że nie dajemy zginąć takim piosenkom. Chciałbym by było więcej takich zespołów jak Combo.

Wciąż będziemy od czasu do czasu wychodzić na ulicę, żeby pokazać, że my to my. Może będziemy grali w przejściu pod Rotundą, czy na Pradze. To nie jest misja, ale często słyszę, że nie dajemy zginąć takim piosenkom.

Na sam koniec proszę o typowo warsiaskie przesłanie dla Pańskiej Skórki.

Nigdy warszawka, zawsze Warszawa.

Dziękuję za rozmowę. 

************************

Zdjęcia użyte w tekście należą do Warszawskiego Combo Tanecznego.

Co sądzisz? Skomentuj!